Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 39 из 61

Nie tak powi

Co komu po opactwie, skoro w nim ani sprawiedliwości, ani boskiego prawa nie przestrzegają?

Braciszek zaś w pobielałym od miesięcznego światła sadzie przypomniał sobie wreszcie sen, który tak go przeraził. Bosa, w samej koszuli biegła w nocy przez las, po wilgotnej trawie, a za nią szedł ogień, czarne konie pomiędzy sinymi pniami drzew, odległe granie rogów i rozdygotane pochodnie. Przypomniał sobie jej twarz, pobladłą, skurczoną i zakłuło go, zabolało w piersiach, aż musiał przystanąć i chwycić się pnia. Na śmierć posłaliśmy to dziecko, zapłakał z twarzą na szorstkiej korze wiśni. Na zatracenie.

Po ciemnej trawie przybiegł do niego Ukropek, głupi staje

Żaden z nich nie spostrzegł pana Krzeszcza. Nie spostrzegli też, kiedy do przedsionka wpełzły pierwsze płomyki ognia.

Wiedźma zaskomliła rozpaczliwie. Zatoczyła się, ledwo dobrnęła do stołu. Lica miała rozognione, czy to od pod – palanki, czy od żaru, a oczy niebieściuchne i rozdęte. Kiedy popatrzyła na Twardokęska, wydało mu się, że zaraz ogłosi poganiaczom, kto przewodził bandytom z Przełęczy Zdechłej Krowy i że przed świtaniem zawiśnie na starym jaworze koło studni. Jednak wiedźma tylko łyknęła kubek podpalanki, zlizała z krawędzi zagubioną kropelkę i mocno przywarła do boku Szarki.

– Wody z solą trzeba będzie dziewce dać – Morwa wprawnie oceniła rozmiary pijaństwa wiedźmy – bo inaczej jutro z barłogu jej nie podniesieni.

– Zła woda tutaj – chrapliwym szeptem odpowiedziała wiedźma. – Krzyczy woda, ściany krzyczą, czerwone ściany, a woda mętna.

– Co tak szepczesz? – dziwka przysunęła się bliżej.

– Kości w wodzie, w studni na dnie chroboczą – odparła wiedźma. – A ściany na ludzi patrzą i płaczą.

Szarka uczyniła ruch dłonią, jakby chciała przerwać, lecz dziwka przykazała jej milczeć.

– Czemu ściany płaczą? – spytała łagodnie. – Od noża płaczą, od złego, od żelaza sinego?

– Od krwi rdzawej, od czarnawej – odpowiedziała wiedźma i poczęła mówić coraz prędzej, bez tchu. – Spod ziemi przyjdą, w gardła się wczepią, mięso żreć będą, kości w dół wrzucą, ślad piasek zatrze, nic nie ostanie – zachłysnęła się. – Aby ten ogień za nami czerwony.

– Zwidziało ci się – Morwa otarła wiedźmie czoło, ale ręka jej dygotała. – Zwyczajne to, że z gorzałki złe zwidy przychodzą. Zabierz ją – nakazała z cicha Szarce. – Pijana jest i zmordowana, nikt się nie zdziwi, że uchodzicie. Aby pilnuj, niech gębę zawartą trzyma. W ubraniu spać się układajcie, drzwi drągiem jakowymś zaprzyjcie i nie otwierajcie, chyba że mnie. Przyjdę po was przed brzaskiem.

– A tamci? – Szarka kiwnęła na rozswawolonych wolarzy.

– W portkach im się teraz pali – zimno uśmiechnęła się dziwka. – Kto wie, czy czego do trunku nie domieszały, bo ani który spostrzegł, że nic tu złemu przystępu nie broni. Chcesz, tedy bratu twemu rzeknę, co trza. Choć nie wiem, czy słuchać będzie, spił się jako drudzy, dzbaniarze zatracone. A sama nie śpij, bo gdy się wszyscy pokładą, uciekać nam stąd trzeba będzie, życie unosić. No, zmykajcie – popchnęła Szarkę.

Służebna poprowadziła je ciemnymi schodami na poddasze, do małej, narożnej izdebki, widocznie rzadko używanej, bo mocno zalatywała wilgocią i pleśnią. Dziewka rozpaliła przytwierdzony do stołu ogarek świeczki, obojętnie poprawiła zwał puchowej pierzyny na łóżku i ponieważ była już nieźle pijana, ostrzegła je z chichotem:

– No, śpijcie, a mocno, bo dziś w nocy niejeden załomocze, gdzie niewiasty uśpione.

Ledwo poszła, Szarka szeroko otworzyła okie

– Ot, rozbuchało się złe – zachichotała. – Rozdokazywało, aż wątpiami targa.

– Starczy już – Szarka wyjęła jej naczynie z rąk, głos miała znużony, lecz miękki.

