Страница 3 из 51
– Takich jak pan, Rezler, to ja bym kupił worek cały, całe południowe Prusy od Odry po Wisłę, zasiedliłbym lojalnymi poddanymi króla, starostwa na amty poprzewracał i porządek ku chwale monarchii utrzymał! Durna ta wasza szlachta “gospodarze kraju” pożal się Boże! Nie, nie o was mówię – odwrócił twarz ku Rezlerowi i Bronikowskiemu – i nie o braciach protestanckich, którzy mądrzejszymi oczami na świat patrzą i wiedzą, kiedy i co cesarskiego cesarzowi oddać należy, a gospodarki haniebnie dla zbytków nie zaniedbują. Ale ilu takich?! Pan, panie Rezler – Scholz mówił tak szybko i tak gwałtownie, że drobinki śliny wytryskiwały mu z ust – pan gorzelnię pierwszą wybudowałeś, udziały w sukie
– Prawda jest – Bronikowski odezwał się z pełną gębą, żując i na przemian wyciskając wyrazy – prawda, ośmielę się zauważyć. Nieróbstwo, swawola i niekarność to choroby toczące naród jak czerw, który drzewo piłuje. Gospodarka święta rzecz, ziemia nasza potrzebuje…
– Czego ziemia nasza potrzebuje najsampierw, nie tacy jak pan, mości Bronikowski, wykładać będą! – przerwał Janek.
– A jacy?! Że co, protestanci nie mają prawa wedle was, bo wiara i
– Nie o wiarę tu chodzi, nie udawaj pan głupiego!
– Tedy o co waści idzie? Co byś nie prawił, panowie bracia rujnują kraj i samych siebie, ośmielę się zauważyć. Pan landrat ma rację świętą w tej materii.
– Bydło! – Ertli czknął i popił winem. – Podatków płacić nie łaska, bo, jak mówią, chłop im nie pracuje, jak należy. Jak ma pracować, kiedy pierze zeń żywcem drą? W Dobrojewie dziedzic kmiotka tak batem popieścił, że mu żebra przez mięso na grzbiet wylazły, ot mi sposób…
– Zły sposób, kapitanie? Z dobrej jednak szkoły wzięty! – wtrącił Janek. – Trzy niedziele temu widziałem – słowa padały z takim impetem, że Dominikowi zdawało się, iż miotają płomieniami świec, czyniąc bardziej nerwowymi cienie na twarzach – widziałem, jak przeszedł przez kije wasz żołnierzyk. Dwa szeregi…
– Co znaczy wasz!? A pański, panie Karsnycky, bo nie wiem, czy Rezler zwać się zezwolicie, choć to zaszczyt być wam powinien, zważywszy zasługi ojczyma, a wasz to nie?! Ktoście więc? Czyj poddany? – wyrzucił z siebie landrat.
– Pan wie najlepiej, czyj. Niech będzie, że i mój to był żołnierz. Żaden żołnierz nie godzien takiej pieszczoty, że nazwę jak pan kapitan, i nie żebra wtedy przez mięso wylazły, bo już i co wychodzić nie miało! Do połowy szeregu żywy nie dojechał!
– Gdzie?! – Ertli stężał momentalnie, a oczy wypłynęły mu z fałd skóry, lepiej i bystrzej widzące.
– W Poznaniu, na rynku. Niejeden żołnierski balet wśród kijów oglądały ściany placu. Panu to trzeba mówić?
– Żołnierz to żołnierz, niesubordynacja grzech śmiertelny! I koniec! – Ertli uderzył ręką w stół, aż kieliszki podskoczyły i zabrzęczały chórem.
Dominik skulił się w przypływie strachu. Ale wciąż był jeszcze pod wrażeniem niemczyzny brata, tak poprawnej, jakiej z ust jego nigdy nie słyszał i swobody, z jaką Janek siedział za stołem i perorował do rzeczy. Że za spokojem tym kryje się czujność zwierza gotowego kąsać, Dominik wiedzieć nie mógł. Ojciec wiedział. I już kolejkę nową rozlewał, do kiełbas i ogórków zapraszał, łagodząc, na gospodarski temat wracając.
– Ma pan rację, Herr Scholz, prawda to, chłop też człowiek i że urząd pruski w opiekę go bierze, chwała królowi. Tylko że kanalie jednym żyją, jedno z mlekiem matki ciągną, jedno we krwi mają, jak od pańszczyzny uciec, jak się migać, jak…
– To pańszczyznę na czynsz zamieńcie! – warknął landrat.
– I bez tego wzbogacić się można łacno, kłopotów na głowę, ośmielę się zauważyć, nie ściągając. – Bronikowski gestykulował zawzięcie ręką wolną od kieliszka. – Trójpolówkę wprowadzić nie tak znowu trudno, radzę panu spróbować, panie Rezler. Kilku i
– Nie takie to proste i niejeden zęby sobie połamał. Pańszczyzna to dobra machina, ale i to prawda, że czasami kijem naoliwić ją trzeba! – Rezler odpowiadając Bronikowskiemu, choć do landrata słowa te kierował pośrednio, śmielszym był i pewniejszym w głosie.
