Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 36 из 51

Przez okno pokoju widać było przepływające powoli chmury, bure i ciężkie na fioletowym, wieczornym niebie. Pomimo swego zaawansowania wiosna nie zdecydowała jeszcze otworzyć drzwi ciepłemu powietrzu, letniej gwieździe, rozluźniającej węzły szalików na szyi i podwijającej rękawy, w pewnym sensie Raimundo Silva żyje w dwóch czasach i w dwóch porach roku, w skwarnym lipcu, który roziskrza i rozpala broń oblegających Lizbonę, i w tym wilgotnym i szarym kwietniu, ze słońcem czasem przebijającym się przez ciemne chmury, sprawiającym, że światło staje się twarde, jak gładki i zamknięty w sobie diament. Otworzył okno, wsparł łokcie na balustradzie balkonu, czuł się dobrze mimo chłodu, szczęśliwie dom stoi tyłem do Boreasza, który dmie właśnie w tej chwili krótkimi i gwałtownymi porywami, owiewając mu twarz zimną pieszczotą. Niebawem robi mu się chłodno i zastanawia się, czy nie powinien się schować, gdy w jednej chwili kamienieje z zimna, dosłownie kamienieje na myśl o tym, że tam, gdzie się znajduje, może nie usłyszeć dzwonka telefonu. W jednej chwili wpadł do mieszkania i pognał do gabinetu, jakby jeszcze chciał usłyszeć ostatnie wibracje, telefon stał tam spokojnie, czarny jak zawsze, lecz teraz przestał być groźnym zwierzem, owadem uzbrojonym w żądła i kolce, mógłby nawet zostać porównany do śpiącego kota wtulonego we własne ciepło, który obudzony zagraża co najwyżej cienkimi pazurkami, które wcześniej zdawały się śmiercionośną bronią, teraz będzie raczej czekał na dotyk pieszczącej dłoni. Raimundo Silva wrócił do sypialni i nie zapalając światła, usiadł przy malutkim stole przy oknie, czekał. Wsparł czoło na dłoniach, to jego charakterystyczny gest, tam, w jego głowie z pewnością pisze się właśnie jakaś historia, bo tę rozpoczętą mógłby przeczytać tylko ktoś o otwartych i przytomnych oczach, nie ślepiec, bez względu na to, jak bardzo miałby wykształcony zmysł dotyku, palce nie powiedziałyby, jaki jest ten jego nowy kolor włosów. Mimo że zmrok jeszcze nie zapadł, w pokoju panuje półmrok, daszek na balkonie, który nawet w jasne dni zamyka drogę zenitalnym promieniom, w tej chwili tworzy tutaj noc, podczas gdy na zewnątrz przez tę czy ową przerwę pomiędzy chmurami przeciskają się jeszcze ostatnie promienie słońca skrywającego się za morzem. Róże w wąskim wazonie bieleją w niebieskawej ciemności pokoju, dłonie Raimunda Silvy zsuwają się, by spocząć na ostatniej zapisanej stronie, na czarnych, nierozszyfrowywalnych liniach, może w języku arabskim, nie zwróciliśmy uwagi na głos almuadema, bezskutecznie nawoływał, słońce ociągało się jeszcze przez długą minutę, zawieszone na wyrazistym horyzoncie, następnie pozwoliło się zatopić, w tej chwili każde słowo będzie spóźnione. Sylwetka Raimunda Silvy stopniowo zaciera się w gęstym mroku, róże jeszcze zagarniają z okna niedostrzegalne resztki światła zatrzymane na szybach, jednocześnie uwalniając z głębi serca skrytego w koronach płatków niespodziewany zapach. Dłonie Raimunda Silvy powoli się unoszą i dotykają ich, jedna, druga, jakby dotykały obu policzków, jedna, druga, to preludium do następnego ruchu, kiedy to usta zbliżają się i dotykają płatków, złożonych ust kwiatu. Teraz telefon nie powinien dzwonić, niech nic nie przerywa tej chwili, zanim sama z siebie dobiegnie końca, nazajutrz żołnierze zebrani na Wzgórzu Dziękczynienia ruszą jak podwójne obcęgi, na wschodzie i na zachodzie, aż do brzegu rzeki, przejdą przed oczyma Raimunda Silvy mieszkającego w północnej wieży bramy Alfofa, i kiedy wyjrzy z tarasu, ciekawski, trzymający w dłoniach różę albo dwie, zawołają do niego z dołu, że już za późno, że to już nie czas róż, lecz ostatecznego przelania krwi i śmierci. Z tej strony w kierunku Bramy Żelaznej ruszy oddział wojska pod dowództwem Mem Ramiresa, gdzie w tłumie będzie kroczył Mogueime, do którego jego dowódca, w końcu ujrzawszy go i rozpoznawszy, zapewne z powodu wzrostu, bo twarz ma zarośniętą jak każdy, zawoła, śmiejąc się otwarcie, językiem średniowiecznym, Hej, żołnierzu, te mury są za wysokie, żebym znowu wspiął się na nie po twoich plecach i zahaczył drabinę, jak zrobiliśmy w Santarem, co dało takie korzyści nam i królowi, naszemu panu, a Mogueime, choć okazano mu względy, ale komu w tej sytuacji nie przychodzi do głowy zaprzeczyć swemu przełożonemu w kwestii właściwej kolejności sły

W końcu telefon. Raimundo Silva zerwał się z miejsca, pchnięte krzesło zachwiało się i przewróciło, a on już był w korytarzu, wyprzedzając kogoś, kto go obserwował, uśmiechając się z lekką ironią, Któż by powiedział, mój drogi, że takie rzeczy się nam przytrafią, nie odpowiadaj mi, odpowiedzi na pytania retoryczne to strata czasu, wiele razy już o tym rozmawialiśmy, idź, idź, ja pójdę za tobą, nigdy mi się nie śpieszy, to, co kiedyś będzie twoje, również do mnie będzie należeć, ja jestem tym, który zawsze przychodzi później, przeżywam każdą twoją chwilę, jakbym poprzez ciebie wdychał zapach róż skrywany w pamięci albo, mniej poetycko, woń twego talerza z fasolą i warzywami, w której w każdej chwili odżywa twoje dzieciństwo, a ty go nie widzisz i nie uwierzyłbyś, gdyby ci o tym powiedzieć. Raimundo Silva rzucił się na telefon, przez sekundę pomyślał, wątpiąc, A jeśli to nie ona, to była ona, Maria Sara mówiła do niego, Nie powinien był pan tego robić, Dlaczego, zapytał zbity z tropu, Bo od tej chwili nie będę mogła nie dostawać róż codzie

Jeśli przyjmiemy za prawdziwe i sprawdzone fakty opisane przez Osberna albo raczej wspomnianego wcześniej brata Rogeira, trzeba będzie wyjaśnić Raimundowi Silvie, żeby się nie łudził co do założonej przez siebie łatwości obozowania przy poddanej próbie Bramie Żelaznej czy którejkolwiek i