Страница 9 из 51
Raimundo Silva ma higieniczny nawyk udzielania sobie samemu wolnego dnia, kiedy kończy poprawiać książkę. To jakby odprężenie, oczyszczenie, i z tego powodu wychodzi ze swego domu na świat, spaceruje po ulicach, spędza czas na wernisażach, siada na ławce w parku, zabawia dwie godziny w kinie, nagle odczuwa konieczność wejścia do muzeum, aby obejrzeć jakiś obraz, ogólnie rzecz biorąc, prowadzi życie turysty nie mającego zamiaru wyjechać zbyt prędko. Nie zawsze jednak realizuje cały program. Nie należą do rzadkości dni, kiedy wraca do domu wczesnym popołudniem, ani nie zmęczony, ani nie znudzony, tylko dlatego, że wezwał go głos wewnętrzny, któremu nie warto się sprzeciwiać, w domu czeka na niego książka, następna, bo wydawnictwo, darzące redaktora szacunkiem i estymą, jeszcze nigdy nie zostawiło go bez pracy. Mimo tylu lat tak monoto
Jednakowoż tym razem Raimundo Silva przewiduje późny powrót do domu, może nawet pójdzie do kina na seans o północy, i nie musimy być szczególnie bystrzy, aby się domyślić, iż zależy mu na tym, by nie znaleźć się w bezpośrednim zasięgu Costy, gdy zostanie odkryte nadużycie, którego jest jednocześnie autorem i wspólnikiem, bo będąc autorem, popełnił błąd, i będąc redaktorem, nie poprawił go. Zresztą jest niemal dziesiąta, w drukarni już pewnie składają pierwsze ramy, zecer powolnymi i skrupulatnymi gestami zdradzającymi profesjonalistę wprowadza poprawki na stronach i zamyka skrzynki, niebawem zaczną szybko wyskakiwać kartki papieru opowiadające fałszywą Historię oblężenia Lizbony i także niebawem może zabrzmieć dzwonek telefonu, to dziwne, że jeszcze nie zadzwonił, i z drugiej strony usłyszy krzyczącego Costę, Błąd, którego nie da się wyjaśnić, panie Silva, na szczęście w porę na niego wpadłem, niech pan tu natychmiast przyjdzie, proszę wziąć taksówkę, pan jest odpowiedzialny za tę sprawę, nie, to nie sprawa na telefon, żądam pańskiej obecności przy świadkach, Coście z nerwów głos robi się coraz cieńszy, a Raimundo Silva, nie mniej zdenerwowany albo jeszcze bardziej ponaglany przez wyobraźnię, zaczyna się szybko ubierać, podchodzi do okna zobaczyć, jaka jest pogoda, zimno, ale niebo czyste. Na drugim brzegu wysokie kominy wyrzucają w niebo kłęby dymu, najpierw wznoszące się pionowo, aż wiatr odbierze im moc i utworzy z nich chmurę wolno przesuwającą się na południe. Raimundo Silva spuszcza oczy na dachy przykrywające dawne ziemie Lizbony. Opiera się rękoma o barierkę balkonu, czuje zimne i chropowate żelazo, teraz jest spokojny, tylko patrzy, nie myśli, i w tej samej chwili jego pustą duszę wypełnia myśl o tym, jak spędzić ten wolny dzień, by zrobić coś, czego nigdy w życiu nie zrobił, nie mają racji ci, którzy utyskują na jego krótkość, jeśli nie wykorzystują tego, co zostało im dane.
Porzucił balkon, poszedł do gabinetu, poszukał w szafie tekstu pierwszego czytania Oblężenia, jeszcze go miał, tak samo jak drugi i trzeci, oryginału nie, ten został w wydawnictwie po pierwszym czytaniu, włożył wszystko do papierowego worka i w tej chwili zadzwonił telefon. Raimundo Siłva wzdrygnął się, lewa ręka, powodowana przyzwyczajeniem, jeszcze wyciągnęła się w stronę telefonu, lecz zawisła w połowie drogi i cofnęła się, ten czarny przedmiot jest bombą zegarową gotową wybuchnąć, grzechotnikiem gotowym do ataku. Powoli, jakby bał się, że kroki mogą zostać usłyszane tam, skąd dzwonią, redaktor oddala się, szepcze, To Costa, jednakże myli się i nigdy się nie dowie, kto chciał z nim rozmawiać o tej pora