Страница 40 из 52
9.
Hombet zastrzygł uszami i parskając cicho potrząsnął głową. Jego kopyta zadudniły na pozbawionej źdźbła trawy, twardo ubitej ziemi między drzewami i gęstą, brunatną wodą, omywającą warownię Lippysa. Malcon pochylił się poklepując szyję rumaka i cmoknął uspokajająco kilka razy. Widział, że zwierzęta są zaniepokojone bliskością jeziora i być może jeszcze czegoś, czego on na razie nie wyczuwał, choć spodziewał się najgorszego. Ściągnął wodze i od razu puścił je swobodnie, usiadł wygodnie w siodle i rozejrzał się po okolicy. Jeszcze raz poklepał Hombeta i kładąc rękę na rękojeści Gaeda krzyknął głośno:
– Lippysie! Chodź tu i stań do walki! Nie chowaj się w norze. Wiem, że mnie słyszysz!
Odczekał chwilę, ale nic się nie poruszyło w zasięgu wzroku. Malcon nabrał powietrza w płucach, ale nie zdążył wydać z siebie dźwięku, gdy nagle mały placek gliny między nim i wodą zmienił kolor na czarny, zawirowało nad nim powietrze, tworząc małą trąbę powietrzną, bezgłośną, wąską i wysoką. Ziga szczeknęła krótko i przysunęła się bliżej nóg Hombeta. Koń zadrżał, ale nie poruszył się. Ciemny wir nagłe rozpierzchnął się, a na ziemi pozostał duży, jaskrawoczerwony ptak. Stał chwilę nieruchomo jakby chciał, żeby Malcon dobrze go sobie obejrzał. Ptak miał duży, mocny dziób, czarny z jaśniejszym końcem i takiego samego koloru łapy zakończone szerokimi szponami. Ptak potrząsnął głową, zatrzepotał krótko skrzydłami i otworzył dziób. Wydał z siebie ostry, przenikliwy skrzek, a obserwujący go w napięciu Malcon zauważył, że nieco z boku, z prawej strony, kilka kroków przed pyskiem Hombeta pojawiła się ciemna, prawie czarna plama. Popatrzył w tamtą stronę, ale nie było tam nic prócz plamy ciemności przed oczami, widział przez nią brzeg bajora i drzewa, ale wszystko to zamazane, jakby nagle przed oczami wyrosła nieregularna, ciemna, zakopcona szyba. Usłyszał drugi skrzek ptaka i gdy przeniósł spojrzenie na niego zobaczył drugą taką samą plamę ciemności, tym razem z lewej strony. I od razu ptaszysko zaskrzeczało ponownie, teraz był to długi skrzek i od razu kilka plam ciemności zlało się w jedną dużą, tworząc prawie połowę półkola otaczającego Malcona. Dorn miał wrażenie, że stoi przed oknem, w którego szybę ktoś rzuca plackami błota. Zrozumiał, że ptak w jakiś sposób odcina go od światła i otacza ciemnością, skrzek prawie nieprzerwanie dochodzący ze strony niewidzialnego, już za plamą mroku, ptaka, wzmagał ciemności. Malcon cichym szeptem przemówił do Zigi i Hombeta, ale poza tym nie wykonał żadnego ruchu. Siedział jak skamieniały, godząc się z zapadającym szybko wokół własnej osoby zmierzchem. W otaczających ciemnościach nie odróżniał już nawet kolan Hombeta od własnych stóp, w mroku zniknęła Ziga, niewidoczny ptak skrzeknął jeszcze kilka razy, a potem, po chwili ciszy, jakieś zimne palce, tysiące niewidzialnych chłodnych macek chwyciły jednocześnie Malcona, tak ze nie mógł nawet poruszyć oczami, ciasna, dusząca obręcz ścisnęła pierś króla Laberi. Poczuł, że jakaś potężna siła wyrywa go z siodła i unosi w powietrze, nie próbował walczyć ani nawet krzyczeć; wiedział, że wyzywając Lippysa musi się liczyć z nagłym i potężnym atakiem, ale przeczuwał też – i na tym przeczuciu opierał swój plan, swoją nadzieję na walkę – że Lippys nie może nawet przy użyciu magii zniszczyć go od jednego uderzenia.
