Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 35 из 46

Perhat nie przystanął, aby dowiedzieć się, co było w trzeciej trumnie. Zawsze go zastanawiało, kto produkował te wszystkie mrożące-krew-w-żyłach historie opowiadane wieczorami przez czumaków i kierowców. Chociaż, jak się zastanowić, i tak były one mniej głupie niż seriale w telewizji.

Stanął przy traku Wielkiego Piątka i zabębnił kostkami palców w szybę.

– Piątek?! Wystaw łeb, to ja.

Po chwili drzwiczki uchyliły się. Piątek był w samych szortach, z których wylewały się zwały tłuszczu. Na jego ostrzyżonej do skóry, wielkiej jak wiadro głowie lśniły krople potu. Dobrze grubasowi, pomyślał Perhat z wredną satysfakcją. Poskąpił na porządną klimatyzację w wozie, a teraz cierpiał w upale bardziej od i

– Co jest?

– Idę na wzgórze, do Skrebecowych – oznajmił, wpatrując się w pustą już o tej porze drogę. Nie potrafił polubić tego człowieka, mimo iż ten był lojalny wobec Stawyszyna i posłuszny jak pies. – Zanim wrócę, miej oko na ludzi. Żeby mi tu burdelu nie robili.

– Co mają robić burdel – wzruszył ramionami Piątek.

– Kto nas ruszy?

Oczywiście miał rację. Nocleg przy kijowskiej drodze nie był najbezpieczniejszy, nawet w pobliżu wielkich i gwarnych skupisk, jak Parachowka. Co dopiero na takim odludzi tak jak tu. Ale to dotyczyło pojedynczych wozów czy małych grup. Wielki konwój, ponad dwadzieścia naczepowych traków i kilka furgonetek, odstraszał potencjalnych intruzów samą swą potęgą.

– Dobra – mruknął Perhat. – Strzyżonego Pan Bóg strzyże, jak mawiają fryzjerzy. Niniejszym mnie zastępujecie, Piątek, dopóki nie wrócę z rekonesansu.

– Tak jest! – usłyszał z wyżyn kabiny trzynastotonowego steyera i chwilę później zza pleców dobiegł go trzask drzwiczek. Ruszył przez wyschnięty las pod górę, na szczyt wzgórza, gdzie powi

Krasnodarski konwój, o którym Kuziew dowiedział się w czasie telefonicznej rozmowy z Kijowem, nie różnił się niczym szczególnym od dziesiątek i

Nie budził też szczególnego podejrzenia fakt, iż obsadę ciężarówek stanowili wyłącznie mężczyźni, i to jeden w drugiego żylaści, szerocy w barach, wysportowani. Było wiele ładunków, których przewożenie Drogą wymagało takich właśnie konwojentów. Ciekawe mogło się wydać, że podobnie prezentowali się także ludzie z drugiego konwoju, mającego podobne samochody i parkującego tuż obok. Zwłaszcza, że i jedni, i drudzy byli wyraźnie w jak najlepszej komitywie. W pewnym momencie wymieniali nawet jakieś ładunki, przenosząc skrzynie – na oko sądząc, ze sprzętem elektronicznym – z jednego wozu do drugiego.

Ale i to łatwo było wyjaśnić. Ludzie Drogi, nawet jeśli nie pracowali dla tej samej firmy spedycyjnej, często się znali i zawierali przyjaźnie. Najwyraźniej akurat spotkały się właśnie dwie grupy takich przyjaciół. Jedni jechali z Krasnodaru do Lwowa i może dalej, do Europy – a drudzy w przeciwną stronę, do Rosji. Miasteczko, w którym jedni i drudzy zatrzymali się na noc, musiało już widzieć bardzo wiele takich spotkań.

Miasteczko to nazywało się Bojarka i jak wszystkie i

Rozległe place i szerokie ulice w środku miasta stały się królestwem przejezdnych transportów i wszystkich, którzy żyli z ich obsługi. Wokół wielkiej hali niepotrzebnego już od lat dworca kolejowego, na stratowanych resztkach dawnej promenady i parków roztasowały się budy, stragany i parkingi. Od rana do nocy trwały tutaj gwar i ruch, powietrze przesycał swąd smażonych kiełbas i pędzonego samogonu, targowano się, kłócono i godzono, pracowano i wypoczywano, rżnięto w karty i obracano diewoczki.

