Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 38 из 86

Budka nr 7

Tsunami przyszło nagle. Skłębiony wał wodny runął na plaże wyspy z rykiem i prędkością pędzącej lokomotywy. Zapewne, gdyby kataklizm zaskoczył nas nocą albo gdyby Meteorologiczna Służba Środkowego Pacyfiku działała mniej sprawnie, nie ocalałby nikt z parutysięcznej populacji wyspy Aloa.

Wielka fala zapoczątkowana została nieomal symultanicznymi wstrząsami w rejonie rowu Tonga i naszej, stosunkowo niedawno odkrytej głębi meranijskiej (dochodzącej do ośmiu tysięcy metrów, dotąd przypuszczano, że jest tu znacznie płycej). Ruchy tektoniczne w centralnej części Oceanu Spokojnego zdarzają się oczywiście rzadziej niż w rejonie Marianów, Aleutów czy Archipelagu Indonezyjskiego. Poza tym, gdy ich terenem są rozległe bezmiary wód, tylko z rzadka przebite punkcikami raf i pierścionkami atoli, spiętrzenia fal bywają mniejsze. Ale słabsza jest również świadomość zagrożenia mieszkańców.

Na szczęście na Aloa alarm potraktowano poważnie. W miarę upływających minut, chwytając jedynie podręczne i przypadkowe rzeczy, rzucono się ku terenom wyżej położonym. Dzięki Bogu wyspa jest pochodzenia wulkanicznego i stożek góry wystaje dobre kilkadziesiąt metrów ponad poziom wody. Strach pomyśleć o naszym losie, gdyby Aloa leżała na płaskim jak flądra atolu. A i tak nie mieliśmy pewności, czy przeżyjemy. A

Kiedy wreszcie odważyliśmy się zejść na dół, mogliśmy z bliska oglądać przerażający obraz dewastacji – połamane palmy, zniszczone zabudowania, ruinę portu. Z ulgą stwierdziłem, że nasze domostwo, dzięki położeniu wysoko na stoku, ocalało. Jakaś zagubiona fala wdarła się tylko na parter, nie naruszając kamie

Nie przeszkadzało to A

Popołudnie i wieczór zszedł mi na naprawianiu szkód. Uruchomiłem agregat prądotwórczy, wyłapałem trochę rozpierzchniętego inwentarza, wysłuchałem w radiu wiadomości o wstępnym szacunku strat spowodowanych kataklizmem. Potem poszedłem spać. Od dawna sypiamy osobno. I to wcale nie dlatego, że dzisiaj moja żona tak mało przypomina czekoladową dziewczynę w wieńcu z hibiskusów, która powitała mnie, gdy schodziłem na ląd z wycieczkowego olbrzyma o nazwie „Magellan”. Czy pozazdrościłem wówczas Gauguinowi? A może pociągnął mnie romantyzm ulubionego autora mej młodości Stevensona? Impuls, kaprys?! Kiedy w wieku czterdziestu lat stwierdzamy, że co najmniej połowa życia już za nami, a tymczasem nie wymyśliliśmy prochu, nie odkryliśmy nowych lądów, a co gorsza, nie spotkaliśmy na swej drodze prawdziwej miłości – stajemy się podatni na różnego rodzaju nieodpowiedzialne wariactwa.

Kiedyś miałem wspaniale plany, ogromne ambicje, podobno nawet talenty. I co z nich wyszło? Prowincjonalne belfrowanie, kilka odrzuconych scenariuszy, nigdy nie wydana powieść i krótkie, nudne małżeństwo, zakończone równie banalnym rozwodem. Co się robi w takim momencie? Miałem trochę odłożonych pieniędzy i postanowiłem wypuścić się „Magellanem” dookoła świata. Autopretekstu dostarczyła rekonwalescencja po niezbyt zresztą groźnej operacji. Popłynąłem. Sam! Pokład zaludniały staruchy, przy których biblijny Matuzalem mógłby uchodzić za młodzika. Wschody i zachody słońca okazały się dość podobne, kuchnia podła, partnerzy do brydża marni. Zaś baśniowe porty – Suez, Colombo, Singapur czy Hongkong zwiedzaliśmy zbyt krótko, aby naprawdę je poznać. W Aloa wypadała połowa drogi. Nie znalazłem w sobie siły na przebycie drugiej, przerwałem rejs, przebukowałem bilet na następny. Naturalnie, gdy zostałem z A

Nie mamy dzieci. Lekarz uświadomił nas, że mieć nie będziemy… Jeszcze jedna rzecz, która kładzie się cieniem na nasz związek. Co konkretnie nas dzieli? Pozornie nic. A

Potrzebowałem tego spaceru. Zerwałem się przed świtem (zauważyłem ostatnio, jak zmniejsza się moja potrzeba snu – zapowiedź starości?). Znam na wyspie każdą ścieżkę, nie jest to zresztą trudne. Tego ranka poszedłem nad morze, daleko poza osadę, jak najdalej od ludzi… W pewnym stopniu wędrówka zastępowała mi modlitwę. Wyzwalała mnie na krótko z przyziemności, zbliżała do absolutu.