Czuł, że unosi się w powietrze, ale plama ciemności otaczała go nadal i nie widział nic przez krótką chwilę, aż nagle rozległ się głuchy, przeciągły dźwięk dzwonu, przypominający dźwięk, jaki słyszał w skalnym korytarzu, gdy z Kaplanem zdążali do wieży Mezara. Jedno uderzenie dzwonu trwało długo, a im bardziej cichł dźwięk, tym jaśniej stawało się wokół Malcona i gdy zapadła cisza, opadła plama mroku otaczająca go dotychczas. Niewidzialne więzy krępowały go nadal, ale mógł patrzeć przed siebie. Więc patrzył.
Znajdował się w dużej, większej niż sala tronowa w Tuneppe, komnacie, której ściany przechodziły łukiem w kopułę dachu. I ściana, i część kopuły, którą widział Malcon, miała kolor jaskrawoczerwony, taki sam jak upierzenie ptaka, który ciemnością atakował Malcona. Całą widoczną powierzchnię pokrywały pogmatwane, poplątane, przeplatające się rysunki wykonane białą i czerwoną farbą. Plątanina dwukolorowych grubszych i cieńszych linii nie miała sensu, chwilami przypominała Malconowi jakieś skomplikowane ryty, ale ponieważ nie mógł poruszać oczami, wpatrywał się tylko w mały kawałek ściany, resztę widząc tylko kącikami oczu. W sali było jasno, choć Malcon nie widział ani jednego okna, jasność biła z dołu, spod nóg, jakby stał na olbrzymiej lampie oliwnej. Jeszcze raz spróbował poruszyć oczami i od razu zaniechał wysiłku. Z boku dostrzegł jakieś poruszenie i w odległości trzech, czterech kroków przed nim stanął Lippys. Malcon zobaczył wysokiego, mocno zbudowanego mężczyznę, przeciwieństwo pokracznego, tłustego Mezara. Mag zatrzymał się dokładnie na wprost Malcona, tak że Dorn mógł bez wysiłku przyjrzeć się jego twarzy. Lippys miał szlachetne, zdecydowanymi ruchami wyrzeźbione rysy, wąski nos, oczy ciemne, głęboko osadzone pod zrastającymi się brwiami. Czoło zakrywała szeroka opaska nałożona na długie, ciemne, bez pasemka siwizny włosy, choć twarz była przybrużdżona kilkoma zmarszczkami, wskazującymi na podeszły wiek. Gęsta, krótko przystrzyżona broda i wąsy były nieco jaśniejsze niż włosy na głowie, ale również nie widać w nich było siwizny. Malcon, choć nieruchomo wpatrzony w oblicze czerwonego Maga, widział też szeroki, prosty płaszcz bez ozdób i rękawów, całe ubranie Lippysa, kolor płaszcza, intensywna purpura, odróżniał się nieco od karminu ścian.
Mag wpatrywał się w Malcona ciężkim spojrzeniem, choć wcale nie groźnym, raczej zmęczonym, rozgoryczonym, może nawet smutnym. Malcon postarał się zablokować swój mózg przed spojrzeniem Lippysa, jakby chciał zamknąć okno przed zimnym podmuchem wiatru z deszczem. Ściany i rysunki rozpłynęły mu się przed oczami, postać Maga zlała w jedną całość z otoczeniem, ale spojrzenie, dwa ciemne punkty na czerwonym tle wisiały nieruchomo w powietrzu. Nagle Malcon odzyskał władzę nad mięśniami szyi, potrząsnął głową i rozmyślnie odwrócił się od Maga. Wolno, spokojnie obejrzał komnatę, ale nie różniła się niczym od fragmentu, który już dość dokładnie sobie obejrzał – taki sam albo podobny wzór linii czy rytów, te same kolory. Spojrzał pod nogi szukając źródła światła. Posadzka była twarda jak kamień. Malcon czuł to wyraźnie, choć nie poruszył nogą od dawna Ale żaden kamień nie mógł być źródłem tej dziwnej mlecznej poświaty. Miał wrażenie, że to nie podłoga świeci, tylko światło niepojętym sposobem zostało zaklęte w skałę.
– Malconie – usłyszał i podniósł głowę. – Uwolnię cię z pęt jeżeli przyrzekniesz mi, że nie będziesz usiłował mnie zaatakować. Nie myśl, że się ciebie boję – Mag skrzywił się lekko – ale nie lubię, kiedy moi goście nastają na me istnienie.