Major Kolców wiedział dobrze, że w czasach, kiedy wścibskie oczy mogą dniem i nocą śledzić każdego z orbity okołoziemskiej, nie ma lepszego ukrycia niż bazarowy tłum. Dlatego już zawczasu wybrał na miejsce postoju dla obu konwojów gwarny punkt w dawnym parku miejskim, u stóp zarośniętego kopca, niemal pośrodku wielkiego klepiska, w jakie od dawna zmieniło się to miejsce. Ze szczytu kopca sterczała, niczym pieniek złamanego zęba, resztka cementowego cokołu. Kolców nie wiedział, kogo konkretnie upamiętniała obalona statua, ale zapomnienie i poniżenie, w jakie ją strącono, stanowiły dla niego wystarczający dowód, że wysiadając z wozu, warto zdjąć na chwilę beret. Tym ostentacyjnym gestem dobiegający czterdziestki mężczyzna w wojskowej panterce i wystającej spod niej pasiastej, matrosowskiej koszulce oddał hołd bohaterom, którzy w jego pamięci wciąż pozostawali żywi. Major Kolców w rzeczywistości nie był majorem. W wojsku nie zdążył wysłużyć nic ponad młodszego lejtnanta, wyrzucono go szybko – ze swą prostolinijnością i nienawiścią do korupcji nie mógł nie narazić się generalskiej sitwie. Stopień majora przyznał sobie sam, kiedy związał się z Liszniewem. Potrzebował go, aby ukryć swe imię i otczestwo, których nie lubił i nie chciał, aby mu je przypominano. Poza nim samym mało kto je zresztą znał. Kolców kazał zwracać się do siebie wyłącznie stopniem, w ostateczności: „towariszcz komandir”.

W przeciwieństwie do większości ludzi, kłębiących się na Drodze, w obsługujących ją miastach i wioskach, depczących po sobie w walce o wpływy, pieniądze i kobiety, Kolców doskonale wiedział, po co żyje. Nie od razu to, oczywiście, zrozumiał. Potrzeba było wielu życiowych rozczarowań, wielu doznanych upokorzeń i krzywd. Ale teraz Kolców wiedział już, gdzie tkwiło ich źródło. I wiedział, czemu warto poświęcić ostatnie lata swego zmarnowanego, jak oceniał, życia.

Warto było poświęcić je zemście.

Major Kolców nie był małostkowy. Życie mu się niespecjalnie udało, ale to trudno, to tak bywa. I

Major Kolców nie mógł wybaczyć tego, co zrobiono z jego rodiną. Z wielką, dumną Rosją. Z największym narodem, jaki kiedykolwiek nosiła Ziemia, i zarazem narodem, który wciąż spał, jak Ilia Muromiec, i wciąż dawał się bić i upokarzać każdemu, kto tylko chciał.

Kolców, jak wszyscy Rosjanie, kochał ojczyznę i był z niej dumny, ale tę dumę nieodmie

Ilekroć Kolców myślał o tej potwornej krzywdzie, jaka spotkała jego naród, opanowywała go zimna, ostra jak sztylet nienawiść. Nienawidził Ukraińców, którzy za cywilizacyjne dobrodziejstwa odpłacili Rosji zaprzedaniem się obcym. Nienawidził Polaków, którzy wdzierali się nieodparcie na te ziemie ze swymi firmami, spółkami i kapitałami, nienawidził ludiej iż Zapada, zadufanych i bezczelnych, przyjeżdżających tu jak z łaski, jakby przywozili dzikusom szklane paciorki. A najbardziej ze wszystkich nienawidził jewreji, którzy za tym wszystkim stali. Nienawidził ich za to, że uknuli bolszewicki spisek, by za germańskie pieniądze pogrążyć Rosję w krwawej wojnie domowej, i za to, że potem sprzedali się zdrajcom i demokratom, by zniweczyć dzieło wielkiego Stalina.

Kolcowowi nie zależało na pieniądzach. Kolców nie był jednym z tych, którzy tylko pragnęli wdrapać się jak najwyżej, jak najbliżej wierzchołka piramidy. Kolców prowadził wojnę ze światem. Liszniew wiedział o tym i dlatego to właśnie majorowi powierzył tę misję, spokojny, że dokona on wszystkiego, co tylko dokonać można, aby ją należycie wypełnić.

Nie mylił się w tym. Dlatego właśnie teraz, dokładnie w chwili, kiedy Kuziew i Schlaf oglądali czołówkę transmisji z konwoju fundacji, a mężczyźni z obu konwojów żartowali i popijali wódkę, major zastanawiał się nad korektami pierwotnego planu.

Pierwotny plan zakładał akcję na Czarcim Wirażu. Było to miejsce, trzydzieści parę kilometrów za Parachowką, gdzie szosa została przed laty na długim odcinku zniszczona. Ocalało tylko jedno pasmo, chwilami zwężające się na szerokość kół ciężarówki. Trzeba było przejeżdżać tamtędy gęsiego, powoli, raz z jednej, raz z drugiej strony. Dawało to niezłą możliwość zablokowania konwoju. Ale miało swoje wady, z których główną był tłok.

W chwilę po zatrzymaniu się w Bój arkach Kolców odebrał telefon satelitarny. Ich człowiek w konwoju podał miejsce, gdzie stanęli na noc i planowaną godzinę jutrzejszego odjazdu. Nalegał, aby zmienić pierwotny plan. Liszniew, po długim zastanowieniu, poparł jego żądanie. Kolców przypatrywał się uważnie mapie. To miało sens. Można było zablokować konwój na parkingu, ale pod jednym warunkiem. Że zamiast na Wzgórzu 657, panującym nad Czarcim Wirażem, działko zostanie umieszczone na Wzgórzu 323, panującym nad parkingiem. W prostej linii dzieliło je zaledwie kilkanaście kilometrów. Ale problemem nie była odległość. Problemem był stacjonujący na tym wzgórzu patrol.