Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 11 из 52

Malcon przekręcił się na bok i sięgnął po nóż. Wyjął go zza pasa i w tej samej chwili spod bluzy wysunął mu się Gaed. Obaj patrzyli zdziwieni. Koniuszek ułamanego ostrza świecił mocnym, niebieskim światłem.

– Co to jest? – zapytał Hok. Jego prawa dłoń drgnęła jakby chciał wziąć Gaed do ręki, ale zatrzymał się w pół gestu.

– Gaed – powiedział Malcon ciekaw, czy jego przyjaciel i zbawca wie coś na ten temat. – A właściwie jego część.

– Gaed! – szepnął Hok nie odrywając oczu od błyszczącego szpica. – To jest Gaed! Ty go masz?… – przeniósł, spojrzenie na Malcona. – Ty go masz… – powtórzył, jakby przekonując samego siebie, że to prawda.

– Wiedziałeś o nim? – zapytał Malcon i ostrożnie wziął miecz do ręki.

– Oczywiście, ale myślałem, że ma go któryś z Magów. Byłem pewien, że trzeba będzie najpierw odebrać go Magom i dopiero potem walczyć z nimi. A jeśli ty masz… – zawiesił głos.

– To co? Będzie łatwiej?

– Jednak trochę tak – pokiwał głową Hok. – To jasne – i wiedząc, że Malcon chowa Gaed, wstał z nożem w ręku. – To najlepsza nowina jaką mógłbym usłyszeć – I podszedł do drzew rosnących na brzegu polany i odciął kilka gałęzi. Wrócił z nimi do Malcona oczyścił je z mniejszych gałązek. Potem zaostrzył końce tyczek i wbił je w ziemię parami i pochylił do siebie. Kawałkiem rzemyka związał je na górze tworząc w ten sposób jakby szkielet namiotu. Potem zrobił taki sam drugi szkielet i jeszcze jeden mniejszy.

– Już – powiedział i rzucił nóż Malconowi. – Cypra nie potrafi pełzać ani poruszać się po ziemi. Opada z powietrza na ofiarę. Śpij pod tymi tykami, a nic ci nie zagrozi. Przynajmniej cypra. One muszą owinąć całą ofiarę, dlatego nie ruszyły Hombeta, za duży dla nich. Wytłumacz wilczycy co ma robić.

Malcon wstał i wprowadził Zigę pod przeznaczone dla niej tyki. Potem sam wsunął się pod swoje. Poczekał, aż Hok ułoży się i zapytał:

– Skąd wiesz to wszystko? O Yara?

– Kiedyś do Yara wyruszały całe oddziały Enda – powiedział cicho Hok. – Teraz jest nas za mało, by wysłać na pewną zgubę wielu wojowników.

– Na zgubę? – podniósł się na łokciu Malcon i spojrzał na Hoka.

– Pewnie, że tak. Przecież nikt z nas nie wierzy w powodzenie. To jest zwyczaj, musimy tak postępować, żeby nie umarł w nas szacunek dla siebie samych. Nie możemy wymrzeć bez walki. Nawet beznadziejnej.

Hok zamilkł. Malcon nakrył się skórą i – wsunął rękę pod bluzę. Dotknął rękojeści Gaeda. Była ciepła.