Страница 12 из 52
3.
Dorn obudził się pierwszy. Było jasno, ale promienie schowanego gdzieś za gęstym lasem słońca przechodziły nad polanką, przez co Malcon czuł się jak na dnie płytkiej, obszernej studni. Odrzucił skórę i strącił sterczące w niebo tyczki, wstał i pomachał zdrętwiałymi ramionami. Zigi nie było na polance. Malcon podszedł do worka i wyszukał w nim szczotkę i kościane zgrzebło, zbliżył się do Hombeta i wyrzucając sobie, że nie zrobił tego wczoraj, wyszczotkował konia aż sierść zalśniła jak posrebrzona. Znalazł jeszcze jeden mały krzaczek, do którego przyprowadził Hombeta. Uderzenia kopyt zbudziły Hoka. Wstał wolno i nie mówiąc nic obszedł polankę, znikając co jakiś czas w otaczających ją drzewach. Wynurzył się z lasu tuż przy Malconie i powiedział:
– Zachowujemy się jak głupcy. Nigdy więcej nie wolno nam postąpić tak lekkomyślnie jak wczoraj. Cudem jeszcze żyjemy. To kraina śmierci, a my dobrowolnie kładziemy głowy na pieniek.
– Możemy ufać zwierzętom, ale rzeczywiście powi
Malcon spakował worek. Osiodłał Hombeta i spojrzał na Hoka.
– Dobrze by było zdobyć konia dla ciebie.
– I broń.
Malcon wyjął zza pasa sztylet i rzucił go Hokowi.
– Masz przynajmniej to – i gdy Hok wsunął nóż za pas dodał: – Wiesz może, gdzie mamy się kierować?
– Masz na myśli twierdzę Mezara?
Malcon pokiwał głową. Hok podszedł do dużego drzewa z jasną korą i zręcznie oderwał duży jej płat. Podszedł do Malcona i rozłożył korę na siodle.
– To jest Yara – powiedział i zatoczył ostrzem sztyletu okrąg z odciętą mniej więcej szóstą częścią – tu są góry, przez które przyszliśmy – kilkoma ukośnymi cięciami zaznaczył je na tej właśnie prostej części koła. – Na zachodzie granica Yara rozmywa się w morzu. Kiedyś Enda pływali po nim, teraz nie ma w nim nawet ryb, bo nie mogą żyć w zatrutej wodzie. Na wschodzie jest rzeka Besta, tam też darmo szukać wejścia czy wyjścia. Nad tą rzeką obozują Tiurugowie, obsiedli granicę i zrobili z niej mur nie do przebycia. Na południu są bagna i moczary. O tej części Yara wiem niewiele – westchnął. – A tu… wbił ostrze -…jest twierdza Mezara. Tu… – przeniósł szpic sztyletu i wbił go ponownie -…Lippysa. A tutaj Zacamela – podniósł nóż i przesunął korę bliżej Malcona. W cienkich rowkach cięć pobłyskiwał sok, czerniał na powietrzu, nacięte przez Hoka linie występowały coraz wyraźniej.
Skąd to wszystko wiesz? – zapytał Malcon odrywane wzrok od mapy.
Od wielu pokoleń Enda wchodzą do Yara. Część wróciła, niektórzy okaleczeni przez Tiurugów, i
Malcon zwinął mapę w rurkę i wsunął za cholewę buta. Odwrócił się do Hoka, ale tamten szedł już wolno w stronę, z której weszli na polanę. Dogonił go, i nic już nie powiedział. Starał się iść jak najciszej, Hombet równie ostrożnie stąpał po ziemi usłanej butwiejącymi, śliskimi liśćmi. Gęsty zaduch unosił się w powietrzu, ale za to gnijąca ściółka tłumiła odgłosy kroków. Szli tak dość długo, aż Hok nagle podniósł rękę i schylił się. Malcon zatrzymał się, rękę położył na rękojeści miecza. Widział jak przygięty Hok zanurza się bezszelestnie w gęstwinie;, ale słyszał tylko własny oddech i bicie serca. Czekał tak chwilę, potem puścił wodze i zrobił krok, napotykając Hoka wynurzającego się spomiędzy listowia.
