Страница 8 из 51
Raimundo Silva przestał czytać. Jest wyczerpany, wszystkie jego siły uszły wraz z tym nie, którym wystawił na szwank, oprócz nieskalanej i zasłużonej reputacji, spokój sumienia. Od dzisiejszego dnia będzie żył dla tej chwili, w której wcześniej czy później, lecz nieuchro
Raimundo Silva poszedł do łóżka. Leży na plecach, z rękoma skrzyżowanymi na karku, jeszcze nie czuje zimna. Ma kłopoty z oceną tego, co zrobił, przede wszystkim nie potrafi uznać znaczenia swego czynu i nawet dziwi się temu, że nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy zmienić sens i
Nie wybiła jeszcze ósma, kiedy Costa zadzwonił do drzwi. Redaktor, który miał ciężką noc, spał niespokojnie i często się budził, w końcu pogrążył się w głębokim śnie, tak myślała ta jego część, która wspięła się na poziom świadomości wystarczający, by myśleć, i to, że spał głęboko, było też wnioskiem wynikającym z kłopotów z obudzeniem drugiej jego części, mimo upartego i przenikliwego dzwonka, cztery razy, pięć, teraz dźwięk przedłużony w nieskończoność, jakby mechanizm się zablokował. Raimundo Silva wiedział, rzecz jasna, że musi wstać, ale nie mógł zostawić w łóżku połowy siebie, co więcej, co powiedziałby Costa, na pewno jest to Costa, teraz policja już nie przychodzi, żeby wyrywać nas z łóżka o świcie, tak, co powiedziałby Costa, zobaczywszy jedynie połowę Raimunda Silvy, może Benvinda, człowiek zawsze powinien stawiać się kompletny tam, gdzie go wzywają, nie może oświadczyć, Przynoszę tu tylko jedną część siebie, druga część spóźni się trochę. Dzwonek nie przestawał dzwonić, Costa zaczął się niepokoić, Co za cisza w domu, w końcu obudzona połowa redaktora zdołała zawołać ochrypłym głosem, Już idę, dopiero teraz zaspana druga część w złym humorze zaczyna się poruszać. Teraz obie niepewnie połączone, na chwiejnych nogach, które nie wiedzieć do kogo należą, przechodzą przez pokój, drzwi wejściowe tworzą kąt prosty z drzwiami sypialni, niemal można by je otworzyć jednym ruchem, to Costa, najwyraźniej zmieszany pora
Kiedy Raimundo Silva ponownie się pojawia, zaciskając pasek i zasłaniając szyję kołnierzem szlafroka w szkocką kratę, w różnych odcieniach koloru niebieskiego, Costa ma już w rękach plik kartek, trzyma je, jakby ważąc, mówi nawet ze zrozumieniem, Rzeczywiście, sporo tego, ale nie przegląda tekstu, ogranicza się do zapytania, trochę niespokojnie, Dużo poprawek jeszcze pan wprowadził, i Raimundo Silva odpowiada, Nie, i w tej samej chwili się uśmiecha, na szczęście nikt nie może zapytać dlaczego, Costa nie zdaje sobie sprawy, że właśnie w tej chwili jest oszukiwany tym drobnym słowem, tym nie, które jednocześnie ukrywa i zdradza, Costa zapytał, Dużo poprawek jeszcze pan wprowadził, i redaktor odpowiedział, Nie, uśmiechając się, teraz skrzywiony, gdy mówi, Jeśli pan chce, proszę zobaczyć, Costę dziwi dobrotliwość, to niejasne uczucie, które szybko ustąpiło, Nie warto, od razu jadę stąd do drukarni, obiecali mi, że rzucą książkę na maszyny, gdy tylko przyniosę poprawki. Redaktor myśli, iż gdyby Costa przewertował strony i natrafił na błąd, jeszcze byłby w stanie przekonać go dwoma czy trzema skomplikowanymi zdaniami na temat kontekstu i zaprzeczenia, przeciwieństwa i pozorów, sensu i nieokreśloności, ale Costa chce już tylko wyjść, czeka na niego drukarnia, jest zadowolony, bo produkcja odniosła zwycięstwo w jeszcze jednej potyczce z czasem, Dzisiaj jest pierwszy dzień z reszty twojego życia, powinien, rzecz jasna, okazać surowość, niedobrze jest czekać do ostatniej chwili z rozwiązywaniem wszystkich problemów, musimy mieć większy margines