Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 45 из 49

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Juliana Davencourt siedziała przed lustrem i wpatrywała się długo, bacznie w swoje odbicie. Z jakiegoś powodu oczekiwała, że będzie wyglądać inaczej, zupełnie jakby sam fakt zostania żoną Martina miał pociągnąć za sobą zauważalną zmianę. Niezupełnie rozumiała, co się stało tego ranka. Odtworzyła wszystko w myślach, jakby dzięki temu to, co się wydarzyło, mogło wydać się bardziej realne. Była teraz lady Juliana Davencourt. Żoną Martina.

Przysięgała, że już nigdy nie wyjdzie za mąż. Kochała Edwina Myfleeta z całego serca, a Clive'a Massinghama z namiętnością zrodzoną z rozpaczy. Z Martinem połączyły ją miłość, namiętność, czułość i przywiązanie, a wszystko razem tworzyło najniezwyklejszy prezent od losu. Nawet gniew na ojca nie zdołał oprzeć się temu wybuchowi szczęścia. Kiedy Martin delikatnie zasugerował, że mogliby wziąć ślub w Ashby Tallant, Juliana niechętnie wyraziła zgodę. Tego ranka, kiedy ojciec wprowadził ją do kaplicy, gdzie miała poślubić Martina w obecności świadków, którymi byli Beatrix, Joss i Amy, miała wrażenie, że serce rozsadzi jej piersi.

Wstała, podeszła niespokojnie do okna, odsunęła ciężkie zasłony i wyjrzała. Łąka za parkiem rozciągała się aż do rzeki, ciemnej i mrocznej mimo gwiazd opromieniających różowawy lipcowy zmierzch. Rzadko widywała Ashby Tallant w takiej krasie. Przez otwarte okno wpadł lekki wietrzyk, który poruszył kotarę przy łóżku, a płomienie świec zamigotały.

Wkrótce w przyległym pokoju rozległy się głosy; Martin odprawiał pokojowca. Julianie nagle zaschło w ustach. Teraz…

Drzwi się otworzyły i wszedł Martin, cicho zamykając je za sobą. Zatrzymał się i popatrzył na nią, stojącą w nogach łóżka w prostej, białej nocnej koszuli. Włosy miała zaplecione w ciężki miedziany warkocz i Martin uśmiechnął się do niej czule, gdy jego wzrok na nim spoczął.

– Wyglądasz najwyżej na osiemnaście lat z tymi włosami, najdroższa. – Postawił świecę na nocnym stoliku. – Chodź tutaj.

Juliana powoli podeszła do Martina i położyła mu dłoń na piersi, wyczuwając pod palcami gładki jedwab koszuli nocnej.

– Martin, ja… trochę się boję. Uśmiechnął się i spojrzał jej w oczy.

– Tak, wyglądasz na przerażoną. Nie ma potrzeby się bać, moje kochanie.

Pocałował ją bardzo ostrożnie, ledwie muskając wargami jej usta, najdelikatniej jak potrafił. Westchnęła cichutko.

– Mmm… To bardzo miłe.

– Widzisz – czuła, jak Martin się uśmiecha – nie ma najmniejszego powodu do obaw.

Tym razem pocałował ją mocniej, dotykając językiem jej dolnej wargi, wsuwając go jej do ust. Ścisnął ją lekko w talii, czuła ciepło jego dłoni przez cienki materiał koszuli. Od tych słodkich doznań zakręciło jej się w głowie. Przytrzymała się klap jego nocnego stroju i przyciągnęła go bliżej, aż piersiami naparła na jego tors. Kolana się pod nią uginały.

– Martinie. – Odsunęła się nieco. – Nie jestem pewna, czy wytrzymam dłużej.

– To dobrze – przemówił Martin, lekko ochrypłym głosem. Wziął ją na ręce i ułożył delikatnie pośrodku wielkiego łoża, a następnie usiadł przy niej. Jego dłonie powędrowały do jej warkocza i zaczął delikatnie go rozplatać. Juliana zawisła wzrokiem na jego twarzy. Widać było malujące się na niej napięcie. Powoli, niesłychanie powoli pochylił się nad nią i pocałował ją ponownie, wsuwając palce w jej włosy. Juliana wsunęła dłonie pod jego koszulę, po czym przejechała dłońmi po jego piersi, 'wbijając palce w gładką, nagą skórę ramion.