– Przejechali Tiurugowie – szepnął Enda. – Za chwilę pojedzie ich tylna straż, zawsze tak robią. Chyba skorzystamy z tego?
Malcon skinął głową i sięgnął po wiszący na plecach łuk, ale Hok pokręcił głową.
– Daj mi te skóry, na których spaliśmy w nocy – szepnął.
Malcon sięgnął do worka i wyszarpnął skóry. Hok przykucnął i zaczął szybko ciąć je na wąskie pasemka Robił to bardzo zręcznie, Malcon pochylił się chcąc mu pomóc, ale zrozumiał, że będzie raczej przeszkadzał Przyglądał się więc tylko. Hok pociął jedną skórę zupełnie, powiązał pasemka w jeden długi sznur zakończony rozgałęzieniem z pętlami. Zwinął cały sznur na łokciu i przysunął się do Malcona.
– Najczęściej jest ich trzech – czterech. Pierwszego, ściągnę przy pomocy bogo – potrząsnął trzymanym w ręku sznurem. – Ty użyj łuku i zostanie nam tylko dwóch. Będę już miał broń. Zabijemy ich. Musimy zabić, jeśli któryś ucieknie i zawiadomi pozostałych to Magowie postawią na nogi wszystkich Tiurugów, kobiety, dzieci i wszystkie swoje moce. Nic nas wtedy nie uratuje. Rozumiesz?
Malcon klepnął Hoka w ramię i pokazał palcem w kierunku drogi. Zostawili Hombeta i przeszli razem kilkadziesiąt kroków, potem Hok zatrzymał się i wskazał Malconowi kierunek. Sam poszedł nieco w bok. Malcon pojął, że Tiurugowie zaatakowani przez Hoka odwrócą się w jego stronę i wtedy on będzie musiał działać. Może zdąży nawet ustrzelić dwóch. Szybko zdjął łuk i założył cięciwę, wybrał trzy strzały, choć już w Uta-Dej długo przebierał, zanim napełnił kołczan, przyklęknął między dwoma krzewami i wychylił ostrożnie głowę. Droga była pusta. Żaden szelest w krzakach ani poruszenie liści nie zdradzało kryjówki Hoka. Malcon pomyślał, że jeśli tylna straż szybko nie nadjedzie będą musieli zrezygnować z zasadzki. Przecież jeśli przejechał tędy ten sam oddział, który ujął Hoka, to Tiurugowie szybko zorientują się, że ich jeniec został uwolniony, a wtedy mogą zawrócić. Na razie jednak droga była pusta. Malcon oblizał wargi i wtedy usłyszał stuknięcie kopyta o kamień. Wolno uniósł głowę, by spojrzeć przez liście i zobaczył Tiurugów.
Było ich pięciu, jechali wolno, jeden przodem, pozostali parami z tyłu. Nie rozmawiali i nie wykonywali żadnych ruchów, jechali jak kukły. Było jednak pewne, że ich bezruch może w mgnieniu oka przekształcić się we wściekłą ruchliwość. Malcon pomyślał, że Hok zapewne zaatakuje dowódcę, ale gdy do Malcona zostało Tiurueom ledwie dziesięć kroków, sznur wzleciał w powietrze i zacisnął się na szyi ostatniego z wojowników. W tej samej chwili jęknęła cięciwa łuku Malcona i pierwszy z jadących, ze strzałą w piersi, wolno zwalił się na drogę. Malcon wiedział, że Hok nie ma jeszcze broni, więc strzelił szybko w drugiego z Tiurugów i krzyknął głośno. Strzała utkwiła w brzuchu jeźdźca, ale ten wyrwał strzałę, wydobył długi, cienki miecz i zaatakował Malcona. Młodzieniec rzucił łuk i dobył miecza. Udało mu się odbić pierwsze uderzenie napastnika i wyskoczyć na drogę, drugi wojownik z pierwszej pary spiął konia i również pędził na Malcona. Ostatni Tiurug ścinał swoim mieczem krzewy, w których zapewne schronił się Hok. Malcon przeskoczył tuż pod głową konia na drugą stronę drogi i uderzył mieczem starając się trafić w ramię. Tiurug jednak wychylił się w siodle i cios Malcona chybił, ostrze musnęło tylko udo jeźdźca.
