Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 3 из 34

Obudził się godzinę później. Nie śnił, żaden okropny koszmar nie zburzył mu porządku mózgu, nie machał rękoma, broniąc się przed przylepionym do twarzy galaretowatym potworem, otworzył jedynie oczy i pomyślał, Ktoś jest w domu. Powoli, nie śpiesząc się, usiadł na łóżku i zaczął nasłuchiwać. Wewnętrzny pokój, nawet w ciągu dnia nie docierają tu żadne dźwięki z zewnątrz, a o tej porze nocy, Któraż to może być godzina, zwykle panuje kompletna cisza. I była kompletna. Kimkolwiek był intruz, nie ruszał się ze swego miejsca. Tertulian Maksym Alfons wyciągnął rękę w stronę nocnego stolika i zapalił światło. Zegar pokazywał kwadrans po czwartej. Jak większość zwykłych ludzi Tertulian Maksym Alfons ma w sobie tyle samo z człowieka odważnego co z tchórza, nie jest typem niezwyciężonego bohatera filmowego, ale nie jest też kompletnym tchórzem, z tych, co to sikają ze strachu po nogach, gdy tylko o północy usłyszą skrzypienie wrót prowadzących do lochów zamku. To prawda, że poczuł, jak jeżą mu się włosy na całym ciele, ale to zdarza się nawet wilkom, kiedy stawiają czoło niebezpieczeństwu, a nikomu przy zdrowych zmysłach nie przyjdzie do głowy uznać, że wilki są żenującymi tchórzami. Tertulian Maksym Alfons udowodni, że też nie jest tchórzem. Zsunął się lekko z łóżka, chwycił but, z braku bardziej przekonywającej broni, i z wielką ostrożnością wyjrzał przez drzwi prowadzące na korytarz. Spojrzał w jedną stronę, później w drugą. Wrażenie czyjejś obecności w domu, które go obudziło, stało się trochę bardziej dojmujące. Zapalając światła w miarę przesuwania się, słuchając walenia swego serca w klatce piersiowej niczym galopującego rumaka, Tertulian Maksym Alfons wszedł do łazienki, a potem do kuchni. Nikogo. A wrażenie obecności, tam, co zaskakujące, wydawało się tracić na intensywności. Wrócił do korytarza i w miarę jak się zbliżał do salonu, stwierdził, że niewidoczna obecność stawała się gęściejsza z każdym krokiem, jakby powietrze zaczęło drżeć z powodu odbicia jakiegoś ukrytego żaru, jakby zdenerwowany Tertulian Maksym Alfons kroczył po terenie skażonym radioaktywnością, niosąc w rękach licznik Geigera wysyłający ektoplazmy, zamiast emitować dźwiękowe ostrzeżenia. Nie było nikogo w pomieszczeniu. Tertulian Maksym Alfons rozejrzał się dookoła, stały tam, silne i nieustraszone, obie wysokie półki wypełnione książkami, wisiały oprawione w ramki grawiury na ścianach, o których jak dotąd się nie wzmiankowało, ale pewne jest, że tam wiszą, i tam, i tam, i tam, biurko z maszyną do pisania, krzesło i niski stolik pośrodku z niewielką rzeźbą ustawioną dokładnie na geometrycznym środku, i dwuosobowa kanapa, i telewizor. Tertulian Maksym Alfons wyszeptał bardzo po cichu, z niepokojem, Ach więc to to, a kiedy wymówił ostatnie słowo, wrażenie obecności prysło po cichu, niczym bańka mydlana. Tak, to było to, telewizor, wideo, komedia pod tytułem Kto szuka, znajduje, obraz w środku, który powrócił na swoje miejsce po podejściu do łóżka i obudzeniu Tertuliana Maksyma Alfonsa. Nie miał pojęcia, co to mógł być za obraz, ale miał pewność, że go rozpozna, kiedy znów się pojawi przed jego oczami. Poszedł do sypialni, włożył szlafrok na piżamę, żeby nie zmarznąć, i wrócił. Usiadł na krześle, ponownie nacisnął przycisk pilota i, pochylony do przodu, z łokciami na kolanach, zamieniony we wzrok, już bez śmiechu i uśmiechów, przejrzał historię pięknej kobiety, która chciała osiągnąć sukces w życiu. Po dwudziestu minutach zobaczył ją, jak wchodzi do hotelu i idzie w stronę lady recepcjonisty, usłyszał, że się przedstawia, Nazywam się Inês de Castro, wcześniej już zwrócił uwagę na interesujący i historyczny zbieg okoliczności, po