Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 89 из 130

– Nie – odparł Koźlarz. – Wężymord przyjechałby raczej pod znakami Pomortu. Nie myślałem, że zobaczę w Spichrzy ojcowe proporce. Ciekawe, czy się Kostropatka zdołał przemknąć.

Przemęka wzruszył ramionami.

– Czemu nie? Złego zawżdy przygoda omija.

– Potrzebny mi – uciął książę krótko. – A póki potrzebny, poty należy go cierpieć.

Stary najemnik zmarszczył brwi, lecz nic więcej nie mówił. Nie musiał zresztą, bo odkąd odbili z Książęcych Wiergów, jego zły humor stał się aż nadto widoczny. Kręcił się po barce jak pies na uwięzi i podobnie powarkiwał na każdego, kto śmiał go nieopatrznie zagadnąć. A łódź była tak wypełniona podróżnymi, zmierzającymi na Żary oraz spichrzański karnawał, że zanurzała się nieledwie po burty. Nieusta

Słowem, łatwo im przyszło ukryć się w tej ciżbie przed wzrokiem strażników, trudniej wszelako zamienić choć kilka słów na osobności. Zresztą Koźlarz nie ułatwiał sprawy, a nawet po trochu unikał starego, dobrze wiedząc, co usłyszy. A Przemęce aż się wnętrzności burzyły na myśl o spotkaniu wychowańca z Zarzyczką. Po prostu czuł, że coś pójdzie nie tak, choć przecież pomysł z listem od alchemika zdawał się bezpieczny. W siostrze Koźlarza powszechnie upatrywano adeptki sztuk tajemnych i na wieść o jej przybyciu do Spichrzy niezawodnie z całego pogórza zbiegli się najrozmaitsi szarlatani, by poszukać protekcji lub choćby przedstawić swe eliksiry i mikstury. Zapewne książę Evorinth nie dopuści ich przed oblicze księżniczki, ale niewątpliwie zasypiają listami i prośbami o datki. Posłanie od mistrza z Książęcych Wiergów nie zwróci niczyjej uwagi. Cóż jednak z tego, skoro kapłani Zird Zekruna bez wysiłku przeczytają je w umyśle Zarzyczki?

Odchrząknął, oczyścił gardło z flegmy. Słowa jakoś nie przychodziły łatwo.

– Więc to już teraz – odezwał się nagle książę. – Już teraz.

Przemęka usłyszał w jego głosie ton niemal dziecięcego zdumienia. Koźlarz stał nieruchomo, nie spuszczając wzroku z żalnickich chorągwi, łopoczących nad miastem, i stary najemnik pojął, kiedy chłopak oglądał je ostatni raz – w tamtą noc, kiedy płonęła cytadela w Rdestniku, a Bad Bidmone nie obroniła swoich wyznawców przed furią Zird Zekruna. Znów stanęło mu przed oczyma dziecko, które jeździło w kohorcie boga, pomiędzy martwymi wojownikami. Coś go ścisnęło za gardło. Żal, zdał sobie sprawę po chwili. Te chorągwie przepowiadały, że niedługo utraci wychowanka w sposób ostateczny i nieodwracalny. Owszem, będzie trwał u jego boku i może z czasem zasiądzie w radzie tuż poniżej tronu, ale nigdy już nie będzie jak w tamtych czasach, kiedy pod czerwonym południowym księżycem bez słów odgadywali swoje myśli.

– Książę Evorinth niepotrzebnie drażni Pomorców – rzekł szorstko, walcząc ze wzruszeniem.

Koźlarz obrócił się ku niemu, wciąż z osobliwym wyrazem twarzy, jak gdyby coś sobie przypominał i nie mógł do końca uwierzyć w to wspomnienie.

– Chorągwie są znakiem. Znakiem dla mnie. Zaproszeniem.

Stary wojownik chciał coś powiedzieć, rzucić cięty żart, by rozproszyć smutek i lęk, jaki nieoczekiwanie wzbudził w nim widok żalnickiego godła. W końcu jednak skinął tylko powoli głową i razem, ramię przy ramieniu, ruszyli ku miastu. A kiedy wśród ławicy pątników, przekupni, żebraków, ladacznic i zwyczajnych gapiów zanurzali się w cień bramy, raz jeszcze podniósł wzrok nad dachy Spichrzy.

