Страница 88 из 130
– Nie wiem, czy to roztropne – zaczął z namysłem Twardokęsek, kiedy jasnowłosa oddaliła się na tyle, że nie mogła ułowić ich słów.
– Za dużo ona – wskazał brodą na Morwę – wie. Niech jutro wyjdzie na jaw, co szczuracy pobroili, a na każdym rogu powroźnicy będą wiedźm wypatrywać. Tymczasem myśmy tu obcy, przy tym szczęśliwie z gór zeszliśmy, choć wielu i
Szarka przysunęła się do ognia.
– Może i lepiej. Ale Morwa była nam życzliwa, a to rzadka rzecz, więc chciałabym jej odpłacić w tej samej monecie, póki mnie jeszcze stać. Jeśli nawet po pijanemu coś wygada, kto nas w ogromnym mieście odnajdzie? Jestem zmęczona – przyznała nieoczekiwanie.
– Ta noc przypomniała mi coś, o czym pragnę zapomnieć. Jadziołek przydreptał do nich niezgrabnym, rozkołysanym krokiem i skrzecząc z cicha, otarł się o cholewę wysokiego buta Szarki. Dziewczyna okręciła dłoń szmatką, by podrapać go po podgardlu. Raptem wydała się Twardokęskowi markotna i zniechęcona. Przyszedł mu na myśl klasztor Cion Cerena i słowa jasnowłosej niewiastki.
Nerwowo potarł opuchniętą skórę na brodzie.
– Naprawdę zwali cię niegdyś Szarka?
– Sharkah – poprawiła bezwiednie. – Tyle że to bardziej przekleństwo niźli imię. Widzisz, zbójco, rodziliśmy się razem z bratem. Ja wyszłam pierwsza, on się udusił. Czemu, jak łatwo wnosić, mało się radowano.
Zbójca nie zdziwił się. W Górach Żmijowych takoż nie świętowano narodzin dziewczynek i w co bardziej odludnych okolicach zdarzało się, że je matki wynosiły na pustkowie, by sczezły w maleńkości, nie narażając rodziców na kosztowne wiano.
Szarka tymczasem oparła brodę na kolanie i zapatrzyła się w wątłe płomyki, pełgające po gałęziach.
– Moi rodzice bardzo się miłowali – odezwała się po chwili. – Pewnie dlatego, że kraj wojna pustoszyła i czegoś się w tym zamęcie pragnęli uchwycić, więc chwycili się siebie. Właściwie byli zaledwie dwójką smarkaczy, tak samo jak i
Zbójca pokiwał głową. Góry Żmijowe takoż miały swe waśnie. Zaślubiny, które zamiast być początkiem pojednania, zamieniały się w krwawe rzezie. Znaczne rody do ostatniego człeka gorzały nocką we własnych domach, pod które podłożono ogień, zaparłszy wprzód drzwi i okna. Znał też kotlinki w lesie, gdzie podczas polowania nie tylko pokorne łanie dawały szyje pod nożem. Tak, pomiędzy Kopie
– I na cóż im wreszcie przyszło?
Szarka przymrużyła oczy.
– Kiedy jatki rozpoczęły się na dobre, najemnicy Dumenerga wywieźli matkę ze stołpu. I wtedy nas urodziła, oboje. Przed czasem i gdzieś w rowie. Z niebem jasno oświetlonym od płonącego zamku, bo w zamęcie rebelianci ogień zażegli. Rodziła pod tą łuną, buntownikom zemstę obiecując. I tam nadała mi imię.
– A wasz ojciec? – zapytał z nagłą łapczywością, świadom, że i w Szarce zeszła noc obudziła jakąś dziwną słabość i jeśli się dziś nie odważy, to być może już nigdy nie zdoła usłyszeć końca jej historii.
– Przy bramie go szafelinami zakłuli jak odyńca. A matkę w rowie musiał Dumenerg zostawić, wykrwawioną. – Podniosła głowę, tęczówki błysnęły jak dwa zielone kamienie i widział, jak w jednej chwili z jej twarzy spływa cała zaduma i smutek. – Dość o tym. Nie podpytuj mnie więcej, Twardokęsek. Dosyć się dzisiaj jeszcze namłócisz jęzorem. I oby tylko jęzorem – dodała ciszej. – Nie mieczem.
Dreszcz uniósł mu na karku resztki opalonych włosków. Aż się lękał dociekać, co też miała na myśli.
– No, ciekawym, na co nam teraz przyjdzie – rzekł zbolałym głosem. – Spichrze podpalim czy szczuraków do miasta wpuścim, czy może tylko księcia łaskawie utrupim?
Szarka rzuciła mu zdziwione spojrzenie spod opuszczonych powiek.
– A skąd ci to we łbie zaświtało? Lepiej gardła własnego pilnuj, żeby ci go ktoś nie poderżnął chytrze. Co prędko się może we Spichrzy przydarzyć.
Twardokęsek zakłopotał się trochę. Pojadł chleba z cebulą, pomilczał posępnie.