czym usłyszał, że kobieta mówi dalej, Mam tu zarezerwowany pokój, recepcjonista spojrzał jej prosto w twarz, w kamerę, nie na kobietę, albo na kobietę, która znajdowała się w miejscu kamery, Tertulian Maksym Alfons prawie nie zrozumiał tego, co powiedział recepcjonista, kciukiem dłoni, w której trzymał pilota, energicznie nacisnął przycisk zatrzymania, ale obraz już zniknął, jest sprawą oczywistą, że nie traci się niepotrzebnie taśmy na jednego aktora, zresztą pojawiającego się dopiero po dwudziestu minutach filmu, statysty albo niewiele więcej, taśma przewinęła się, ponownie przesuwa się twarz recepcjonisty, młoda i piękna ponownie wchodzi do hotelu, znowu mówi, że nazywa się Inês de Castro i że ma zarezerwowany pokój, teraz tak, oto jest przed naszymi oczami zatrzymany obraz twarzy recepcjonisty patrzącego prosto na tego, kto na niego patrzy. Tertulian Maksym Alfons wstał z krzesła, klęknął przed telewizorem z twarzą tak blisko ekranu, jak mu na to pozwalał wzrok, To ja, powiedział i ponownie poczuł, że jeżą mu się włosy na ciele, to co tam się wydarzało, nie było prawdą, nie mogło być prawdą, każda zrównoważona osoba przypadkiem obecna w tamtym miejscu uspokoiłaby go, Cóż za pomysł, drogi Tertulianie, proszę być tak dobrym i zwrócić uwagę, że on ma wąsy, podczas gdy pana twarz jest ogolona. Ludzie zrównoważeni już tacy są, mają zwyczaj upraszczania wszystkiego, a potem, zresztą zawsze zbyt późno, widzimy ich, jak się zdumiewają w obliczu obfitej różnorodności życia, przypominają sobie wtedy, że brody i wąsy nie mają własnej woli, wyrastają i pienią się, kiedy się im na to pozwoli, czasem także ze zwykłej gnuśności nosiciela, lecz w pewnej chwili, tylko dlatego, że zmieniła się moda albo włochata monotonia uczyniła je przykrymi dla lustra, znikają bez śladu. Nie zapominajmy jednak, bo wszystko może się wydarzyć w przypadku aktora i sztuk scenicznych, wysoce prawdopodobnej możliwości, że wąski i dobrze utrzymany wąs recepcjonisty jest po prostu sztuczny. Historia zna takie przypadki. Te rozważania, będąc oczywistymi, mogłyby naturalnie być wypowiedziane ustami każdej osoby, mógłby wypowiedzieć je również sam Tertulian Maksym Alfons, gdyby nie był tak skoncentrowany na poszukiwaniu w filmie i

Nawet sam Tertulian Maksym Alfons nie potrafiłby powiedzieć, czy sen litościwie otworzył mu swe ramiona po straszliwym odkryciu, którym było dla niego istnienie, być może w tym samym mieście, mężczyzny, sądząc po twarzy i po ogólnej budowie, będącego jego żywym obrazem. Po systematycznym porównaniu fotografii sprzed pięciu lat z obrazem recepcjonisty z hotelu, po tym, jak nie odnalazł żadnej różnicy pomiędzy nimi, choćby minimalnej, przynajmniej najlżejszej zmarszczki, którą miałby jeden z nich, a drugiemu by jej brakowało, Tertulian Maksym Alfons opadł na kanapę, nie na krzesło, na którym nie było dość miejsca, by wytrzymać fizyczne i moralne zwalenie się jego ciała, i tam, z głową ściśniętą obydwoma rękoma, ze zszarpanymi nerwami, z mdłościami, zdobył się na wysiłek, by uporządkować myśli, wyplątując się z chaosu emocji nagromadzonych od momentu, kiedy pamięć, czuwająca, czego on nawet nie podejrzewał, za zaciągniętą kurtyną powiek, obudziła go gwałtownie z jego pierwszego i jedynego snu. Co najbardziej zbija mnie z tropu, myślał z wysiłkiem, to nie fakt, że ten facet jest do mnie podobny, że jest moją kopią, powiedzmy, duplikatem, takie przypadki nie należą do rzadkości, mamy bliźniaki, mamy sobowtóry, gatunki się powtarzają, człowiek się powtarza, głowa, tułów, ramiona, nogi, a mogłoby się zdarzyć, nie mam co do tego absolutnej pewności, to zaledwie hipoteza, że w wyniku szczęśliwej przemiany w określonej grupie genetycznej powstałaby istota podobna do i