Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 2 из 51

Późno – pomyślał, zjeżdżając z łóżka w miękkie pantofle, stojące obok skrzyni z ubraniami. Dwa kroki w kierunku drzwi i zatrzymała go panująca w domu cisza. Ojciec już pewnie nie śpi, a śniadanie, a Greta? Stąpał powoli w kierunku salonu, nasłuchując co chwila, ale w domu nic nie drgnęło, dwór cały milczał, martwy jakiś, zimny…

Tik-tak! Tik-tak! Tik-tak!… W jadalni kryło się maleńkie tykające życie, lecz zamiast szarpać ciszę, bardziej ją jeszcze pogłębiało swoją rytmiczną wędrówką. Stary zegar z Amorkiem siedzącym okrakiem na globusie, w otoczeniu kiści winogron, powiedział mu wszystko. Nie było jeszcze piątej, co w tej samej chwili potwierdziła dolatująca z zewnątrz pobudka koguta i znowu zapanowała cisza odmierzana tykaniem zegara. Dom spał.

Dominik wybiegł na podwórze i pomaszerował w kierunku stodół, oddalonych od dworu, schowanych za sadem, który rozkwitał radośnie. Daleko nie zaszedł. Minął spichrze, załatwił ra

Stał na pagórku wśród bieli, którą tryskały jabłonie, i próbował dojrzeć zabudowania dworu. Ale śnieżność kwiatów przesłaniała widok i tylko z przeciwnej strony jawiło się okienko z czerwonym dachem gorzelni, którą ojciec postawił w zeszłym roku. Dominik wspiął się na najbliższe drzewko, lecz dwór dalej bawił się w chowanego, oprawiony w parkowy starodrzew i skryty za nim, tak że tylko fragmenty czterokolumnowego portyku prześwitywały między olbrzymimi wiązami. Z dala dochodziły pogwizdywania chłopów wychodzących do pracy w polu.

Wracał nucąc cichutko zasłyszaną melodyjkę. Na widok otwartego okna sypialni ojca zamknął usta i stanął bez ruchu, wstrzymując oddech, w obawie by nie zbudzić starego. Zrobił krok w kierunku wejścia, potem drugi i trzeci, lecz o dziwo, zamiast do drzwi zbliżał się do okna, którego okie

Ścieżką między klombami dotarł do celu, przykucnął pod okie

W pokoju panował półmrok. Słońce penetrujące wschodnią część dworu nie miało tu jeszcze dostępu. Dominik położył brodę na okapniku i cal po calu wgryzał się wzrokiem w czeluść komnaty, do której wstęp był mu wzbroniony, podobnie jak Hansowi i służbie. Nawet Greta nie miała do tego prawa. Co prawda kiedyś, dawno, matka przyprowadziła go tutaj, posadziła na kanapie i długo mówiła o sprawach, których nie pojmował. Natomiast po śmierci matki ojciec zamykał komnatę na klucz, bacząc, by nikt w niej nie gościł, prócz tych, których o to prosił.

Teraz wzrok chłopca odkrywał tajemniczy ląd, ślizgał się po sprzętach i ścianach pokoju, z którego biło dziwne ciepło, pachnące perfumami i pomadą, dotykał mebli, czerwono-złotych tapet i wiśniowych kotar, wił się wśród mnogości porcelanowych figurek, bibelotów, luster i sreber. Z przeciwległej ściany, na prawo od drzwi, których klamkę z głową lwa znał jedynie od strony korytarza, patrzył na chłopca stary, brzydki mężczyzna w żołnierskim mundurze, z trójgraniastym kapeluszem na głowie. Pod portretem, na frędzlastym kobiercu, krzyżowały się dwa rapiery i pyszna krócica, o rękojeści poprzecinanej zwojami arabesek.

Świstanie ojcowego nosa dochodziło z lewej strony, gdzie wzrok Dominika nie sięgał. Podciągnął się ostrożnie, lekkim odbiciem pozbawił bose stopy oparcia i zawisł na okapniku, wsuwając głowę w ciepły półmrok wnętrza. Przechyliwszy się jeszcze bardziej, przebiegł wzrokiem po kotarze szerokiego łoża. Zesztywniał nagle, czuł, że ręce zaczynają mu drżeć, że mu coś wędruje pod gardło i płonie twarz. Zamknął oczy i zaraz odemknął je, bojąc się, że to, co zobaczył, umknie bezpowrotnie.

Włosy dziewczyny odcinały się ostro od włochatej piersi ojca, zrastając się gęstymi splotami ze zmiętą pościelą, brudną, zsuniętą na dywan, który mościł podłogę od ściany do ściany. Rybia biel brzucha i rozrzuconych bezwstydnie ud, lśniące fałdy kobiecego ciała, przygarniętego owłosioną ręką mężczyzny, przypominały Dominikowi obrazek z ukradkiem przeglądanego albumu, na którym mocarny pół-człowiek pół-diabeł, z kopytami i ogonem, obejmował otyłą kobietę obok źródła obrośniętego winoroślą. Jedynie piersi kobiece, tam nabrzmiałe, pełne jak melony, tu leżały płaskie i rozmyte, prawie niewidoczne.

