Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 19 из 52

5.

Korytarz był wąski, tak że worki z prowiantem co chwilę szurały o ściany, a broń, choć przesunięta jak to tylko było możliwe na boki, uderzała czubkami pochew i nieprzyjemnie zgrzytała. Na szczęście sufit był wysoko, więc przynajmniej o głowy nie musieli się martwić. Tym bardziej, że pierwszy szedł Kaplan, wyższy od nich o pół głowy i dopóki szedł wyprostowany nie musieli obawiać się zderzenia ze skalnym sklepieniem.

Wyszli – jak powiedział im przy pożegnaniu Pashut – wczesnym świtem i Malconowi wydawało się, że nadeszła już pora obiadu. Myśl ta natrętnie kołowała po głowie, i nawracała, choć nie czuł głodu, raczej chciał sprawdzić, czy się nie pomylił w obliczeniach. Zawołał w końcu:

– Chyba już południe?

Kaplan potrząsnął przecząco głową. Szedł równo, szybko, wcale nie jak ślepiec, nie przejmował się tym, że korytarz co jakiś czas łagodnie skręcał – wykuty był w miększej niż reszta skał żyle wapniaka – i tak jak wszyscy niósł pochodnię.

– Skąd wiesz? – Malcon przyspieszył nieco i zbliżył się do Kaplana.

Tamten wzruszył ramionami.

– Po prostu wiem. Brak Wzroku rozwija i

– A jak zabraknie nam pochodni? – Malcon nie tyle martwił się o zapas pochodni, ile nudził się w tym milczącym marszu. Nie mógł rozmawiać z Hokiem, bo większość pytań, na które odpowiedzi chciałby uzyskać, dotyczyła Pia, a wydawało mu się nieuprzejmym rozmawiać o tym w obecności Kaplana. Z kolei rozmowa z przewodnikiem nie wychodziła, milczał uparcie, a zapytany udzielał krótkich odpowiedzi i milkł.

– Boisz się ciemności? – zapytał Kaplan, a Malcon, choć bardzo chciał, nie znalazł w tym pytaniu drwiny.

– Oczywiście, że nie – odpowiedział spokojnie.

– To źle – rzucił Kaplan i nawet odwrócił lekko głowę, jakby chciał, aby Malcon dobrze go usłyszał. – Tu, w Yara, trzeba się bać. Tylko wtedy można przeżyć. Nieustraszeni giną tu szybko.

Malcon obejrzał się i zobaczył, że Hok mruga porozumiewawczo okiem. Kiwnął też kilka razy głową na znak, że słyszy wszystko. Malcon odchrząknął i zapytał:

– Czego trzeba się bać? Chyba powinieneś nam powiedzieć, będzie nam łatwiej… Odpowiedz nam…

– Nie! – po raz pierwszy Kaplan powiedział coś głośniej niż trzeba było, aby rozmówca usłyszał. Malconowi wydało się, że przygarbił się trochę, ale od razu przyjął normalną, wyprostowaną postawę i dodał ciszej i spokojnie:

– Nie pamiętam niczego, co mógłbym komukolwiek opowiedzieć. Po prostu trafiłem do piekła. Tego nie da się opowiedzieć, to trzeba przeżyć samemu.

Szli równym krokiem, w niezmie

– Nie dotykaj mnie! – krzyknął Kaplan.

– Co się stało? – zapytał Hok i chwycił ramię Malcona.

– On mnie dotknął – wolniej i ciszej powiedział Kaplan. – Nie dotykajcie mnie. Jestem Ileazem. Dotykała mnie Yara, ale nie chciałbym, żebyście i wy to robili.

– Dlaczego? – Malcon odzyskał głos. Poczuł, że twarz mu płonie a palce zaciśnięte są na rękojeści i drżą jakby zaczęły żyć samodzielnym życiem.

– Jestem Ileazem – powtórzył Kaplan, jakby to wszystko wyjaśniało.

– Nie rozumiem – powiedział Hok.

Kaplan zrobił dwa kroki w tył, odwrócił się i bez słowa poszedł korytarzem, Malcon obejrzał się na Hoka, niemal jednocześnie wzruszyli ramionami. Król otworzył usta, ale Hok położył palec na wargach i pokazał brwiami paplana. Malcon westchnął i ruszył przodem, puścił wreszcie rękojeść miecza i poprawił worek z żywnością. Chwilę szedł trzymając swoją pochodnię opuszczoną w dół, by tłuszcz nadtopił się i spłynął w płomień, a gdy rozpaliła się jaśniej, podniósł ją w górę i poszedł za Kaplanem. Przypomniał sobie Jogasa i jego rady, które nagle pojawiały się w głowie, postanowił usłyszeć teraz, kiedy nie potrzebował pomocy, wszystko, co powiedział mu strażnik Uta-Dej, zmarszczył brwi i wysilił umysł, po chwili zabrakło mu tchu, bo wstrzymał oddech, a i tak niczego w swoim mózgu nie znalazł. Albo rady Jogasa wyczerpały się, albo wypływały tylko w razie konieczności i potrzeby. Malcon spróbował jeszcze raz i potem jeszcze, ale nic z tego nie wychodziło. Chwilę zastanawiał się, co mogło przestraszyć Kaplana, co go oślepiło i dlaczego nie chciał być dotykanym przez i

Spróbował spokojnie rozważyć sprawę, ale mimo że przeszli kawał drogi, nie przekonał siebie do zmiany decyzji. I dlatego, gdy tylko korytarz rozszerzył się w niewielką komorę z kilkoma otworami korytarzy, gdy Kaplan obszedł je wszystkie nasłuchując i węsząc, i gdy wróciły oba nietoperze, Malcon wbił zęby w twardy placek z zapieczonym kawałkiem mięsa i zapytał:

– Co to znaczy, że jesteś Ileazem i nie wolno ciebie dotykać? Chyba możesz nam powiedzieć?

