Страница 35 из 61
– Umna gadzina – zauważył Kuna – nikomu tykać się nie pozwoli, jeno dziewkom.
– Od małego przy Szarce – wyjaśnił Twardokęsek. – Ojciec z książęcymi chadzali na południe bijać norhemnów i razu jednego znaleźli to to przy ścierwie, nie większe niż łokieć było. Szarka wtenczas jeszcze mało co od ziemi odrosła, ale karmiła je szmatką nurzaną w krowim mleku. Z ręki jej jadło, a dosiąść też nikomu i
– Rozumnie – pochwalił Kuna. – Nawet, jak jej już kto podołka przysiadł, zwierza w Spichrzy na jarmarku przedasz, zapłatę niemałą weźmiesz, dziewkę odziejesz w bławaty i nikt o zapaskę pytać nie będzie.
– Byle dowieźć – zgodził się Twardokęsek – to i spokojniejszy ostanę. Źle jej nie będzie, pasztetnik zasobny, kamieniczkę ma przeciw szpitalowi i dom z ogrodem. Wdowiec jest, stateczny, z trzema chłopaszkami osierocony, a ona przy dzieciach zawsze robić lubiła. O tobie, Szarka, rozprawiamy – przywitał ją. – Bydlęta chyżo dziś popędzim i wóz w tyle pojedzie. Jak ci się widzi, w furgonie wolisz czy z nami na zwierzęciu pojedziesz?
– Z wami.
– Abyś tylko potem, pa
Dziwka przyprzęgała do wozu, umalowana, odziana w lawendowy kubraczek, takąż spódnicę i wciętą, sowicie przymarszczaną koszulę. Grzywy klaczy przeplotła szkarłatnymi wstążkami, jak na święto, ale u pasa miała zawieszony szeroki nóż i biczysko okręcone wokół ramienia. Niegłupia, pomyślał Twardokęsek. Wie, że jak stado pójdzie, to nikt się nie będzie oglądał, choćby ją zarzynali.
– Na nic mi się tutaj nie zdasz – Morwa spędziła wiedźmę z kozła. – Właź na wóz, kapotą się okręć i lepiej śpij, niżbyś miała zawadzać. No, co się gapi? – ofuknęła zbójcę. – Nie pierwszyzna mi przez dziedziny szczuraków jechać. Byle zbójcy nie opadli, pod wieczór was dopędzim. A ty dziewczyny lepiej pilnuj, by nie zmarniała w drodze.
Spędzili woły w gęstą gromadę na brzegu gościńca, Kuna stał na przedzie, a i
Siwe grzbiety wołów wynurzały się przed nim z tumanu i, smagnięte, znikały ponownie w kurzawie. Raz po raz też migał mu przed oczyma błękitny skrzydłoń, ciemna chustka na twarzy Szarki. Przystanął, łyknął wody z bukłaka. Przed nim zwierzęta parły zbitą, gęstą masą.
Słońce stało już wysoko, gdy dotarli do brodu. Trwoga sączyła się płytkim, kamienistym korytem, woda nie sięgała zwierzętom wyżej niż do kolan. Kuna objechał stado, zagnał do środka co krnąbrniejsze sztuki.
– Jakże tam? – krzyknął do Twardokęska.
– Spokojnie – odparł zbójca. – Jeno furgonu ni śladu.
– Widać nie zmogła – poganiacz obojętnie zakasał koszulę, obmył spocone ramiona i kark. – Tedy koło wieczerzy trza jej wyglądać, a nam czas ruszać. Na drugim brzegu już ze wszystkim ziemia szczuraków, na dziewkę miej baczenie.
– Przecież na gościniec jeszcze nie lezą?
– Niby nie – skrzywił się wolarz. – Ale strzec się trza. Oni od zbójów gorsi.
Twardokęsek omiótł przeciągłym spojrzeniem skały po drugiej stronie Trwogi, z rzadka jedynie porośnięte drobnymi kolczastymi krzakami. Powiadano, że ostatnio szczuracy coraz śmielej wyłazili z jaskiń pod Górami Sowimi i nawet za dnia pokazywali się na pograniczu. Zmełł pod nosem przekleństwo.
Szczuracy zawsze gnieździli się pod Górami Sowimi, choć sów tam nie widywano, bo je dawno ze szczętem zeżarli. Było to plemię zwierzołaków, skryte, plugawe i stroniące od ludzi, ale i tak kmiotkowie gadali, że w jasne noce zakradają się do domostw i porywają dziewki. Nadto szczuraków ubić było nader trudno. Nawet dobrze poranieni przyjmowali na powrót zwierzęce kształty i chronili się pod ziemią. Wysoko w górach nikt spać się nie położył, nie omotawszy belki nad drzwiami czerwoną nicią, poświęconą w kapliczce Kii Krindara.