bezpieczeństwa, lecz redaktor, wtłoczony w ten szlafrok fałszywego Szkota, nie ogolony, z pofarbowanymi włosami groteskowo odcinającymi się od siwego zarostu, ma wygląd człowieka tak opuszczonego, że Costa, chłopak w sile wieku, chociaż należy do pokolenia szydzącego z dobroci, zachowuje dla siebie usprawiedliwione narzekania i niemal z czułością wydobywa z teczki oryginał nowej książki do poprawienia, Ta jest krótka, niewiele ponad dwieście stron i nie śpieszy się nam za bardzo. Raimundo Silva słucha i rozumie znaczenie gestu i słów, rozszyfrowuje półton dodany albo wyeliminowany z samogłoski, jego uszy potrafią czytać równie dobrze jak oczy i dlatego odczuwa coś jakby wyrzut sumienia z powodu oszukania niewi
Poszedł sobie Costa, zadowolony, że dzień rozpoczął się tak dobrze, a Raimundo Silva idzie do kuchni przygotować kawę z mlekiem i tosty z masłem. Dla tego mężczyzny pełnego zasad i pryncypiów tosty są niemal nałogiem i prawdziwym przejawem nieokiełznanego łakomstwa, które odnosi się do rozlicznych wrażeń, zarówno wizualnych, jak i dotykowych, zarówno węchowych, jak i smakowych, poczynając od błysku chromowanego opiekacza, następnie noża krojącego kromki, zapachu prażonego chleba, topiącego się masła, i w końcu złożona przyjemność ust, podniebienia, języka, zębów, do których przykleja się błogo ciemna skórka, przypalona i miękka, i po raz kolejny zapach, teraz w jego wnętrzu, na pewno znalazł się w niebie ten, kto potrafił wynaleźć coś tak subtelnego. Raimundo Silva któregoś dnia wypowiedział na głos te właśnie słowa, w ulotnej chwili, kiedy zdawało mu się, iż przeniknęło mu do krwi doskonałe dzieło ognia i chleba, bo dla niego nawet masło nie jest istotne, oddałby je bez zbytniego żalu, choć głupcem musiałby być ten, kto odrzuciłby to, co w połączeniu z elementem podstawowym podwaja apetyty i smak, bo tak jest w przypadku opiekanego chleba i masła, o których mówiliśmy, z pewnością tak byłoby też w przypadku miłości na przykład, gdyby w jej kwestii redaktor miał większe doświadczenie. Raimundo Silva skończył jeść, poszedł do łazienki się ogolić, żeby zadbać o wygląd. Dopóki piana nie przykrywa całkowicie brody, odwraca oczy od lustra, dzisiaj żałuje, że zdecydował się pofarbować włosy, stał się niejako więźniem własnych forteli, bo nie tyle jest zdegustowany swym wyglądem, ile męczy go myśl, że po zafarbowaniu, siwe włosy pojawią mu się nagle, za jednym razem, jak nagła erupcja, a nie w wyniku powolnej naturalnej ewolucji, którą w pewnej chwili przerwał z powodu głupiej próżności. To drobne nikczemności duszy, za które ciało musi zapłacić, on jest niewi
W gabinecie, jedynie by się zapoznać z nową pracą, Raimundo Silva przegląda zostawiony przez Costę oryginał, oby nie trafiła mi się teraz cała Historia Portugalii, bo nie zabrakłoby w niej następnych pokus z cyklu tak i nie, albo jeszcze jedna, może jeszcze bardziej ponętnie niedookreślona, nieskończonego być może, które nie zostawiłoby kamienia na kamieniu ani faktu na fakcie. W końcu jest to jednak tylko zwykła powieść, nie musi martwić się wprowadzeniem po niej tego, co już tam jest, wszak książki tego typu, opowiadając wydarzenia fikcyjne, zbudowane są wszystkie na fundamencie nieustającej wątpliwości, powściągliwie potwierdzanej świadomością, że nic nie jest prawdą i że trzeba udawać, iż nią jest, przynajmniej przez jakiś czas, aż nie będzie można wytrzymać niezaprzeczalnej oczywistości zmiany, wtedy powracamy do minionego czasu, bo tylko on jest prawdziwym czasem, i usiłujemy przywrócić chwilę, której nie potrafimy rozpoznać, która upłynęła, gdy przywracaliśmy i