Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 45

Dopiero gdy mijałem szczęśliwie ulicę Chłodną, ukazywał mi się obraz getta takiego, jakie było naprawdę. Tu ludzie nie mieli majątków czy też ukrytych skarbów. Żyli z handlu. Im dalej człowiek zapuszczał się w gąszcz ciasnych uliczek, tym żywszy i bardziej nachalny był handel. Kobiety, z uczepionymi ich sukni dziećmi, zagradzały przechodniom drogę, usiłując sprzedać im ułożony na skrawku kartonu kawałek ciasta, stanowiący cały posiadany majątek, od którego sprzedaży zależało, czy ich dzieci wieczorem zjedzą ćwiartkę czarnego chleba. Obok zaś nie do poznania wygłodzeni starzy Żydzi próbowali ochrypłym krzykiem zwrócić uwagę ludzi na jakieś szmaty, z nadzieją, że uda im się je spieniężyć. Młodzi mężczyźni handlowali złotem i dewizami, toczyli zażartą i upartą walkę o powykrzywiane denka zegarków, zapięcia od łańcuszków czy też wybrudzone i wytarte banknoty dolarowe, które oglądali pod światło, by stwierdzić, że były fałszywe i bezwartościowe, mimo że sprzedawca zaklinał się, że są „prawie jak nowe”. Zatłoczonymi ulicami posuwały się ze stukiem i brzękiem tramwaje ko

Pokonanie dystansu od przystanku do nawet najbliżej położonego sklepu było niełatwe. Na taką chwilę spotkania z zamożnym człowiekiem czekały już tuziny żebraków, którzy tłocząc się, szarpali go za ubranie, zagradzali mu drogę, płacząc, krzycząc czy też grożąc. Jednakże nierozsądne było uleganie współczuciu i danie żebrakowi jałmużny. Wrzask zamieniał się wtedy w wycie, a w odpowiedzi na ten znak ze wszystkich stron napływali następni biedacy i otaczali dobroczyńcę, osaczonego przez wynędzniałe, rozsiewające gruźlicę postacie, przez podsuwane mu pod nogi pokryte zaropiałymi guzami dzieci, przez gestykulujące kikuty rąk, przez oczy pozbawione światła i przez bezzębne, ziejące fetorem usta, które błagały o litość w tej ostatniej chwili przed śmiercią, tak jakby koniec ten mógł dać się odwlec wyłącznie dzięki natychmiast udzielonemu wsparciu.

Do wnętrza getta można było dostać się tylko ulicą Karmelicką – jedyną ulicą, która tam prowadziła. Nieocieranie się o przechodniów było tu niemożliwe. Gęsta masa ludzka nie szła, lecz parła i przeciskała się do przodu, tworząc zawirowania wokół kramarskich straganów oraz zatoki spokoju w bramach domów, z których wionęło zimnym, stęchłym fetorem nie wietrzonej pościeli, zjełczałych tłuszczów i gnijących odpadków. Z każdego, byle jakiego powodu tłum wpadał w paniką i poruszał się to w jedną, to w drugą stroną, dusząc się, ściskając, krzycząc i przeklinając, na czym świat stoi. Ulica Karmelicka należała do wyjątkowo niebezpiecznych. Codzie

Na Miłej, w pobliżu skrzyżowania z Karmelicką, mieszkał Jehuda Zyskind. Był on stróżem, a gdy nadarzała się okazja – tragarzem, furmanem, handlarzem; szmuglował też towary przez mury getta. Zarabiał, gdzie się dało, by wyżywić swoim sprytem i siłami rodzinę, której wielkości nie mogłem nawet ocenić, tak była liczna. Poza swoimi zwykłymi zajęciami Zyskind był człowiekiem pełnym ideałów. Działał w organizacji, przemycał tajne ulotki do getta i próbował rozwijać na jego terenie działalność konspiracyjną, mimo że przychodziło mu to z dużym trudem. Traktował mnie z pewnym lekceważeniem, tak jak należało jego zdaniem traktować artystów – ludzi nie nadających się do pracy w podziemiu. Mimo wszystko lubił mnie, pozwalał, bym codzie

Henryk miał niełatwe życie. Sam sobie je ułożył i nawet nie próbował nic w nim zmienić, gdyż był zdania, że żyć inaczej byłoby niegodnie. Znajomi, którzy cenili jego humanistyczne zdolności, doradzali mu wstąpienie do żydowskiej policji. Tam lokowała się dla bezpieczeństwa większość młodych ludzi pochodzących z kół inteligencji. Ponadto można było tam przy odrobinie sprytu dobrze zarabiać. Jednak Henryk odrzucał takie rady. Był nawet oburzony i odczuwał je jako obrazę. Ze zwykłą sobie surową przyzwoitością odpowiadał, że nie zamierza współpracować z bandytami. Znajomi czuli się dotknięci, a Henryk zaczął chodzić każdego ranka z koszem pełnym książek na Nowolipki. Handlował nimi – latem w pocie czoła, zimą zaś marznąc podczas mrozów – nic poddając się, niezłomnie obstając przy swoim; gdy jemu jako intelektualiście nie było dane mieć i

Gdy powracaliśmy z Henrykiem i jego koszem do domu, byli tam zazwyczaj już wszyscy i czekali tylko na nas, by zasiąść do obiadu. Matka przykładała wielką wagę, do wspólnych posiłków – był to zakres jej obowiązków i starała się w ten sposób nas wspierać. Dbała o to, by stół przykryty czystym obrusem i serwetkami był ładnie zastawiony. Zanim zasiadaliśmy do stołu, pudrowała sobie lekko twarz, poprawiała włosy i sprawdzała w lustrze, czy wystarczająco elegancko wygląda. Nerwowym ruchem rąk wygładzała sukienką. Nie udawało jej się jednak wygładzić otaczających oczy zmarszczek, których linie z miesiąca na miesiąc stawały się coraz wyraźniejsze. Nie mogła też zapobiec temu, że jej lekko szarawe włosy nagle zaczęły siwieć. Gdy siedzieliśmy już przy stole, przynosiła z kuchni zupę, i nalewając ją, zaczynała z nami rozmawiać. Unikała przy tym nieprzyjemnych tematów. Gdy jednak komuś z nas zdarzyła się taka niezręczność, wpadała w słowo: „Zobaczycie, że wszystko będzie jeszcze inaczej”. Zmieniając zaś od razu temat, zwracała się do ojca:, jak ci smakuje, Samuelu?”

Ojciec nie miał zbytniego zamiaru się umartwiać. Raczej przesadnie zarzucał nas dobrymi wiadomościami. Gdy zdarzyła się łapanka, po której dzięki łapówkom wypuszczono tuzin mężczyzn na wolność, twierdził rozpromieniony, że wie z najlepszego źródła, iż wszystkich mężczyzn powyżej czy też poniżej czterdziestki, z wykształceniem lub też bez, z tego czy też i