Страница 32 из 62
Nie spotkałem zwole
Zgodnie z opisanym już mechanizmem, gdy w grę wchodzą silne emocje, mózgi pozostają wyłączone. Trudno mi zrozumieć, że wśród tej rzeszy zwole
Nie tylko, że jest zawsze bezkarny, że sądy jakoś się nie potrafią zebrać, a jeśli zbiorą, skazać, a jeśli już skażą, to na zapłacenie sześciu złotych czterdziestu groszy – ale jeszcze wytwarza wokół siebie jakieś przedziwne pole, tak, że nikt, kto się w tym polu znajdzie, nie może być za nic ukarany. Kiedy ktoś wstępuje do Leppera na służbę, zaraz sąd przestaje wyznaczać mu terminy rozpraw, czekając, aż sprawa się przedawni, prokuratorzy, którzy dotąd prowadzili jego sprawę, zostają skierowani do pilniejszych zajęć i chwilowo nie ma ich kto zastąpić i tak dalej. Brak zainteresowania ze strony sądów rekompensuje za to wielkie skupienie uwagi na „marszałku” (jak nazywają Leppera jego ludzie) przez media. Szczególne zasługi przez długie lata miała tu czarzasto-kwiatkowska telewizja państwowa (chyba dla kpiny zwana u nas „publiczną”). Ludowy przywódca wciąż pojawiał się na jej ekranie, gromiąc złodziei, utyskując nad krzywdą prostego człowieka, względnie doznając operetkowych prześladowań, w postaci, na przykład, demonstracyjnego założenia mu na przejściu granicznym kajdanek, które zdjął natychmiast po wyłączeniu kamery.
Nie chce mi się o tym rozpisywać, tym bardziej, że tę pracę wykonali moi koledzy z gazety, poświęcając całą książkę wyłuszczaniu, w jaki sposób tego osobnika wykreowano, skąd miał pieniądze na zbudowanie partii i tak dalej; można łatwo się domyślić, kto zapewnił mu ten glejt na bezkarne obrażanie ludzi, i co otrzymał od Leppera w zamian.
Moją uwagę zwraca co i
Że plecie populistyczne androny? Ależ plotło je tutaj i plecie 90 procent polityków! W końcu to nie komuniści upowszechnili wśród polactwa przekonanie, dziś podzielane powszechnie, że peerel był krajem dostatnim i przyjaznym obywatelom, który dopiero „Solidarność” doprowadziła do ruiny. Na początku lat dziewięćdziesiątych czerwoni nie śmieliby z czymś takim publicznie wyskoczyć. Wyręczyła ich tak zwana „centroprawica”, która – podzielona, śmiertelnie skłócona i licytująca się, kto skuteczniej trafi w nastroje niezadowolonego elektoratu – od stonowanej i często uzasadnionej krytyki tego czy i
Że blokował drogi? Ależ blokowanie dróg za bilet do polityki posłużyło już w 1990 ówczesnym działaczom rolniczych związków. Jeden z nich zaledwie dwa lata później został ministrem rolnictwa. Co więcej, za ich czasów blokowanie dróg było całkowicie nielegalne. Za Leppera – rzecz dyskusyjna, bo wprawdzie zakazuje tego, teoretycznie, prawo o ruchu drogowym, ale z drugiej strony, pod naciskiem wspomnianych już działaczy rolniczych wprowadzono do ustawy taki oto kwiatek, że związki rolników mają prawo do prowadzenia protestów w formie ustalanej przez związki rolników. Jasno więc z tego wynika, że jeśli formą swego protestu wymyślą sobie związki rolników, dajmy na to, bicie ministra pięściami po głowie, też będzie to jak najbardziej zgodne z ustawą.
Że przewodził zbiorowym napaściom na gmachy publiczne, połączone z ich okupowaniem, obrzucaniem śrubami i workami z farbą oraz paleniem opon? A czy to kiedykolwiek dyskredytowało przywódców „Solidarności” z Marianem Krzaklewskim na czele? Więc co, jego zwyczaj bluzgania grubym słowem? Bez żartów! Modę na używanie w polityce ostrych epitetów wprowadzono już podczas „wojny na górze”. Miller, jak się już wspomniało, używał sobie na Buzku jak na przysłowiowej łysej kobyle; szmatławca Urbana, pełnego najgorszych plugastw, nie wstydzili się kłaść na swych biurkach czy przeglądać podczas nudnych sejmowych posiedzeń członkowie rządu, posłowie, senatorowie. Jakoś też styl tegoż szmatławca nie przeszkadzał w zapraszaniu jego redaktora naczelnego i wydawcy do telewizyjnych dyskusji na prawach autorytetu moralnego, a ludzie, uważający się za elitę, nie mieli żadnych oporów, żeby się pluskać w jego basenie i wspólnie chlać gorzałę.
Zresztą Lepperem, nawet gdy był jeszcze tylko małym opluskwiaczem, też się nie brzydzono. Z jednej strony, owszem, wytaczano mu jeden po drugim farsowe procesy o „lżenie i poniżanie” władz państwowych, ale z drugiej przedstawiciele tychże lżonych władz, na czele ze „szmaciarzem” Kwaśniewskim, nie widzieli powodu, by nie posyłać kurtuazyjnych delegacji bądź nawet przychodzić osobiście na zjazdy „Samoobrony”. Nic zresztą, nawiasem mówiąc, nie pokazuje dobitniej, czym różni się okrągłostołowa Polska od normalnego państwa. W Stanach Zjednoczonych nikomu do głowy by nie przyszło, że prawo może przewidywać karę więzienia za lżenie władzy. To jest wolność słowa: nie podoba ci się prezydent, możesz go krytykować. Chcesz go nazwać grubym albo plugawym słowem, trudno, wolność słowa jest dla każdego, a nie tylko dla tych, którzy potrafią z niej dobrze korzystać. Ale jeśli się tak zachowujesz, nie licz, że ktokolwiek szanujący się poda ci rękę, przyjmie w swoim gabinecie albo wpuści do liczącego się programu w telewizji. Prawo nie zabrania głupich, antysemickich filipik, na jakie kilkakrotnie pozwolił sobie prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej Edward Moskal, ale zabrania ich przyzwoitość – w związku z czym pan Moskal nie jest i nigdy już nie będzie przyjmowany nawet przez gmi
Ale wracajmy do Leppera: jak na razie nie udało nam się znaleźć w jego zachowaniu niczego, co byłoby nową jakością. Bo o rzucaniu pomówień z sejmowej mównicy nie warto nawet wspominać. Przecież już w 1992 roku sam profesor Geremek, jeden z arbitrów elegancji, oskarżył z tego samego miejsca obalonego dopiero co premiera Olszewskiego, że przygotowywał zamach stanu. Kilka lat później i