Chorągwie łopotały na wietrze i wyszyte na nich żalnickie lwy zdawały się kroczyć ku nim w rześkim, pora

Kiedy wśród podpitych pątników weszli przez Bramę Solną, Morwa, jak jej przykazano, trzymała się blisko Szarki. Boleśnie świadoma noża w garści Derkacza, który kroczył tuż za nią, ani śmiała spojrzeć ku książęcym pachołkom. Zgarbiła się, zasłoniła twarz skudłaconymi włosami, jak gdyby mogła się w ten sposób ukryć przed wzrokiem towarzyszy. Jednakże nadzieja, że zdoła im się wymknąć na ludnych spichrzańskich ulicach, prysła tuż po tym, jak pośrodku ulicy Rymarzy ogarnęła ich gromada podpitych żaków. Jęli się przekomarzać z niewiastami, oferowali Skalmierskie wino i i

– Nie radzę – wyszeptała Szarka, z uśmiechem nachylając się do ucha dziwki, zupełnie jakby powierzała jej jakiś sprośny sekret. – Bo ci zaraz kark skręcę. – Objęła ją wpół i wciąż udając rozbawienie, pociągnęła naprzód i dopiero na sąsiedniej ulicy zwolniła uchwyt.

Ladacznica dobrze potrafiła ocenić swe szanse, toteż więcej nie usiłowała uciekać. Po prostu rozmasowała rękę, na której nabrzmiewały czerwone placki po palcach Szarki, i ruszyła za nią z kornie zwieszoną głową. Ale do oczu nieusta

Najgorsze zaś, że sama roztoczyła opiekę nad obiema niewiastami – wiedźmą i tą rudą, która przejmowała ją nieledwie większą grozą, bo była rozumniejsza i również obeznana z magicznymi sztuczkami – usypiając czujność wolarzy. Co więcej, przestrzegła je w gospodzie Goworki i ocaliła przed niechybną śmiercią od szczuraków. I chyba skutki owego miłosierdzia napełniały Morwę najdotkliwszą goryczą, z natury bowiem nie miała do niego skło

Szybko się zorientowała, że jej kompani nie znają dobrze Spichrzy. Mężczyzna chyba bywał tu czasami, bo niezdarnie zmierzał ku pośledniejszym dzielnicom niskiego miasta, gdzie w gospodach mogły jeszcze pozostać wolne miejsca. Kilka razy musiał jednak spytać o drogę i nieomal dał się wywieść w pole małemu ulicznikowi, gdy ten próbował go skierować ku ściekowisku, plątaninie starych kanałów, gdzie gnieździły się bandy wyrostków i najuboższe żebracze szajki. Szarka tymczasem nie odstępowała Morwy o krok. Ladacznica spostrzegła, że ruda nieusta

Może jednak bogowie nie odwrócili się całkiem od swojej pokornej służebnicy, pomyślała, i prawie się uśmiechnęła na wspomnienie imienia, wyłowionego z rozmowy tamtych dwojga dzisiejszego poranka. Na szczęście świetnie je pamiętała i wiedziała, jak obrócić każdą sylabę w szczere srebro – jeśli tylko uda się jej uciec. Dlatego po krótkim namyśle zaprzestała oporu i nawet rzuciła kilka zdawkowych uwag o karczmach, w których mogliby znaleźć przytulisko.

Okazało się to jednak wcale niełatwe. Co zacniejsi oberżyści ani chcieli gadać z oberwańcami, a u i

– Izby wszystkie zajęte, ni igła więcej się nie zmieści – mruknął, wsunąwszy trzos w kieszeń poplamionego, skórzanego fartucha.

– A w alkierzu pani Marszla mi się zalęgła, gamratka przeklęta. Nijak jej popędzić nie mogę, choć pewnie grosza złamanego nie zostawi, bo jest matką komendanta północnej wieży, a z książęcymi nie idzie zadzierać. Jest jeszcze stara drewutnia obok kuchni. Może wam się nada…

Wedle Morwy stara drewutnia nadawała się najwyżej do rozbiórki, jednakże karnie wlazła do środka i razem z i

Tuż nad uchem Morwy zabrzęczała wielka mucha o tęczowym odwłoku. Dziwka miała straszliwą chęć odgonić ją jak najdalej, nie poruszyła się jednak. Leżała nieruchomo także wtedy, gdy owad przysiadł jej na brodzie i bezlitośnie łaskocząc, ruszył w górę po policzku. Kiedy wreszcie odleciał, mokra od potu koszula lepiła się jej do pleców. Ale chyba zdołała przekonać rudowłosą, że śpi głęboko, bo tamta podniosła się bezszelestnie z posłania i ostrożnie odemknęła drzwiczki komórki.