Страница 41 из 86
– Teraz jestem.
– Teraz tak, ale jutro?…
Tajemnica męczyła mnie coraz bardziej. Musiałem się nią z kimś podzielić. A
– A
– Jeśli fascynację można nazwać chorobą, to jestem chory, ale…
– Od fascynacji krok do szaleństwa – zauważył, przyglądając mi się uważnie.
I wtedy mu powiedziałem. Wszystko. W półgodzi
Rzeczywiście, nie uwierzył mi. Kiedy skończyłem, uśmiechnął się ciepło, serdecznie.
– Masz wielki literacki talent, chłopcze. Nie mogę pojąć, dlaczego zerwałeś z pisaniem?
Jego niewiara rozwścieczyła mnie!
– Dobrze, a zatem przekonam ojca. Natychmiast!
Specjalnie się nie opierał. Wyciągnął z szopy stary rower i popedałował obok mnie. Biegnąc truchtem, rozkoszowałem się myślą o jego zdumieniu, gdy niewiarygodne okaże się faktem.
Plaża wyglądała normalnie. Wilgotny piasek po świeżym odpływie. Załamujące się fale, grzywy palm. Grzebień raf… Ale jedno się zmieniło. Nie było budki. Krzyknąłem i przebiegłem przez płyciznę. Przeskakiwałem ze skały na skałę. Ksiądz podkasał suta
– Może zabrał ją odpływ, albo osunęła się trochę niżej – podsunął spokojnie. Zrzuciłem ubranie i zanurkowałem. Dwa metry od falochronu zaczynało się urwisko i bezde
Na twarzy ojca Andrzeja malowało się współczucie. Zapewne rozmyślał już o sposobie skierowania mnie na kurację psychiatryczną.
Jeszcze raz przypomniałem sobie ustawienie budki. Czy mogło zabrać ją morze? Wykluczone. Ostatnia noc była bezwietrzna, fale słabiutkie… Nagle zauważyłem podłużny kształt błyskający w wodzie. Kawałek metalowej rurki. Coś, co mogło posłużyć jako lewar. A
– Spokojnie synu, ty naprawdę… Przerwałem mu ostro.
– Nie zwariowałem, proszę księdza, I mogę to udowodnić. Mniej więcej tydzień temu kupiłem dyktafon. Nagrywałem na nim prawie wszystkie rozmowy z Lucille…
Niestety dyktafon zostawiłem w domu. Ale czy to był wielki problem?
– Niech ksiądz tu na mnie poczeka, na rowerze obrócę błyskawicznie. Pomknąłem znów przez rozległe pasmo piasku. Wracałem po naszych śladach. Swoich i roweru. Zagłębiłem się w lasek. Rozpacz walczyła we mnie z wściekłością.
– Jak ona mogła mi to zrobić! Kretyńska czekolada! Gdzie się teraz może podziewać!?
Raptownie uderzyła mnie zupełnie i
– Ojcze Andrzeju! – wołałem, wierząc naiwnie, że mój głos może rywalizować z szumem przyboju. – Ojcze Andrzeju!
Nie odpowiadał.
Wreszcie dostrzegłem czubek jego głowy wystający zza skały. Podjechałem bliżej. Poza głową nie zostało z niego wiele więcej… Woda obmywała górną połowę korpusu przeciętego czymś ostrym, olbrzymim. Nie znalazłem śladów walki. Tylko pozostawione na skraju wody buty i kapelusz wskazywały, że ksiądz pragnął uciekać, nie myśląc o garderobie. Na jego twarzy malowało się bezgraniczne przerażenie. Ale kto mógł to zrobić? Śmierć nastąpiła nie dalej jak przed pięcioma minutami. Napastnik, czy raczej napastnicy, nie mogli się zbytnio oddalić. Na piasku pozostały dziwne ślady. Nagle przestrzeń dzieląca mnie od zarośli wydała się olbrzymia. Wskoczyłem już na siodełko. Zakręciłem. Chrupnął zerwany łańcuch. Rzuciłem nieprzydatny welocyped. Puściłem się pędem.
Krab oczekiwał mnie na skraju zarośli. Był wielkości wołu, dziwnie szklisty i bezbarwny. W porównaniu do swych karłowatych kuzynów zdumiewał rozwiniętą mózgoczaszką, na której chitynowe przeźroczyste płaty przykrywały ogromny mózg…
Nogi ugięły się pode mną. Byłem bezbro
Nagle gruchnął strzał. Kula odbiła się od pancerza, nie sprawiając skorupiakowi najmniejszej krzywdy. Jednak zatrzymał się, obejrzał, zawrócił. Teraz i ja dostrzegłem w tumanie kurzu pędzący jeep doktora Charbo
Skorupiak przejrzał plan. Odwrócił się i ruszył w moją stronę z rączością geparda. A
– A
Przytuliła się do mnie. Kochająca, ciepła, opiekuńcza.
– Skąd wzięliście się tutaj? Skąd przyszło wam do głowy wziąć ze sobą harpun, strzelby…
– Dzięki informacji, którą kazałeś przekazać.
– Ja kazałem?…
– Pół godziny temu zatelefonowała do mnie jakaś dziewczyna. Powiedziała, że jesteś w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Akurat przejeżdżał pan doktor…
– Na szczęście zobaczyłem tego Kraba przez lornetkę, jak wyłaził z morza. Inaczej nigdy nie uwierzyłbym w jego istnienie – wyjaśnił Charbo
– Ale kto mógł dzwonić? Jaka dziewczyna?
– Powiedziała tylko, że ma na imię Lucille…
– Lucille? – wypuściłem z ramion żonę i popatrzyłem na dopalające się szczątki wozu i Kraba. – Lucille?
A więc znaleźli sposób na włączenie się do ziemskiej sieci telefonicznej. Mają kontakt. Będę mógł słuchać jej głosu, gdy tylko zechcę.
Odwróciłem głowę, żeby A