Страница 61 из 61
Wiedźma aż się skuliła.
– Nie krzycz na nią, Twardokęsek – syknęła Szarka. – Lepiej, żeby ci Śmierdziuch zanadto z pomocą nie spieszył, pół Spichrzy by wymordował.
– Najwyżej z tuzin powroźników w wieży stało. Ja bym po nich nie płakał – upierał się zbójca.
– On by na samej wieży nie poprzestał, ale nie w tym rzecz. Kiedy zwierzołak morduje, bez trudu i wiedźmę szał ogarnia.
– Zabiłabym wszystkich – dokończyła wiedźma. Zbójca aż się zachłysnął na ową niespodzianą nowinę.
– Podobnie jest z jadziołkiem – ciągnęła Szarka. – Dlatego się wściekłam, kiedy nad Trwogą zbójców wydusił. On mnie – zacięła się lekko – on mnie podjudza, Twardokęsek. To prawda, że czasami mogę go poszczuć, ale za każdym razem muszę poskramiać. Z trudem, Twardokęsek. Mogłam was tam wymordować.
Gapił się na nią wytrzeszczonymi oczami.
– Nie musiałaś mu mówić – wiedźma pociągnęła nosem. – I tak jest zniechęcony.
– Panujecie nad tym? – zapytał zbójca, kiedy minęły duszności i znów mógł mówić.
– A myślisz, że wiedźmy gnieździłyby się na uroczyskach – spytała zgryźliwie Szarka – jakby mogły na zawołanie obrócić w perzynę połowę Krain Wewnętrznego Morza? Czemu, zamiast panować, wymykają się uzbrojonym w cepy kmiotkom? To wielka magia, Twardokęsek. Ogromna. A potężna moc nie skrępowana chodzi, nie można jej wezwać ani na dobre ujarzmić. Czasami uda się obrócić ją na wspólny pożytek, jak zeszłej nocy w gospodzie, kiedy wiedźma ogień zażegła. Czasami nie.
– Ja to raczej do ziemi mam rękę – wytłumaczyła z zawstydzeniem jaśminowa wiedźma. – Ogniem się bawić nie potrafię, kapusta mi lepiej wychodzi. I groch.
– Groch nieprędko będziemy nasadzać – roześmiała się Szarka. – A z kapusty, to w okolicy tylko Twardokęskowy kapuściany łeb. Na razie czas te pogwarki skończyć, bo się księżniczka obudzi.
– Jak jej Zwajcy nie obudzili – wzruszył ramionami zbójca – to i myśmy bezpieczni. Posłuchajcie tych wrzasków.
– Tu jest całkiem cicho – Szarka skrzywiła się cierpko. – Ale pod moją sypialnią są przytulne podcienia. Tak zajadle świętują, że oka nie zmrużyłam. Sprosili całą kohortę Servenedyjek. Pono nie mogą wchodzić na książęcą ziemię, a pod moimi oknami całe ich mrowie.
– Tak mi się właśnie zdawało – zbójca łypnął szyderczo ku Szarce – że widzę waszego ojca. Pokazywał wojowniczce swój topór za tamtą kępą agrestu. No, teraz to już pewnie oglądają jej tatuaże. Servenedyjki chętnie pokazują tatuaże.
– Niech się do sądnego dnia tarza w agreście – mruknęła zgryźliwie Szarka. – A wiesz, Twardokęsek, co mi Zarzyczka powiedziała? Że wedle północnego obyczaju i tyś mój ojciec.
– Naprawdę? – ucieszyła się wiedźma.
– Imię mi nadał. A jak kto komu imię nada, to go za własne dziecko przyjmuje. Musicie teraz z Suchywilkiem uradzić, czyje prawa większe.
– Nie drwijcie – obruszył się zbójca.
– Gdzieżbym mogła? – zdziwiła się fałszywie. – Ze wzruszenia ledwo mogę dychać. Popatrz, Twardokęsek, ile się dzieci po świecie obraca, co ani swoich ojców nie znają, ani od nich żadnego dobrodziejstwa nie doświadczyły. A ja? Trzech już mam, jak obszył. I może jeszcze i
– Wy myślicie, że was Suchywilk oszukać próbuje? – zbójca nie krył zdumienia. – Przecież to pospolicie w narodzie wiadomo, że jemu córkę Pomorcy uwieźli. I wybaczcież, po co miałby kłamać?
– Jest wiele przyczyn.
– Jakich przyczyn? – zniecierpliwił się zbójca. – Cały wasz dobytek, ot, to, co na grzbiecie macie.
