Страница 44 из 82
– Panie Watkins, czy pan widział moją torebkę?
– Ależ skąd. A teraz, jeśli panie pozwolą…
– Kelner? Kelner!
Ciocia Dorothy jest przekonana, że odkryła spisek. Jej oczy miotają błyskawice. Do stołu zbliża się już dwóch czy trzech pracowników hotelu. Choć Bobby nie zrobił nic złego, nie potrafiłby naprędce wymyślić jakiegoś wyjaśnienia. Szura krzesłem po kamie
– Stój, złodzieju! – krzyczy ciocia Dorothy głosem donośnym jak dzwon.
Bobby pędzi w stronę głównego wejścia. Szczęściem dla niego nikt w holu nie wykazuje się czujnością. Nie zatrzymywany, wypada na ulicę bez topi na głowie, które zgubił gdzieś między hotelowym ogrodem a holem. Biegnie w popołudniowym skwarze, póki nie czuje się bezpiecznie w plątaninie uliczek. Później, ukryty w pokoiku Gul u madame Noor, dochodzi do wniosku, że kapelusz to niewielka strata. Prawdziwi Anglicy raczej go nie noszą, chyba że podczas oficjalnych okazji. Po kilku dniach kupuje zwyczajne topi ze świńskiej skóry. O wiele mniej okazałe nakrycie głowy. Bobby zaczyna doceniać wartość ostrożności.
Na szczęście dla niego incydenty w rodzaju spotkania z Virginią i ciocią Dorothy należą do rzadkości. Pewnego razu urodzony w kraju urzędnik podatkowy pochyla się ku niemu i pyta: „Jesteś Hindusem, prawda?”. Najczęściej jednak Bobby może wymyślać na swój temat rozmaite historie, wskakując w nową tożsamość niczym w nową marynarkę Shahid Khana. Początkowo udawanie wychodzi dość marnie. Wkrótce Bobby orientuje się, że wygląd i akcent to nie wszystko. Istnieje na przykład kwestia zapachu. Na równi ze wszystkimi Bobby’ego zawsze zastanawiała nieubłagana wojna Anglików przeciwko kuchni, ich niewytłumaczalne upodobanie do pozbawionych smaku kawałków mięsa, warzyw bez przypraw i słodkich rezultatów łączenia mąki i tłuszczu. Rozmowa z pewnym marynarzem z okrętu woje
Niektórzy unikają introspekcji. Jeśli Bobby ukrywa swoje „ja” przed i
Bobby jest istotą ślizgającą się po powierzchni. Bibułką trzymaną pod słońce. Dąży ku przezroczystości, jakby po drugiej stronie, tej wewnętrznej, było coś godnego odkrycia. Może jest, a może nie. Może zamiast wyobrażać sobie głębię, ludzie, którzy niezbyt go znają, powi
Stworzyć osobę z kawałków. Szmaciane ręce. Drewniana głowa. Kapelusz i zestaw zasłyszanych opinii. O tym, że w Indiach nie da się wyhodować dobrego trawnika. O pozytywnym wpływie gier zespołowych na moralność. O nikczemności Gandhiego i braku higieny w każdej sferze życia. Ułożyć je pojedynczo, jak przy stawianiu pasjansa. Nie ma znaczenia, czy się w to wszystko wierzy. Wiara to tylko wrażenie lekkiego ściskania w żołądku. Podczas stwarzania i ożywiania swoich marionetek Bobby pojmuje, że w Anglikach jest coś zdumiewającego. Ich życie jest skonstruowane z ułożonych w odpowiednim porządku części, niczym parowóz czy parowiec. Zgodne ze strukturą sfery, do jakiej przynależą, jest niemal imponujące w swej niezmie
Bobby zmierza ku czemuś. Niepostrzeżenie, powoli, ale nieuchro
Philips ma denerwująco gładką twarz, okrągłą niczym pilica futbolowa. Włosy zaczesane na bok lśnią w księżycowej poświacie blaskiem płyty gramofonowej. Przyjął napuszoną pozę klubowego bywalca, z jedną ręką za plecami, jakby szykował się do rozpoczęcia recytacji. Człowiek z szelaku. Bobby nie jest przekonany do tej propozycji, ale coś w kombinacji połyskliwej powierzchni wody, rozświetlonej ulicy, absurdalnie świecących włosów Philipsa każe mu kiwnąć głową na zgodę. Łapią gharri i jadą w kierunku hotelu Majestic.