Kaplan wolno usiadł i włożył rękę do worka, grzebał w nim chwilę i wyciągnął taki sam placek, ale oparł rękę na kolanie, i pochylił głowę. Nic nie mówił przez chwilę i Malcon zerknął na Hoka, pytając go wzrokiem o radę. W tej samej chwili Kaplan przemówił:

– Pochodzę z Nafry. To kraina za morzem, bardzo daleko stąd. Nigdy nasi żeglarze tutaj nie dopływali. Mój statek był pierwszy, a ja byłem tym jedynym, któremu udało się przeżyć podróż. Złe wiatry zepchnęły nas z kursu i w końcu wpłynęliśmy na morze omywające Yara. Nie wiedzieliśmy wtedy nic o tym co tu się dzieje. Gdy ucichła burza, która nas tu przygnała, zobaczyliśmy, że od horyzontu rozpościera się tafla dziwnego morza. Woda była ciemna, ale nie brudna, gęsta, jakaś taka… tłusta i śliska. Od razu wiedzieliśmy, że trzeba stąd uciekać. Powietrzem trudno było oddychać, a ci, którzy spróbowali wody, zachorowali. Było ich dziewięciu. Na tę chorobę nie mieliśmy lekarstwa, ciało zmieniało kolor na sinożółty, gniło i odpadało kawałkami. Chorzy wariowali i musieliśmy ich zamykać. Gdy wszyscy umarli i nikt więcej nie zachorował, w nasze serca wstąpiła nadzieja. Nie wiedzieliśmy jednak dokąd żeglować – nasze przyrządy popsuły się i przeczyły sobie nawzajem, a gwiazdy zmieniały co noc położenie. Czasem pojawiały się na niebie gwiazdy, jakich nic znaliśmy, a znikały te, które pomagały nam wcześniej w żegludze. Płynęliśmy na wiosłach, całe tygodnie…

Hok przestał żuć i przysunął się bliżej Malcona, Kaplan mówił bardzo cicho, do siebie. Król Enda złapał spojrzenie Malcona i kiwnął głową, Malcon zrozumiał, że Hok słyszał coś o morzu, które zatruła Yara.

– Moi towarzysze umierali, myślę, że zatruło ich powietrze, mieliśmy jeszcze żywność i wodę, ale nie mieliśmy nadziei, nasze siły topniały. Wiosłowało nas trzydziestu, dwudziestu, dziesięciu… Wiosłowaliśmy nawet wtedy gdy zostało nas pięciu, choć każdy z nas, gdy stawał do steru, widział, że najmniejsza fala nie powstaje za rufą statku. W końcu zostałem sam…

Nie wiem dokładnie, ile czasu spędziłem na statku w samotności. Pewnego dnia usłyszałem chrobot dna statku o piasek. Wyszedłem na pokład. Jakiś prąd, albo moc Magów przygnała statek do brzegów Yara. Chyba tak właśnie było, bo gdy tylko zszedłem na brzeg – dopłynąłem tam na małej łodzi – pojawił się oddział Tiurugów i zostałem schwytany na bogo…

Kaplan umilkł i nagle podniósł do ust palec i ugryzł. Wyglądał jak człowiek, który spełnił przykry obowiązek. Malcon skrzywił się i odchrząknął.

– Ee… Ale nie powiedziałeś, dlaczego nie chcesz być dotykany. Posłuchaj! – dodał szybko, widząc że Kaplan zacisnął szczęki. – Idziemy walczyć z groźnym przeciwnikiem, musimy mieć do siebie zaufanie. Możesz mnie pytać o co chcesz, odpowiem na wszystkie pytania, Hok również. Ale o tobie wiemy niewiele.

– Mówiłem, że nie da się opowiedzieć o wszystkim, co przeżyłem. Tego nie da się nawet ubrać w myśli, a co dopiero słowa.

– Nie rozumiesz… – zaczął Hok.

– Rozumiem – przerwał Kaplan. – Nie chcę, żeby mnie dotykano, bo tak żyjemy u siebie, w Nafrze. U nas można dotknąć tylko członka najbliższej rodziny – ojca, matkę, brata i siostrę. Nie dotykamy nigdy, a już szczególnie gołą ręką, ludzi obcych. Wierzymy, że w ten sposób można wyrządzić krzywdę dotkniętemu, zabrać mu cząstkę duszy. Dlatego nasze rody są bardzo rozbudowane i bardzo mocne. W zasadzie nie ma obcych w rodzinie – służby czy i

– Więc ty płynąłeś… – zaczął Malcon.

– Tak. U nas rody zajmują się jakąś jedną dziedziną, albo kilkoma związanymi ze sobą. Mój buduje statki i żegluje. – Kaplan umilkł na chwilę i dodał: – Połowa rodziny zginęła w tej ostatniej wyprawie.

– Straciłeś najwięcej z nas w Yara – powiedział Malcon, cisza przytłaczała go, chciał coś powiedzieć.

– Nie… – Kaplan pokręcił głową. – Zginęło tylko czterdziestu Ileazów, a pomyśl o Enda. O wszystkich narodach żyjących w pobliżu. Zło jest coraz mocniejsze, jeśli się go nie zwalczy, rozszerzy się na cały świat, zresztą, może już tak się stało…