– Niełatwo to wyjaśnić – podjęła dziewczyna – ale wciąż mi się zdaje, że słyszę pogoń za plecami, dźwięk rogów i psów granie. Może mnie tylko jadziołek mami i strachem pasie. Ale widzisz, zbójco, ja się chowałam w obławie i polegam na swoich zmysłach. Te zaś podpowiadają mi, że idziemy w pułapkę.
Zbójca przygryzł w zamyśleniu wargę. Bynajmniej nie lekceważył jej obaw, bo podczas długich lat na Przełęczy Zdechłej Krowy również nauczył się ufać przeczuciom. Tym bardziej jednak nie miał ochoty pchać się w obce miasto, zwłaszcza z wiedźmą, jadziołkiem i zwierzołakiem na karku. Nie sądził wszelako, aby Szarka dała się przekonać i umknęła w bezpieczne góry – albo puściła go wolno, skoro taki szmat kraju musiał się z nią wlec.
– Nic i
Rudowłosa się roześmiała.
– I cóż stąd, póki miała kaprys, aby cię obronić i bez szwanku spomiędzy szczuraków unieść? Już ty mi nie bzdurz, Twardokęsek – odezwała się znowu, lecz poważniejszym tonem. – Wciąż słucham, jakie wiedźmy obmierzłe, od bogów przeklęte, a ludziom zatracenie knujące, ale o ich prawdziwej naturze nikt wiele rzec nie potrafi.
– Bo i o czym tu gadać? – burknął z niechęcią zbójca. – Lepiej od razu łeb skręcić.
Szarka puściła jego słowa mimo uszu.
– Tymczasem mnie i
– A z krwi! – zaperzył się zbójca. – Jeno że z tej plugawej, którą co miesiąc zrzucają!
Szarka prychnęła z pogardą.
– To wszystkie byśmy już przeklętnicami były! Nie, Twardokęsek, nie daj sobie zamącić w głowie wiejskim przesądem. Wystarczająco długo siedzieliśmy z wiedźmą w klasztorze, by się w jej naturze rozeznać. I żadnej w niej magii nie spostrzegłam ani do ludzi nienawiści, choć znać, że nielekkie miała życie. Ale tak bywa, choćby i bez czarów. – Uśmiechnęła się do siebie ponuro. – A potem, ostatniej nocy, nagle zaczęła bredzić o ogniu i krwi przelanej… – Przygryzła wargę, myśląc o czymś. – I tak mi się wydaje, że to za przyczyną tych zbójców, których jadziołek nad Trwogą przydybał. Jeden wszak nieledwie na niej zdychał z opuszczonymi spodniami.
– A cóżże za różnica – złośliwie zauważył herszt – czy wiedźma nas wygubi z powodu tej krwi, co z kupra ciecze, czy też i
– Różnica niezawodnie żadna – przyznała Szarka. – Ale gdyby nie wiedźma, pewnie bym się w tej gospodzie na noc ułożyła i by mnie zwierzołacy we śnie zeżarli, z tobą zresztą pospołu.
– No, może nie z dobrego serca tak nas ratowała – odparł zbójca burkliwie. – Widzicie, co tam na podołku piastuje? – pokazał na rudego zwierzaka, uśpionego rozkosznie na kolanach płowowłosej niewiastki. – A to nie kocię wcale, lecz ludojadek przebrzydły.
– Nie może być. – Szarka uśmiechnęła się lekko.
Rozbawienie w jej twarzy natychmiast rozjątrzyło Twardokęska.
– Ludojadek, powiadam – powtórzył z naciskiem. – Znaczy się, zwierzołak, choć z i
– Zatem winieneś mu podziękowanie – zażartowała dziewczyna – albo i mleka miseczkę za ocalenie życia. Starczy o tym, zbójco – rzekła po chwili, poważniejąc. – Nie pozwolę jej odpędzić, choć jasno pojmuję, że nie panuje nad swoją mocą i może na nas ściągnąć nie lada nieszczęście. Ale i
Ziewnęła i przetarła oczy. Twardokęsek dopiero teraz spostrzegł, że powieki ma opuchnięte i zaczerwienione ze znużenia.
– No, dość już. – Okręciła się burą, przetartą derką, niezawodnie zrabowaną obwiesiowi, który miał pecha zastąpić im drogę zeszłej nocy. – Zdrzemnęłabym się krztynę, zanim otworzą bramy, a potem jakoś wkręcimy się do tego kurnika – machnęła dłonią ku cytadeli księcia Evorintha.
– A jakimże to sposobem? – spytał podejrzliwie.
– Bardzo tradycyjnym – odparła se
Kiedy tylko pachołkowie uchylili wierzei, tłum rzucił się ku miastu zwartą ławą. Przemęka przymrużył oczy i z odległego pagórka obserwował, jak rozochocona tłuszcza coraz silniej szturmuje bramy Spichrzy.
– Żalnickie chorągwie wiszą nad cytadelą – zauważył ze zdziwieniem. – Ani chybi Zarzyczka jest w mieście. Dziw, że ją Wężymord luzem puścił. Bo chyba sam tu się z nią nie przywlókł?