Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 39 из 49

Wtulił usta w jej włosy.

– Nawet mi to nie przyszło do głowy. A poza tym wcale nie jest mi przykro. Podobało mi się.

Spojrzała na niego z ukosa.

– Och.

– Proszę, nie mów mi tylko, że tobie się nie podobało. Pomijając uszczerbek na ambicji, byłbym zmuszony znów zacząć przepraszać za marne umiejętności.

Juliana usiłowała powstrzymać śmiech. Zmrużyła oczy i spojrzała na niego.

– Cóż, to, czy mi się podobało, czy nie, nie ma nic do rzeczy. Dopiero przyzwyczajam się do myśli, że znów jestem godna szacunku i nie zamierzam pozwolić ci, byś wszystko zepsuł.

Martin uniósł brwi.

– Jakim sposobem? Czy w całowaniu jest coś naga

– Z pewnością tak. Jak możesz o to pytać? Samotna dama, w dodatku wdowa, musi uważać na reputację. Pocałunki są wykluczone. – Juliana odsunęła się nieco. – To dlatego nie całowałam się z nikim, wyłączając ciebie, od blisko trzech lat.

Martin najwyraźniej doznał szoku.

– Nie całowałaś się z nikim przez trzy lata?

– Prawie trzy lata. Czy musisz powtarzać wszystko, co powiem? Przez to sprawiasz wrażenie nierozgarniętego.

– Tak, ale… trzy lata? Juliana uśmiechnęła się leniwie.

– Powiedziałam ci kiedyś, że jeśli idzie o mnie, zbyt wiele przyjąłeś za pewnik.

Martin przeganiał dłonią włosy.

– Ale w takim razie nie mogłaś mieć… To znaczy… tych wszystkich kochanków.

Zmarszczyła brwi i spojrzała na niego.

– Teraz jesteś po prostu gruboskórny, Martinie. Dżentelmen nie wypytuje damy o takie sprawy.

– Nie, ale Andrew Brookes… i Jasper Colling…

– Już ci mówiłam, że nie byłam kochanką Andrew Brookesa. A co do Collinga, musisz mieć marne mniemanie o moim dobrym smaku.

Martin uścisnął ją mocniej.

– Błagam, przestań ze mnie kpić, Juliano! Co właściwie chcesz mi powiedzieć?

Popatrzyła mu prosto w oczy.

– Skoro tak pan nalega, panie Davencourt, oświadczam panu, że w ciągu całego życia spałam tylko z dwoma mężczyznami i obaj byli moimi mężami. A jeśli dziwi się pan, że moja reputacja jest taka, jaka jest, to dlatego, iż choćby nie wiem co, nie ugnę się pod presją opinii społecznej i nie będę zachowywać się jak potulna wdowa. – Przerwała i położyła dłoń na ustach. – Do diabła! Nie mogę uwierzyć, że ci o tym powie działam!

Martin śmiał się cicho.

– Juliano, chyba właśnie raz na zawsze położyłaś kres swojej złej reputacji.

– Błagam, zapomnij o tym, co powiedziałam!

– Nie sądzę, żebym był w stanie to zrobić. Poza tym wcale tego nie chcę.

Wyrwała się z jego uścisku.

– Naturalnie, że nie chcesz. Wszyscy mężczyźni lubią myśleć, że ich kobiety są niewi

Martin wstał, ale nie zrobił kroku w jej stronę.

– Nie rozumiem, dlaczego chcesz, bym źle o tobie myślał – powiedział cicho.

– Czasami nienawidzę siebie samej i chciałabym, byś ty także mnie znienawidził.

– To się nie uda. Uśmiechnęła się kpiąco.

– Wiem. To bardzo trudne. Należysz do mężczyzn, którzy kurczowo trzymają się swego zdania. Teraz, kiedy postanowiłeś mnie polubić, obawiam się, że tak już zostanie. Byłoby o wiele łatwiej, gdybyś mnie nie cierpiał.

Martin wygiął wargi w lekkim uśmiechu i przysunął się nieco bliżej.

– Nigdy tak nie było.

W spojrzeniu Juliany dostrzegł szyderstwo.

– Nie? No cóż, ja nie znosiłam cię z całego serca, Martinie. Jesteś dla mnie za dobry. Przez ciebie chcę żyć tak, jak ty uważasz za słuszne. Popatrz na mnie! W moim domu zagnieździła się stara ciotka, której jeszcze niedawno kazałabym się spakować. Udzieliłam schronienia młodziutkiej dziewczynie i jej dziecku. Daję darmowe rady twoim siostrom i bratu. Co dalej? Tylko patrzeć, jak otworzę sierociniec! Martin uśmiechnął się z czułością.

– Nie powi

– Tak?

– Czarująca.

Znów dotknął ustami jej warg w długim pocałunku zapierającym dech w piersiach.

Wtem usłyszeli na zewnątrz jakieś krzyki i zobaczyli błyski świateł. Martin puścił Julianę. Przed drzwiami stała Beatrix Tallant, która najwyraźniej miała na tyle przytomności umysłu, że wzięła ze sobą Segsbury'ego, latarnię i kilka dużych koców. Kamerdyner otworzył drzwi do lodowni. Juliana wyszła pierwsza, potknęła się o próg i prawie wpadła w objęcia ciotki. Martin wziął jeden z koców i otulił nim Julianę.

– Proszę mi pozwolić odprowadzić się do domu. Wyrwała się z jego uścisku. Teraz, kiedy ich uwolniono, nie była pewna, co czuje. Szok, konsternacja i euforia walczyły w niej o lepsze.

– Nic mi nie jest, panie Davencourt. – Głos lekko jej drżał. – Proszę… potrzebuję czasu, żeby pomyśleć.

Martin odsunął się.

– Dobrze, lady Juliano. W takim razie dobrej nocy. Jutro muszę wyjechać z Londynu, ale niedługo wrócę i wówczas pa nią odwiedzę.

Juliana również życzyła Martinowi dobrej nocy, lecz nie powiedziała nic ponadto, a Segsbury odprowadził gościa na schody tarasu i do wyjścia.

Juliana i Beatrix udały się za nimi, nieco wolniej. Juliana ciaśniej otuliła się kocem, by powstrzymać dreszcze.

– Mam nadzieję, że nic ci nie będzie, moja droga – powie działa Beatrix, patrząc na nią rozpromienionymi, bursztynowymi oczami. – Zostawiłam was tam na tak długo, jak uznałam za potrzebne. Kochaliście się?

– Mówisz jak właścicielka domu uciech, ciociu Trix! Beatrix roześmiała się.

– Ten mężczyzna jest zakochany w tobie po uszy, Juliano. Bierz go i dziękuj losowi.

Juliana zadrżała. To nie było takie łatwe. Jakaś jej część gorąco pragnęła miłości Martina, ale druga bardzo się tego obawiała.

– Nie mogę znów wyjść za mąż, ciociu Trix. – Próbowała mówić dalej, lecz głos jej się załamał. – Nie mogę.

Beatrix ujęła jej rękę i mocno ścisnęła.

– Czy to z powodu Myfleeta? Bardzo go kochałaś.

– Nie chodzi o to, że wciąż go kocham. – Juliana chwyciła dłonią za balustradę tarasu, próbując się uspokoić. – Ale kiedy go straciłam, serce mi pękło, a gdyby to miało się powtórzyć… – Pokręciła głową. – Nie zniosłabym tego, ciociu Trix. Nigdy więcej.