– Uważaj! – usłyszał Malcon i nie odwracając się skoczył głową w krzaki.
Usłyszał za sobą świst ostrza i chrapliwy oddech Tiuruga. Chwycił swój łuk i błyskawicznie posłał strzałę w plecy zawracającego już jeźdźca. Tamten wzniósł do góry obie ręce, zamarł na chwilę i zwalił się na zad konia, a potem na ziemię. Malcon rzucił okiem w tył. Tiurug, który usiłował go przed chwilą najechać, wolno zbliżał się, trzymając miecz przed sobą. Z boku rozległ się okrzyk i Malcon kątem oka zobaczył że wojownik, który zaatakował Hoka stoi i wpatruje się w krzewy. Potem szurnęły liście, coś błysnęło i ręce Tiuruga szarpnęły się do góry. Dłonie objęły szyję, jego twarz wzniosła się ku niebu i wtedy Malcon zobaczył rękojeść swojego sztyletu sterczącą z szyi nieprzyjaciela. Odwrócił się do ostatniego z jeźdźców. Tamten zwolnił wreszcie, zatrzymał konia, wpatrywał się chwilę w Malcona jakby chciał go dobrze zapamiętać i nagle spiął wierzchowca, zawrócił i wbił ostrogi w boki. Koń przysiadł i prysnął do przodu, w kierunku Alei Szeptu. Malcon skoczył w krzaki i zagryzając wargi nałożył strzałę na cięciwę. Strzelił prawie nie mierząc, a strzała po krótkim locie wbiła się w plecy Tiuruga. Jeździec nie zwolnił jednak.
– Łap konia i pędź za nim! – krzyknął Malcon do Hoka, ale ten tylko pokręcił głową i wskazał Malconowi coś za jego plecami.
Za uciekającym Tiurugiem sunęła Ziga. Wyciągnęła się nad drogą, jej tułów prawie nie kołysał się, pracowały tylko łapy, potem głowa szarpnęła się w górę i ciało wilczycy wspaniałym łukiem przeleciało nad zadem pędzącego konia. Ziga uderzyła w plecy Tiuruga i wbiła zęby w jego kark. Koń zdążył zrobić dwa czy trzy kroki, gdy Ziga wraz z ofiarą zwalili się na ziemię. Podniosła się tylko Ziga. Koń od razu przystanął.
– Szybko! Ciała do lasu! – krzyknął Hok.
Malcon chwycił za bluzę najbliższego Tiuruga. Przyjrzał się teraz z bliska twarzy zabitego. Jak i pozostali miał wygoloną głowę i brwi oraz wyrwane rzęsy. Upiorny uśmiech odsłaniał spiłowane w szpic zęby. Malcon spojrzał w oczy martwego wroga i martwa fala nienawiści uderzyła go jak niespodziewany podmuch wiatru. Odwrócił się i powlókł ciało w krzaki, usiłując nie złamać przy tym gałęzi i nie zostawiać śladów na ziemi. Gdy usunęli wszystkie ciała złamał gałąź, zamiótł nią drogę i przeczesał trawę na skraju lasu. Znalazł swój łuk i wszedł w gęstwinę po Hombeta. Po powrocie zastał Zigę i Hoka nad kupką tiuruskiej broni. Hok szybko przebrał ją. Odłożył dwa wąskie sztylety, cienki miecz, jeden sznur bogo. Miał już na nogach buty zdjęte z jednego z zabitych. Spojrzał na Malcona.