– Czy to herezja? – spytałem raz ojca Andrzeja.

– Pana Boga nie interesują twoje słowa, lecz dusza. Podejrzewam, że jest mocno znudzony, gdy zalewa Go ocean modlitewnych sloganów…

Najszersze plaże znajdują się w południowej części wyspy. Czyste, bezludne, stwarzają nadrealne wrażenie. Dziś szerokie pasmo piasku wyglądało jak śmietnik. Wszędzie piętrzyły się gałęzie, szczątki desek, mierzwa wodorostów, tu i ówdzie połyskiwały szybko schnące kałuże wody i śnięte ryby. Do padliny zlatywały się mewy, a spod nóg uciekały ogromne kraby.

Szedłem powoli skrajem wody, gdy w pewnym momencie dostrzegłem na rumowisku sztucznych skał, stanowiących pozostałość falochronu wzniesionego przez Amerykanów podczas II wojny światowej, zaklinowany, ciemny kształt przypominający cielsko martwego walenia. Wskoczyłem do wody, przebrodziłem kilkadziesiąt metrów i wspiąłem się na pokryte glonami kamienie. Wznosiły się dokładnie w miejscu, w którym płycizna raptownie załamuje się, przechodząc w podwodne urwisko. Gdy byłem młodszy, z upodobaniem przychodziłem skakać i nurkować właśnie za starym falochronem.

Tymczasem rzekomy waleń okazał się budką telefoniczną, wykonaną z ciemnego metalu, bez drzwi, po których szczerzyły się wyrwane zawiasy. Natomiast okien konstruktorzy najwyraźniej nie przewidzieli. Wewnątrz pachniało glonami, morską wodą, w rogu przycupnęła rozgwiazda. Nie było tarczy do wybierania numerów, ale na widełkach spoczywała masywna słuchawka. Odruchowo ją podniosłem.

– Słucham, jaki numer zamawiasz? – powiedział prawie natychmiast melodyjny głosik.

– To jest czy

– A dlaczego miałoby być nieczy

Najwidoczniej właścicielka urokliwego głosu była telefonistką. Chyba jednak z Lahoe… Wszystkie panienki z Aloa doskonale znałem po głosie i lubiłem czasami (ku niezadowoleniu A

– Czy prosi pan o jakieś połączenie? – powtórzył głos, bez najmniejszego śladu zniecierpliwienia.

– Nie, dziękuję.

– W takim razie do usłyszenia.

Rozległ się miły dla ucha sygnał i głosik się wyłączył. Odłożyłem słuchawkę z pewnym żalem. Potem obejrzałem budkę od wewnątrz i zewnątrz. Zauważyłem kabel grubości tęgiego palca, który wił się po skałach i niknął w morzu. Podziwiałem jego wytrzymałość. Sądząc po śladach na obudowie budki, żywioł musiał nieźle telepać telefonicznym pudełkiem. Skąd mogło ją tu przynieść? Z Aloa – wykluczone, wszystkie nasze budki miały standardowe kształty i nie przypominały tej znalezionej. Do Lahoe było ponad pięć kilometrów, a do sąsiedniej wyspy…

Podkusiło mnie, żeby wrócić. Telefonistka odezwała się prawie natychmiast.

– Czy mogłaby mnie pani poinformować, gdzie mieści się centrala?

– Oczywiście w Aloa! – odpowiedziała po ledwie dostrzegalnej pauzie.

– W takim razie powi

– Pracuję od niedawna.

Argumentacja nie trafiła mi do przekonania. Zresztą sądzę, że po wczorajszych zniszczeniach i powolności miejscowych majstrów, rekonstrukcja centrali powi

– Jak poradziliście sobie z uszkodzeniami?

– Jakimi uszkodzeniami?

Miałem dość tych odpowiedzi pytaniem na pytania. Właścicielka słodkiego głosiku najwyraźniej robiła mnie w konia. A może tylko chciała mnie w ten sposób poderwać?

– Proszę pani – zacząłem ostro – stoję pośrodku plaży…

Przerwała mi:

– Dlaczego zacząłeś używać tak dziwnych słów? Co znaczy plaża?