Страница 33 из 62
Więc czego teraz chcecie od Leppera? Facet, wbrew potocznemu mniemaniu, nie obalił żadnego tabu, żadnej bariery – wszystkie były obalone już wcześniej. Okazał się tylko bardziej konsekwentny, bardziej skuteczny i bardziej pozbawiony skrupułów w korzystaniu z metod, które dały władzę kolejnym zmianom rządzących III RP. Był i jest taki sam jak one, tylko bardziej. I mam wrażenie, że jeśli społeczeństwo spogląda na swoich wybrańców z obrzydzeniem, bo widzi w nich swój własny portret – to dokładnie z tego samego powodu politycy spoglądają z obrzydzeniem na Leppera.
Może z tą poprawką że stanowi on nie tyle portret, co karykaturę. Jego „Samoobrona” jest niczym więcej, jak tylko groteskową karykaturą „Solidarności”, podobnie jak on sam – Wałęsy. Próbuje odwołać się do tych samych patriotycznych i wolnościowych emocji, powtórzyć tkwiące gdzieś w zbiorowej pamięci doświadczenie Sierpnia’80. Pewnie, że rocznicowe obchody bijatyki w Bartoszycach i nadymanie byle rozróby do rangi narodowej martyrologii wychodzą żałośnie, bo od czasów Sierpnia sytuacja Polski zmieniła się diametralnie – ale jednak wychodzą bo wielu Polaków zmiany tej nie może zrozumieć albo przyjąć do wiadomości.
Oczywiście, o świadomym odwoływaniu się do wzorca „Solidarności” nie ma mowy. W tych kręgach społecznych, do których się „Samoobrona” zwraca, sama nazwa „Solidarność” jest dziś wręcz znienawidzona, do tego stopnia, że kiedy znalazła się ona w nazwie funduszu emerytalnego założonego wspólnie przez związek zawodowy i szwajcarskie banki, trzeba było szybko to zmienić, bo klienci pluli na akwizytorów. Ale symbole sobie, a mit pozostaje żywy, choć nie uświadamiany. Mit wielkiego, narodowego ruchu, kierowanego przez charyzmatycznego przywódcę, który odsuwa od władzy okradającą naród szajkę. Wszelka polityka w Polsce, od 1989, stale się musi z tym mitem borykać, albo się w niego wpasowywać – częściej to drugie. Wiadomo, co się raz zdarzyło na poważnie, będzie się potem powtarzać jako farsa. Łatwiej, niż namawiać polactwo do kombinowania nad podatkami, programami i i
O Lepperze wypisuje się teraz całe tomy politycznych i socjologicznych analiz, a tak naprawdę wystarczyłoby zacytować jedną anegdotę. Przewodniczący „Samoobrony” wystąpił kiedyś – wielu ludzi musiało to przecież widzieć – w popularnym talk-show Ewy Drzyzgi, gdzie, zapewne chcąc zmienić swój prostaczy wizerunek, poddał się egzaminowi specjalisty od savoir-vivre’u. Ma pan ważnego i godnego szacunku gościa, mówi egzaminator, i podjeżdża limuzyna, do której obaj wsiadacie. Gdzie pan sadza gościa, a gdzie siada sam? Lepper: gość siada za kierowcą, a ja obok. Nie, poprawia specjalista od dobrych manier, za kierowcą siada pan sam, a gościa sadza obok siebie. Na co Lepper protestuje stanowczo: ależ ja jestem politykiem, a polityk jest najważniejszy!