– A co, mam wierzyć, że z dobrego serca oprawcom was wyrwał? – prychnęła. – Czegoś on ode mnie chce. Wszyscy czegoś ode mnie chcą. Począwszy od Fei Flisyon. Nie chciałam tej przeklętej obręczy. Gwałtem mija na łeb wcisnęła.
– Nie powi
– Ano – przytaknął Twardokęsek. – Powiadają u nas w Górach Żmijowych, że Kii Krindar wykuł te znaki po tym, jak Hurk Hrovke spuściła plagę szarańczy i myszy na żalnickie pola. Żeby nigdy więcej złość jednego boga nie niosła zagłady całemu narodowi.
– Przez wieki spoczywały w ukryciu – ciągnęła wiedźma. – Chroniły nas, ale bogowie pilnowali, by żaden nie wpadł w ręce śmiertelnych. Więc kiedy żalnicki książę uciekł ze świątyni z Sorgo na plecach, byli wściekli. Naprawdę wściekli, że taka moc wyrwała się na swobodę.
– Moce zawsze wyrywają się na wolność… z samej swej natury – mruknęła Szarka. – Powi
– Sorgo miał ochraniać Żarniki – mówiła wiedźma. – I nigdy, przenigdy nie powinien ich opuścić. Tak samo jak obręcz powi
– Skąd żeś nam tak niespodzianie zmądrzała, kochanie? – z przekąsem zapytała Szarka. – Skąd te wszystkie powi
– Bo ja tam byłam – jaśminowa wiedźma skuliła się nagle. – Byłam na Tragance, jak ona zasypiała. Zaraźnica. Złamała prawo, kiedy pozwoliła ci zabrać obręcz, i teraz musiała usnąć. Najpierw Bad Bidmone, teraz Fea Flisyon. Naprawdę odchodzą. Słyszałam. A Fea Flisyon opowiedziała im o tobie – spojrzała niepewnie na Szarkę. – Byłam tam.
– Więc jednak ich słyszycie – zbójca z niedowierzaniem pokręcił głową. – Słyszycie bogów. Gadają – wyjaśnił Szarce – że wiedźmy to potrafią. Nie tylko wtedy, kiedy bóg je wezwie, nie w objawieniu, ale kiedy zechcą. Z własnej woli.
– Fea Flisyon mnie zawołała – wiedźma skuliła się jeszcze bardziej. – Wszyscy się kłócili. Dość już tego, wrzeszczeli, co Zird Zekrun wyprawia, a tu jeszcze obręcz dri deonema bezpańsko szwenda się po Górach Żmijowych.
– Ona nawet nie była szczególnie przyjazna – powściągliwie odparła rudowłosa. – Właściwie mnie zastraszyła.
– Jest najbardziej kapryśną z bogiń – powiedział Twardokęsek. – Mogła wybrać każdego. Może tak musi być? Żalnicki książę zabrał Sorgo, a tobie podarowano obręcz dri deonema. Może przed odejściem bogowie muszą znaleźć powierników swych znaków?
– Nie wiem – wiedźma wytarła nos w rękaw koszuli. – O powiernictwie Zaraźnica nic nie mówiła. Darła się, że bogowie sobie na to zasłużyli i bardzo im tak dobrze. Że skoro Zird Zekrun taki sprytny, to niech zgadnie, po co Delajati dziewczynę posłała. Mówiła, że musisz dokonać wyboru…
– Nic nie muszę – prychnęła rudowłosa. -…a oni nie zdołają cię nagiąć czy przymusić. Że już raz Cion Ceren w rękach cię trzymał, a przez palce mu przeciekłaś jak woda. I mówiła, że nie uczyni nic, co mogłoby popchnąć cię ku Zird Zekrunowi. Niech już będzie tak, jak chciała Delajati. Oni się jej strasznie boją. Tej Delajati.
– Kto to jest Delajati?
– Nie twoja rzecz, Twardokęsek.
– No, może jednak moja – zezłościł się zbójca. – Bo z waszego uporu, z waszych tajemnic przeklętych, myśmy tylko ognia zaznali, głodu i batów w Wiedźmiej Wieży. I mnie się zdaje, że wyście nam coś wi
– Nic wam nie jestem wi
– I co my teraz poczniemy? – z przejęciem spytała wiedźma.
– Nic. Niezadługo Suchywilk spiskować zacznie, a i żalnicki książę pewnie z ukrycia wylezie. A tymczasem, jak zwykł powtarzać Twardokęsek, przeczekamy. Chociaż właściwie złoszczą mnie ci dwaj halabardnicy – Szarka wychyliła się pomiędzy szczeblami balustrady. – Łażą pod nami bóg wie jak długo i usiłują podsłuchiwać. Dnieje już, pewnie nie uśniemy. Ale możemy posiedzieć i popluć im na hełmy.
Co też uczynili.