– Czemu ściany o krwi tak krzyczą? – wiedźma oklapła nagle, wsuwając się w zimną, wilgotną pościel. – A świeczka o ogniu syczy. Pamiętasz? O ogniu, co za plecami.

Szarka odwróciła się ku ciemnemu zarysowi gór w oknie. W łóżku głośno i na dobre rozszlochała się wiedźma. Od jawora przy studni głupawo gruchały gołębie.

Ogarek wypalił się, rozlał po stole w bladej łojowej plamie. Wiedźma usłyszała, jak Szarka wyjmuje z tobołka dwa miecze. Siermiężną suknię zmieniła na sinozieloną koszulę i nogawice, rzuciła przy łożu nabijany żelazem kaftan norhemnów i ułożyła się do snu. Wiedźma przywarła do jej pleców i przez chwilę słyszała łopot płomieni w snach Szarki. A potem ściągnęła je ku sobie, łagodnie i cicho – ponieważ pamiętała, że Cion Ceren nazwał ją towarzyszką tej kobiety, a także z powodu ciemnej, krwawej magii, która rozgorzała tej nocy w jej trzewiach.

W glinianym dzbanie obok łóżka gruba niebieska mucha brzęcząc, dogorywała w znieruchomiałej ławicy swych sióstr.

Szarka niespokojnie przyzywała kogoś z głębi letniego wilgotnego snu.

– Otwórzcie – zza drzwi dobiegł zduszony szept Morwy. – Czas się zbierać.

Budząc się, wiedźma dojrzała, jak jadziołek bezszelestnie wypadł przez uchyloną okie

– Tam na dole wszyscy ze szczętem poszaleli – powiedziała. – Nijak między nimi nie przejdziem. Niby dziewki rajcują z Runowymi, ale co który za potrzebą wyjdzie, to im się oczy aż świecą, czy aby za długo nie mitręży. Nie, tu nie gospoda ludziom przyjazna, jeno dół palami najeżony i murawą dla niepoznaki przykryty. Ale brata twego ostrzegłam, ledwo co gospodyni z niego nie ściągnąwszy, bo Goworka wczepiła się weń jako pijawka – dodała. – Do wychodka ninie iść ma, konie wyprowadzi. A nam po dachu stąd uciec trza, chyżo i po cichońku. Czy ona zmoże? – wskazała na wiedźmę, która przyglądała im się spod pierzyny błędnymi oczyma.

– Zmoże – Szarka wywlokła pijaną na posadzkę.

Wiedźma pozwoliła postawić się pod ścianą, chwiała się i chichotała przy tym rozbrajająco. Płócie

Co prawda, mimo wszelkich cucących zabiegów, chichotała nieusta

Na podwórzu było cicho, tylko wiśnie kołysały się lekko, rzucając zmie

Tymczasem Twardokęsek zamierzał zbójeckim obyczajem odeprzeć wrota i wyprowadzić wierzchowce ze stajni. Choć podpalanka w karczmie była przednia, a dziewki bardziej niźli przylepne, nie podobała mu się Goworka, nie podobało mu się, że w izbie nie widać ani najnędzniejszej gałązki wilczomlecza, że belka nad drzwiami nitką czerwoną nieomotana, że okna głucho zabite. Na Przełęczy Zdechłej Krowy nauczył się wyczuwać niebezpieczeństwo jak ra

Po prawdzie to miał przemożną ochotę czmychnąć samotnie, ale wyszedłszy na podwórko, dojrzał na jaworze przy studni wpatrującego się weń jadziołka.

– Nie tędy. – Wiedźma wparła się piętami w ziemię i w żaden sposób nie mogli jej ruszyć z miejsca. – Nie bramą, tam pachołek stoi.

Twardokęsek rzucił jej jedno krótkie spojrzenie i pospiesznie odstąpił od skobla.

– Kuna woły chodził opatrzeć furtką koło wychodka – przypomniał sobie. – Tam popróbujmy, ale krzaki za wygódką okrutne, kolczaste. Widzi mi się, że nie tylko koni nie przeprowadzimy, ale sami ucierpimy niezgorzej – zawahał się.

– Bez koni daleko nie odbieżym – jęknęła Morwa. Wiedźma jednak skwapliwie skinęła rozczochraną głową.

– Tamtędy! – pokazała ledwo widoczną zza węgła wygódkę. – Chyżo!

Próbowali się więc spieszyć, lecz, jak zapowiadał Twardokęsek, rozciągały się tam nad wyraz wybujałe, zdziczałe maliny. Zbójca szedł pierwszy, zajadle walcząc z kolczastymi pnączami, które jakby się zmówiły, by opóźniać ucieczkę. Wczepiały się w odzienie i aby przejść kilka kroków, musiał łamać i wyrywać całe kępy. Spocony, zadyszany, usłyszał przeraźliwy dźwięk, który nie był niczym i

– Nie odwracaj się – syknęła ostro zamykająca pochód Szarka. Ale i bez tego wiedział, że za ich plecami otwarto bramę.