Bobby często kręcił się przy wejściu do Majesticu. To miejsce, gdzie zwyczajowo Hindusi nie są mile widziani, chyba że w roli służących. Co się tyczy bilardu, owo niepisane prawo jest bezwzględnie przestrzegane. Bobby przechodzi przez hol i wkracza do sali gier, gdzie wita go morze różowych twarzy na wpół pijanych mężczyzn w samych koszulach, którzy smarują końce kijów bilardowych kredą i pochłaniają wielkie ilości whisky z wodą sodową. Anglicy w chwili relaksu, rozładowujący swoje indyjskie frustracje i troski w alkoholowej rywalizacji. Bobby uświadamia sobie z przerażeniem, że nie będzie mógł stąd wyjść, póki wszystko się nie skończy.
Philips odnajduje mężczyzn, którzy go zaprosili. Po uściskach dłoni i kolejce drinków pośród i
Wygrywają pierwszą turę. Bobby wymyka się na balkon zapalić papierosa. Jest podniecony, napięty od tłumionej radości z udanej misji szpiegowskiej. Przejął od reszty graczy pewność siebie. Zatrzymuje przechodzącego kelnera, zdecydowanym głosem zamawia dżin z tonikiem i odczuwa przyjemność białego człowieka na widok głębokiego ukłonu składanego mu przez brązowego człowieka. Kiedy kelner wraca z drinkiem, Bobby sięga po szkło jedną ręką, drugą zaś trzyma za plecami, bezwiednie naśladując w tym Philipsa. Kelner odchodzi. Bobby zostaje sam na sam z wirującymi w szklaneczce kostkami lodu. Ich lekki brzęk kojarzy się z brzękiem pieniędzy. Nagle przez gwar męskich rozmów dobiegających z sali bilardowej przebija kobiecy śmiech. Na jednym z sąsiednich balkonów przystanęła jakaś para. Mężczyzna coś mówi, rozbawiona kobieta odrzuca do tyłu głowę, smukłą białą dłonią pieszcząc kark swego towarzysza. Wyglądają, jakby łączyły ich serdeczne, ale nie zażyłe stosunki. Bobby odnosi wrażenie, że niezbyt dobrze się znają. Kobieta jest piękna. Ma odważnie krótką, ciemną fryzurę. Jej dopasowana suknia z jasnożółtego jedwabiu i odsłonięte ciało pobłyskują zmysłowo w świetle elektrycznych lamp. Wkłada papierosa do cygarniczki. Obecność kobiety wywiera tak wstrząsające wrażenie, że Bobby’emu brak tchu. Mężczyzna jest dużo starszy, nieporuszony i sztywny. Jak mu się to udaje? Jak można być tak odpornym na operową prawie nagość tej kobiety? Na chwilę oczy ich obu się spotykają. Mężczyzna lekko skłania głowę, jakby w uznaniu niemego zachwytu Bobby’ego.
– Tu cię mam!
To Philips, błyszczący posłaniec, przyszedł zabrać Bobby’ego do środka na drugą rundę. Na dźwięk jego głosu kobieta odwraca się i przez moment Bobby patrzy jej w oczy. Są obojętne. Jej zuchwale piękna twarz nie zdradza najmniejszych uczuć, nawet próby oceny jego wyglądu. Bobby Piękniś nie nawykł do takiej obojętności. Przedmiot jego podziwu odwraca się wolno ku swemu towarzyszowi i prowadzi go do środka.
W drugiej rundzie Flanagan i Philips przegrywają z kretesem. Głównie z winy Flanagana, którego gra jest żenująco chimeryczna w porównaniu z dokonaniami w pierwszej rundzie. Philips jest pijany i pobłażliwy. Wołając „to ci pech!” albo „nie przejmuj się!”, opiera się o jednego ze służących, jakby ten był kolumną czy ścianą. Flanagan próbuje wymknąć się niepostrzeżenie, ale jego partner dopada go i przygważdża do ściany na głównych schodach hotelu, niepomny na przerażone spojrzenia kobiet i mężczyzn mijających ich w drodze do łóżek. Utarczka przeradza się w regularną szamotaninę. Kiedy Flanagan wybiega wreszcie z hotelu, ignorując oferowaną przez odźwiernego taksówkę, klapa marynarki wisi mu w strzępach. A jednak tego wieczoru coś i