– Nie jestem twoim gościem – powiedział zaskoczony Malcon. – Przysięgłem, że będę z tobą walczyć i dotrzymam przysięgi.
– Jak chcesz – Mag przyjął oświadczenie Malcona spokojnie. – Nie jesteś w stanie nawet dmuchnąć w moim kierunku, a co dopiero uderzyć we mnie. Spróbuj – zaproponował i zamilkł na chwilę, ale widząc, że Malcon nie zmienia wyrazu twarzy mówił dalej: – Zostałeś oszukany, Malconie. Ale o tym porozmawiamy nieco później, a na razie… – wysunął lewą rękę spod poły płaszcza i wyciągnął ją w kierunku Dorna. Z zaciśniętej pięści wystawał wskazujący i mały palec. Malcon zachwiał się odzyskując nagle władzę w nogach, omal nie upadł – nadal martwe ręce nie pomagały w utrzymaniu równowagi. Skamieniałe światło, na którym stali, wbrew pierwotnym odczuciom, nie było wcale śliskie. Szybko odwrócił się w stronę Maga. Lippys stał nieruchomo, z lekkim uśmiechem pod gęstym wąsem. Malcon nagle zrozumiał, że przypomina mu ojca i krew załomotała w skroniach. Opuścił oczy i zgrzytnął zębami. -… Usiądźmy. Należy ci się odpoczynek i posiłek – usłyszał głos Lippysa.
Podniósł głowę i zobaczył, że Mag wskazuje coś za jego plecami. Stał tam niewielki stół zastawiony gęsto misami, talerzami i pucharami. Mag przeszedł obok Malcona ocierając się nieomal o jego bok jakby chciał pokazać, że zupełnie nie obawia się Dorna. Malcon jednak wyczuł jakiś fałsz w ruchach Lippysa. Gdy odwrócił się, by pójść za nim, odczuł władzę w lewej ręce, tylko prawa, zaciśnięta na rękojeści Gaeda wciąż była martwa, choć Malcon wyczuwał jego kształt. I to, że był ciepły. Ruszył za Magiem do stołu.
Lippys usiadł spokojnie, nie zwracając uwagi na Malcona, wziął do ręki jeden ze stojących na stole dzbanów i dopiero wtedy spojrzał na zbliżającego się króla Laberi. Gestem wskazał miejsce naprzeciwko siebie i nalał bez pytania do dwu pucharów. Spojrzał Malconowi w oczy i podniósł puchar, a widząc, że Malcon siada, ale nie bierze do ręki naczynia, wypił sam kilka łyków. Odstawiony puchar brzęknął cicho, zbyt gwałtownie postawiony na blacie. Mag westchnął i odsunął się od stołu opierając plecami o szerokie, miękkie oparcie. Podniósł oczy do góry i po chwili przeniósł je na Malcona.
– Nie ufasz mi, Malconie – powiedział cicho. Odczekał chwilę, ale ponieważ Malcon nie odezwał się, ani nie poruszył, ciągnął: – Nie dziwi mnie to. Zostałeś omotany przy pomocy piekielnego chytrego planu, widząc więc, że aby przekonać cię, będę musiał opowiedzieć wszystko od początku. Ale powiedz mi: czy ktoś nastawał na koronę? Czy ktoś się sprzeciwił objęciu przez ciebie władzy?
– Nie – powiedział Malcon.
– Tak myślałem – pokiwał Mag. – A twój stryj, Targa-Rhovil? Też nie? – i widząc drgnięcie głowy Malcona szybko powiedział: – Tak myślałem. Znalazł lepszy sposób – wbił spojrzenie w stojący przed nim puchar i chwilę zastanawiał się. Nie podnosząc głowy powiedział: – Spróbuję zagadnąć, co ci opowiedziano o Yara, dobrze? – popatrzył na Malcona. – Pewnie dowiedziałeś się że twój przodek, pyszny król Cergolus, stracił Dobro Czyniący Miecz Gaed w kłótni z trzema Magami i od tej pory zło uderzyło w ludzi. A ty jesteś tym, który może zwyciężyć Magów, odzyskać Gaed i panować sprawiedliwie, a zło zniknie całkowicie wraz z Yara. Czyż nie tak? – poczekał chwilę, ale Malcon milczał.