Kiedy stała jeszcze Stopnica o rdzawych murach, stolica Kopie
Jednak póki Kopie
Ukradkiem szli od wioski do wioski i zatruwali studnie. Kiedy pomór rozlał się szeroko i przetrzebił Kopie
Sam Twardokęsek nie miewał ze szczurakami żadnych sporów. Zbóje siedzieli na Przełęczy Zdechłej Krowy od niepamiętnych czasów i przezornie unikali zatargów z mieszkańcami Gór Sowich. Gościniec rozdzielono sprawiedliwie. Co na lewym brzegu Trwogi, to zbójeckie, co na prawym – szczuraków, a pośrodku, na strudze, tego, kto pierwszy uderzy. Czasami Twardokęskowi zdawało się, że widzi o zmroku po drugiej stronie przygięte nad ziemią, nie całkiem ludzkie kształty, ale nie przekraczał Trwogi i nie wchodzili sobie ze szczurakami w drogę.
Białe wapie
Z tyłu, na trakcie słabo zaterkotał furgon.
– Ot, Morwę znać – z ulgą powiedział Kuna. – Wytchnęlim, czas dalej podpędzić. Jeno powoli, spokojnie, bo tu na rzece doły głębokie. Jak noga bydlęciu utknie, tak i
Twardokęsek wyraźnie już odróżniał ryże klacze i lawendowy kubrak dziwki. Jechała chwacko, rozparta pośrodku kozła, raz po raz strzelając biczyskiem nad końskimi grzbietami. Wóz kolebał się na wybojach i podskakiwał.
– Nu…! – krzyknął Kuna. – Poszli!
Twardokęsek okręcił gębę płatem sukna, trzasnął bizunem po grzbiecie wielkiego wołu, który zaparł się na skraju Trwogi, i począł spędzać w wodę przestraszone cielaki. Uwijał się, klnąc i nie patrząc po bokach, póki ostatnie bydlę nie wlazło do wody. Na koniec spiął krępą kasztankę, podarunek mnicha z opactwa Cion Cerena, i przejechał na ziemię szczuraków.
Czy dostrzegł coś kątem oka, czy też przypomniał sobie, jak niegdyś czatował u tego samego brodu, dość że obejrzał się do tyłu. Morwa dojeżdżała do rzeczki, a za nią, w wąskim żlebie, krzaki tarniny trzęsły się i chybotały coraz niżej.
– Kuna! – wrzasnął Twardokęsek. – Bywaj tu, Kuna!
Pierwsi zbójcy wpadali do kotlinki. Twardokęsek zmrużył załzawione od pyłu oczy. Na przedzie gnał Mrówka, w kołpaczku suto rysiem obszytym, w nabijanym ćwiekami półkożuszku, z dala maczugą nad łbem wywijał, a obok Mroczek, niegdyś kupiec bławatny, z rohatyną. Za nimi Olsza z pałką, zbiegły niewolnik, który pół życia strawił na kupieckich galerach, postarzały już, z bielmem na lewym oku, lecz wciąż krzepki. Dwóch następnych Twardo – kęsek nie rozpoznawał, musieli dopiero co dołączyć do kompanii. Ale zaraz mignęła mu znajoma, od stóp do głów odziana w błękit sylwetka – to z taneczną gracją schodziła w dół Vii, Yisenka, jak ją czasami Twardokęsek zwał, smagłoskóra Servenedyjka; zgrabna, zakrzywiona szabelka połyskiwała u jej boku w srebrzystej pochwie. Dalej leciał Strzałka, potężny głupawy pachoł z pobliskiego sioła, w ręku miał sznur do łapania koni.
W tarninie błysnęło żelazem kolczugi i Twardokęsek drapieżnie wyszczerzył zęby na widok Uchacza. Uchacz znienacka pojawił się na Przełęczy Zdechłej Krowy trzy lata temu. Przyprowadził trzech pachołków i od początku wadził się z Twardokęskiem. Jego człek wygadał się, że Uchacz wiódł się z bogatej, herbowej szlachty, ale od małego ciągnęło go do wina, kości i dziewek, aż, popadłszy w długi, kupców na gościńcu pomordował i ojciec kazał mu iść precz. Panek ów był na gębie dziwnie gładki, w mieczu dobrze wyćwiczony i bardzo obrotny, ale, widocznie sam chcąc kompanii przewodzić, Twardokęska ledwo cierpiał.
Morwa poganiała rozpaczliwie, ale było widać, że nie dobieży do strugi.
Tymczasem nawet stary Kulawiec dokuśtykał na dół zbocza. Nie przystając w biegu, Vii przyłożyła do warg kościaną piszczałkę i rozległ się potworny wizg. Spłoszone ryże kobyły Morwy stanęły dęba. Servenedyjka odrzuciła głowę, wybuchła śmiechem.