W gruncie rzeczy zgadzam się z tymi, którzy protestują przeciwko krytykowaniu „klasy politycznej”, „polityków” czy „elit politycznych” jako całości. Fakt oczywisty – czyniąc tak, wsadzamy do jednego worka tego, kto posyłał Rywina do Michnika i tego, kto usiłował tego pierwszego wytropić, tych, którzy psuli gospodarkę z tymi, którzy ją naprawiali, i tak dalej. I, rzeczywiście, umacniamy w ten sposób stereotyp, że wszyscy politycy są siebie warci, a skoro tak, to trzeba popierać tych, którzy twierdzą, że politykami nie są. Stąd potem takie idiotyzmy, jak pozytywny odbiór przez polactwo lepperowych zapewnień „my jeszcze nie rządziliśmy”. Trudno by znaleźć takiego durnia, żeby, mając do wykonania nawet prostą operację, nie zaraz tam trepanację czaszki – choćby tylko wycięcie migdałków, zdecydował się pójść pod nóż facetowi chwalącemu się, że nigdy jeszcze nikogo nie operował, choć, na logikę, tylko takiemu można na sto procent zaufać, iż nigdy ani jednej operacji nie sknocił. Ba, nie sądzę, żeby ktoś mechanikowi, który nigdy jeszcze tego nie próbował, powierzył naprawę swojego samochodu. A jednak ludzie, którzy podobnych głupstw nie zrobiliby nigdy, gotowi są beztrosko powierzyć naprawę Rzeczypospolitej ludziom, o których tak naprawdę nie wiedzą (i nie chcą wiedzieć, w tym problem) niczego, tylko dlatego, że oni jeszcze nie rządzili?
Odpowiedź, dlaczego tak się dzieje, jest prosta: bo „jeszcze nie rządziliśmy” znaczy tu tyle, co „nie jesteśmy złodziejami”. Utwierdzać ten stereotyp znaczy tyle, co robić u Leppera za „pożytecznego idiotę”. W porządku, jest to pułapka, i ja też w nią wpadam – ale z drugiej strony, ile razy mogę zastrzegać, że „niektórzy”, że „większość” i że głównie zachowują się tak politycy lewicowi, skoro lewicowi są u nas prawie wszyscy politycy, także większość tych, którzy nazywają siebie prawicą? (Nie, mili Państwo, to nie żadna moja obsesja, tylko po prostu stwierdzenie faktu. W takiej Ameryce, na przykład, odwrotnie, politycy tam nazywani lewicowymi u nas uchodziliby za skrajnych zwole
Pewnie, pisząc o braniu przez lekarzy kopertówek krzywdzi się jakąś grupę tych, którzy przypadkiem nie biorą – i tak dalej, nie dłużmy listy przykładów. Ale na ogólną ocenę polityków pracują ci, którzy są najskuteczniejsi i odnoszą największe sukcesy, a dążenie do sukcesu wymaga podporządkowania się właśnie takim a nie i
Nie będę się w to wdawał. Robię unik, do którego mam prawo jako felietonista, i zwracam uwagę Drogiego Czytelnika, jakiego znaczenia nabrało w polszczyźnie przez ostatnich piętnaście lat samo słowo „polityczny”. „To są polityczne zarzuty”, broni się każdy prominent oskarżony o przekręty, i ma to znaczyć tyle, co zarzuty fałszywe, sfabrykowane, oszczercze, stanowiące element jakiejś brudnej, personalnej rozgrywki. „To była polityczna nominacja”, pisze gazeta i wszyscy wiedzą, że znowu nominowano na ważne stanowisko ignoranta, tylko dlatego, że jest czyimś kolesiem. „Decyzja polityczna” nie oznacza u nas wcale, jak w cywilizowanym świecie, decyzji zasadniczej, określającej, jaką wizją świata będzie się kierować władza w konkretnych przypadkach – tylko decyzję nie mającą merytorycznego uzasadnienia, podjętą w interesie koterii, a nie ogółu.
Mówimy partia, a w domyśle – sitwa. Tak polactwo widzi politykę, i, co ciekawsze, taką ją w gruncie rzeczy akceptuje. Nie gębą, ale konkretnymi decyzjami, zgodnie z wieloletnim przyzwyczajeniem, że w tym kraju rozsądny człowiek co i