Страница 14 из 45
Nie wiem, jak to było z nim naprawdę. Wiem tylko, że przeżył i że Niemcy, po tym jak zdradził im tajemnicę swojej szczepionki i przestał być im już potrzebny, jakimś cudem nie zaoferowali mu na koniec jednej ze swych „wspaniałych” komór gazowych. W każdym razie dzięki jego odkryciu i niemieckiej korupcji uratowano od śmierci na tyfus wielu warszawskich Żydów, którzy zresztą i tak mieli później umrzeć inaczej. Nie dałem się zaszczepić. Było mnie stać na jedną jedyną dawkę szczepionki, tylko dla mnie, z pominięciem reszty rodziny. Tego nie chciałem.
Nie mogło być mowy o grzebaniu zmarłych na tyfus w tempie ich umierania. Nie można było też pozostawić ich w domach. Zdecydowano się więc na kompromis: układano zwłoki pozbawione tak ce
Opuszczałem lokal jako jeden z ostatnich, razem z jego szefem, już po obliczeniu dzie
Wiosną, gdy zacieśniła się moja przyjaźń z Romanem Kramsztykiem, szedłem często po pracy, zamiast do domu, do jego mieszkania na Elektoralną, gdzie spotykaliśmy się, by rozmawiać do późnej nocy. Właściciel mieszkania zaliczał się do szczęśliwców. Miał swoje maleńkie królestwo: pokoik ze skośnym sufitem na ostatnim piętrze jednej z czynszowych kamienic. Tam zgromadził wszystkie swoje skarby, które udało mu się uchronić przed niemieckimi rabunkami: szeroką kanapę pokrytą kilimem, dwa drogoce
Przepraszam… Nie spotkał pan przypadkiem Izaaka Szermana? Wysokiego, eleganckiego mężczyzny z siwą bródką… – I spoglądała z wytężeniem swemu rozmówcy w twarz, a gdy otrzymywała odpowiedź przeczącą, wykrzykiwała z rozczarowaniem:
Ach nie? – Jej twarz kurczyła się przez chwilę boleśnie, ale natychmiast uspokajała się w uprzejmym, wymuszonym uśmiechu.
Proszę mi wybaczyć, szanowny panie – i szybko oddalała się, kręcąc głową, po części z zawstydzenia, że zabrała komuś czas, a po części ze zdziwienia, że ktoś mógł nie znać jej męża Izaaka, tak wytwornego i sympatycznego pana.
O tej porze zazwyczaj przemykał Elektoralną Rubinsztajn, odziany w poszarpane, wybrudzone i powiewające na wszystkie strony łachy. Wywijał laską, biegł w podskokach, pomrukując przy tym i nucąc sobie coś pod nosem. Był w getcie niezwykle popularny. Rozpoznawany już z dala po powiedzonku: „Trzymaj się, chłopcze!”, miał jedno tylko na celu: humorem dodawać ludziom odwagi. Jego kawały i żarty krążyły po getcie i szerzyły wesołość. Jedną z jego specjalności było zbliżanie się do niemieckich wartowników i wyzywanie ich, wśród podrygów i grymasów, od „durni, bandytów i zgrai złodziei”. Niemcy bawili się wybornie i często rzucali Rubinsztajnowi jako zapłatę za jego obelgi papierosy i bilon, bo przecież wariata nie można było traktować poważnie. Nie byłem o jego szaleństwie tak przekonany jak Niemcy i do dziś nie wiem, czy Rubinsztajn rzeczywiście należał do tych wielu, którzy na skutek przeżytych okropności postradali rozum, czy też tylko udawał wariata, by dzięki błazeńskiej czapce uniknąć śmierci, co w końcu mu się i tak nie udało.
Wariaci nie przejmowali się godziną policyjną. Dla nich nie miała ona żadnego znaczenia. Ani dla nich, ani dla dzieci. Z piwnic, zaułków, z przedsionków, gdzie sypiały, wyłaniały się te dziecięce zjawy w nadziei, że może jednak w tej ostatniej godzinie dnia uda im się wzbudzić współczucie w ludzkich sercach. Ustawiały się pod latarniami, ścianami domów, a także na jezdni i wznosząc głowy, pojękiwały monoto
I
Ale prawie nikt nie miał tej jednej cebuli, a nawet gdy ktoś ją miał, to nie miał serca. Wojna zamieniła je w kamień.