Martin z wielką ostrożnością pociągnął za tasiemki i ściągnął jej koszulę, znacząc przy tym lekkimi pocałunkami szlak od obojczyka w dół przez krzywiznę piersi. Juliana miała wrażenie, że tonie, trawiona nieugaszonym pożądaniem. Dotyk jego warg między piersiami odebrała jak wyrafinowaną torturę.

– Kocham cię, Juliano.

Usłyszawszy te słowa, otworzyła oczy i spojrzała w twarz Martina z zachwytem i uległością. Kiedy położył się na niej całym ciężarem, nie czuła nic poza radością. Otworzyła się dla niego z jękiem ulgi połączonej z desperacją i poczuła, jak się w niej porusza, delikatny i natarczywy, żarliwy i słodki, źródło niewyczerpanej rozkoszy. Krzyknęła i wydało jej się, że on też, a kiedy ostatnie drżenia ustały, zamknął ją w ciasnym uścisku, tuląc do siebie.

Wówczas znikły koszmary; Edwin umierający i łamiący jej serce, Massingham porzucający ją na pastwę lęków. Czuła się wyjątkowo bezpieczna i wyjątkowo kochana. Odwróciła głowę do Martina i niezgrabnie pocałowała go w zagłębienie między obojczykami.

– Ja też cię kocham – szepnęła, wtulając się w niego jeszcze bardziej.

Mruknął coś z se

– Dlaczego się śmiejesz? Juliana musnęła dłonią jego pierś.

– Śmieję się z ciebie, najdroższy. Myślałam, że jesteś taki poważny, taki opanowany.

Jęknęła, kiedy Martin zagarnął ją pod siebie. W jego oczach płonął ogień.

– A teraz?

Śmiech Juliany ucichł.

– Teraz wiem, jak bardzo się myliłam – szepnęła, kiedy po chylił się, by pocałować ją jeszcze raz.

Po kolacji następnego wieczoru Juliana przeprosiła rodzinę i udała się na samotny spacer po ogrodzie. Pozwolili jej odejść bez komentarza, wymieniając uśmiechy na widok spokojnego szczęścia w jej oczach. Martin pocałował ją lekko i powiedział, że jeśli nie wróci za pół godziny, pójdzie jej szukać.

Juliana krążyła bez celu w półmroku, wdychając mocny zapach cisów i rozkoszując się pieszczotą wiatru na twarzy. Jej kroki były lekkie, a umysłu nie zaprzątały żadne troski. Wszystkie jej zmysły ożyły. Po raz pierwszy w Ashby Tallant była szczęśliwa – szczęśliwa bez zastrzeżeń. Ale nawet teraz nie miała za wiele czasu, bo za parę dni planowali wracać do Londynu i już nie mogła się doczekać, kiedy znów zobaczy Kitty i Clarę i pogłębi znajomość z nową rodziną. Nawet chciała, żeby byli na ślubie, ale wszystko zostało załatwione tak szybko i dyskretnie, że nie było na to czasu. Miała nadzieję, że jej wybaczą, i będą się cieszyć, że zyskali nową siostrę.

Minęła jezioro i zawróciła ku tarasowi. Przez otwarte okna wlatywały dźwięki fortepianu, śmiech i głosy. Przyspieszyła kroku na myśl o tym, że wkrótce dołączy do Martina. Myślami już wybiegła w czekającą ich noc i przechodził ją dreszcz niecierpliwego wyczekiwania, kiedy poczuła i

Na prawo od tarasu rósł stary dąb o potężnym grubym pniu i gałęziach sięgających ziemi. Za nim szeleściły cicho krzewy wawrzynu poruszane wiatrem. Juliana przyśpieszyła kroku, nagle zapragnęła znaleźć się w środku. Było bardzo ciemno. Ciemno i zimno.

Ktoś wyszedł na ścieżkę przed nią. Wyszedł i przemówił. Rozpoznała ten głos. Nie sądziła, że jeszcze kiedykolwiek go usłyszy.

– Dobry wieczór, Juliano – powiedział Clive Massingham. – Czekałem na ciebie.