– Ja panu, Rezler, kijów, co na grzbiety pańskich ludzi spadają, nazbyt skrupulatnie rachował nie będę – powrócił do rozmowy Scholz. – Wasza rzecz. Ale krzywdzić chłopa zanadto, wbrew ustawom, nie dam! Żenić się prawo mają, rugować też nie wolno, chyba takich, jak owi, co ongiś do Dombrowsky’ego poszli – Scholz spojrzał znacząco na młodego Karśnickiego, ale ten udko kuraka obgryzał ze stoickim spokojem – i którzy teraz w lochach naszych bawią… Ha! Trzy lata już mijają, jak im nasi skórę przetrzepali!
– Nie wasi, tylko Suworow, to raz. A ślady trzepania pan kapitan jeszcze dzisiaj na czole ma wypisane – cedził Janek z jawnym szyderstwem.
Milczenie trwało chwilę, ale Dominik czuł, że skóra mu cierpnie.
– Z pułkownikiem Szekelym Bydgoszczy broniłem! – wykrztusił Ertli, pijany już dobrze, bo mu głowa latała na boki.
– Słaboście jej panowie bronili. Dąbrowski i Madaliński rozdeptali was w dwie godziny, a pan pułkownik, “lumen mundi a belli” zwano go, choć Polaków nienawidził jak własne wszy, zanim do piachu poszedł, u stóp generała Dąbrowskiego czołgał się i o litość błagał.
– Kłamstwooo!!! – Ertli poderwał się siny.
– Dla jednych kłamstwo, dla drugich prawda, bardziej gorzka niż ta pejsachówka, którą popijacie, mój panie – Janek chyba prowokował i Dominik czuł, że nieszczęście czai się w mroku.
– Ładnie umiecie bajać, panie Karsnycky – to Scholz rozładował napięcie. Trzeźwy był jeszcze, choć sporo wypił i uśmiechał się teraz przymilnie, mrużąc chytre ślepia. – Tylko skąd tak dokładne wiadomości? – landrat pochylił świdrujący wzrok w kierunku Janka, kręcąc na palcu łańcuszek monokla.
– Wiatr niesie, ludzie gadają, cały Poznań o tym trzepie, ot i do mnie dotarło – brat wycierał usta serwetą, a może chował uśmiech, Dominik nie zdążył dostrzec, gdyż z tyłu, za plecami, usłyszał kroki. Odskoczył za kotarę, w samą porę, by nie zauważyła go Greta, która wśliznęła się do komnaty. Na palcach podeszła do drzwi i zajęła miejsce Dominika.
Teraz już niewiele słyszał. Landrat proponował coś Jankowi, jakąś służbę czy urząd, ten jednak odmówił, mimo iż ojciec i Bronikowski żarliwie go do tego nakłaniali. Potem już nic nie było słychać. Dominik, któremu nogi drętwiały, złościł się w duchu na Gretę, bezradny aż do chwili, gdy ręką natrafił na szklaną kulę zwisającą na końcu sznura od kotary. Zdjął ją szybko i krótkim ruchem ręki cisnął w przeciwległy kąt pokoju. Zamarł… Kulka odbiła się od poręczy fotela i grzmotnęła w boazerię. Greta odskoczyła jak oparzona i w chwilę później Dominik był już sam.
– … A rządy króla jegomości to właśnie na celu mają! Sprawiedliwość dla panów i włościan, i zagospodarowywanie ziem odłogiem leżących, co intraty mnożyć będzie… Odłogiem, słyszysz Rezler – landrat wychylił się zza pleców A
– Dadzą, dadzą – mruczał gniewnie ojciec, nie wiadomo, do siebie czy do landrata, Ertli bowiem spał z głową na stole, a Bronikowski przeglądał butelki, czy w której co na dnie nie zostało. – Najgorszą hołotę z Prus tu ściągacie. Żrą ziemię nie płacąc podatków ni czynszów, a gdy im lata wolnizny miną, pakują się i dalej w świat szeroki idą. Gnidy zatracone.
– O… odłogiem – czkał Scholz, manipulując pod spódnicą wiercącej się A
– Odłogiem, psiakrew! – Janek wypluł z siebie po polsku. – Zniemczyć byś chciał tę ziemię do cna, gdybyś potrafił, to i krowom kazałbyś po swojemu szprechać!
Zerwał się i ruszył od stołu prosto ku drzwiom. Bronikowski, jedyny chyba, który usłyszał i pojął jego słowa, zatrzymał go, chwytając za ramię.
– Czego pan chcesz, czemu zwady nawet we własnym domu czynisz? Jakie ci zło czynią ludzie, że kąsałbyś tylko? Czy już żadnej estymy i poszanowania dla zwierzchności nie znasz? Kraj nasz, ośmielę się zauważyć, odbudować możem w kwitnący, słuchając przykazań króla jegomości…
– Przykazania Boże i te, które serce i dusza rodzi, pod tyłek chowając, prawda?
– Nie, ale władza od Boga pochodzi i należy współpracować z nią godnie, co, ośmielę się zauważyć, owoce wyda obfite, tak iż pokolenia błogosławić nas będą. A pan byś jeno warczał i bunty czynił, które kraj w pustynię zmieniają spaloną!