Dopiero po długiej chwili zrozumiał, że patrzy na A

Nagle ojciec ciężko się poruszył, przewrócił na bok i nie otwierając oczu począł sunąć ręką po udzie dziewczyny, sapiąc coraz szybciej i głośniej. Ta, przez moment jeszcze nieruchoma, fuknęła se

Dominik nie wiedział, jak odpadł od okna, jak, zapominając o trzewikach, biegł przed siebie, nieprzytomnie, byle dalej, aż ocknął się na skraju gościńca, skąd widać było w oddali modry, zamglony pas jeziora. Szedł na przełaj, gramoląc się poprzez trzciny, płosząc dzikie ptactwo. Uświadomił sobie, że tej właśnie nocy, po raz pierwszy od czasu pogrzebu matki, nie płakał. I nie czuł teraz ani wstydu, ani nienawiści do A

Spróbował rzucić parę kaczek po lustrze wody, po czym powlókł się do domu, w sam raz trafiając na chwilę, gdy A

Dźwięk wydobywany przez sztućce z talerzy i półmisków, brzęk szklanic i podniesione głosy pozwalały Dominikowi stać za niedomkniętymi drzwiami do dawnego pokoju matki i obserwować mężczyzn skupionych wokół długiego stołu o zaokrąglonych narożach i masywnych, rzeźbionych nogach, uformowanych ze zmniejszających się ku dołowi kul. Światło z nasyconych świecami kandelabrów rzucało głębokie cienie na twarze siedzących, a zarazem modelowało uroczysty nastrój, o jakim marzył ojciec, pokładający tak wielkie nadzieje w tej wieczerzy. Dominik, którego nie interesował temat rozmowy, wpatrywał się jak urzeczony w twarz brata, bladą, z wpadniętymi oczami.

Domyślał się, ile kosztowało ojca posadzenie pasierba, Jana, przy jednym posiłku z landratem Scholzem, człowiekiem wywierającym na starego Rezlera przemożny wpływ. Był z nimi również osobisty przyjaciel landrata – kapitan Ertli, grubas o nalanej, jowialnej twarzy i tonących w fałdach tłuszczu, choć niegłupich oczkach, oraz pan Bronikowski z familii podobno od dawna pozostającej w służbie elektora saskiego, a obecnie wiernej królowi, co landrat podkreślał przy lada okazji. Janek towarzyszył im i chociaż nie pił, to przecież jadł z apetytem, a sam fakt jego obecności był wydarzeniem wystarczająco niesłychanym, by Dominik warował pod drzwiami w napięciu, którego źródła tkwiły w całej atmosferze tego domu.

Pupil matki, Janek, syn Karśnickiego, pierwszego męża rodzicielki (dowiedział się o tym od Grety), nie demonstrował swej wrogości wobec ojca, częściej milczał, całymi dniami nic nie mówił, jadł sam, unikając ojca, lub znikał na całe tygodnie, nie wiadomo gdzie i nie wiadomo z jakimi kompanami. Ojciec musiał ich znać, bo twierdził, że to banda buntowników, godzących w najjaśniejszego króla. A może brat naprawdę jest chory? Ojciec czasami mówił, że to wariat, ale Dominik nie bardzo w to wierzył.

Nieraz chciał podejść do starszego o dziesięć lat brata, porozmawiać o koniach i o polowaniu, ale pierwsza niefortu

Gniewał się dwa dni i bezwolny, przyciągany jakąś nieuchwytną nicią sympatii, znowu krążył koło brata, łudząc się, że ten zagadnie ciepłym słowem. Janek milczał, chociaż nie unikał wzroku Dominika i z każdym dniem stawał się bardziej daleki. Pisarz dworski, Borek, rozpowiadał nawet, że Janek chadzał do buntowników, w co Dominik nie wierzył, aż do chwili wieczornej rozmowy, gdy wracali bryką do dworu w Buszewie.

Ten oto, znienawidzony przez ojca, landrata i zapewne oficera jego brat, siedział teraz pośród nich, wzbudzając tym samym sensację w całym domu, od Dominika począwszy, a skończywszy na A

Odbite od metalu światło świec lizało oblicza siedzących, sprawiając igrającym cieniem wrażenie ruchu warg, nawet wtedy, gdy nie mówili nic. Ta pantomima ust, polerowanych żółtym blaskiem, fascynowała Dominika bardziej niż treść rozmowy, zrazu nudnej, tyczącej ojcowskich interesów.