Страница 4 из 130
Tym razem bogini mniej płakała. Kazała przyprowadzić strwożonego, zasmarkanego Krzywoszyja, wsadziła mu na łeb obręcz dri deonema i odesłała do świeżo wybudowanego pałacu. O kaźni i pomście za Kretka wcale nie mówiono.
Odtąd stało się tradycją, że z Krain Wewnętrznego Morza zbiegali się na Tragankę wszelkiego rodzaju wyrzutkowie, mordercy, bratobójcy i bluźniercy, by spróbować sił w walce z dri deonemem. Twardokęsek zastanawiał się nawet, czy samemu nie stanąć do pojedynku. Kusiło go po trochu, bo zwycięzca spędzał dnie na próżnowaniu w przeogromnym pałacu, otoczony gromadami pięknych dziewcząt i niewolnikami, którzy starali się odgadnąć jego życzenia. Po namyśle wszakże zrezygnował. Chętnych do walki bowiem nie brakowało i dotąd żaden zwycięzca nie cieszył się łaską bogini dłużej niż pół tuzina lat. A choć dri deonema tytułowano najwyższym władcą wyspy i ukochanym Fei Flisyon, poza murami pałacu nie miał żadnej władzy, bo ta odwieczną tradycją przynależała kapłanom. Ponadto zbójca wcale nie pragnął zawrzeć bliższej znajomości z Zaraźnicą. Bogini była jak wszystkie baby kapryśna i przewrotna, tedy za byle jaki występek mogła go pokarać parchem albo wstydliwą chorobą.
Przesiadywał zatem w gospodach i na placach, gdzie w chłodne przedwiose
Wiedział, że zakonem Fei Flisyon rządzi Mierosz, a w karczmie starego Stulichy podają najlepszą w mieście jałowcówkę; jej smak przywodził mu na myśl rodzi
Wynajął dom, kupił stateczny ciemny kaftan, aby wyglądać na zamożnego mieszczanina, a pewna praczka dwa razy w tygodniu przynosiła mu pod wieczór świeże odzienie i za niewielką dopłatą zostawała na noc. Upatrzył sobie nawet ponętną wdowę, piekarkę z dwojgiem drobnych dzieci. Zbyt młodej żony nie chciał – jak świat światem, chytre kozy zwodziły dojrzałych mężów i chyłkiem zmieniały ich w rogaczy. Wdowa zaś miała krągłe, lecz wciąż jędrne ciało i długi jasny warkocz, który upinała wysoko jak kobiety z wiosek na skraju Gór Żmijowych. Podobała mu się. Zachodził do niej coraz częściej, czasami przynosił łakocie dla dzieci i sądził, że piekarka przychylnie przyjmuje jego zaloty. Kiedy dni stały się cieplejsze, powoli zaczął wierzyć, że pod łaskawymi rządami Fei Flisyon i jej namiestnika Mierosza zdoła sobie wyszykować bezpieczne, spokojne życie.
Wszystko jednak potoczyło się zupełnie inaczej.
Tamtej nocy wiał paskudny wiatr. W karczmie u Stulichy tkwiła zaledwie grupka stałych bywalców. Twardokęsek znał ich z widzenia, lecz nie kwapił się do pogawędki, bo jako człowiek rozważny rzadko otwierał gębę niepytany. Swoim zwyczajem zaszył się w kąciku, gdzie obmacywał ryżą poslugaczkę i popijał jałowcówkę.
Na stołeczku przy palenisku rozsiadł się mizerny człowieczek. Suszył przy ogniu ciżmy, pociągał z garnca i gadał. Zbójca spotykał go wcześniej, był to dobry znajomy karczmarza, a wołali go Krupa. Ponoć niegdyś służył w świątyni Morowej Pa
Prawdopodobnie tylko dla starej znajomości gospodarz wciąż cierpiał jego obecność. Póki trzeźwy, Krupa miarkował się jako tako i powściągał nienawiść do kapłanów i bogów, pijany wszakże zaczynał głośno ich przeklinać, wygłaszając coraz gorsze herezje. Dzisiaj widać powiodły mu się interesy w porcie, bo zdążył się już dobrze oszołomić.
– Po niebie oni wtedy chadzali gładko jak krowy po łące – mówił. – Gwiazdy rozpalili według porządku, aby ludziom świeciły, i słonko, by ich grzało. Dobry był czas, jadła dostatek wszelaki, ludzie z bogami pospołu żyli.
Na wpół zamroczeni rybacy przycichli nad poszczerbionym stołem. Z rzadka tylko jeden czy drugi potrząsnął głową. Gdyby noc była cieplejsza albo oni trzeźwiejsi, zapewne uciekliby co prędzej, aby wicher znad morza wywiał im z uszu bluźnierstwa Krupy. Dziś jednak chłód ich zobojętnił, a gorzałka otępiła, słuchali zatem bez zadziwienia, jakby rozprawiał nie o bogach, lecz o jakichś niezwykłych baśniowych rybach, których nigdy nie sięgną swoimi sieciami.
– Później wszakoż ci, którzy stworzyli świat, a było ich pięcioro, rozeszli się i oddalili od siebie – ciągnął Krupa – gdyż powstał wśród nich spór za sprawą tego, który spętany spoczywał w otchłani. W zapalczywości swej jęli bez miary tworzyć stwory poczwarne a silne, i nazywali je Dziećmi Gniewu. Najpotężniejsza z nich zaś była A
Rudowłosa dziewka wzdrygnęła się na kolanach Twardokęska. Zbójcę też trwoga zdjęła, ale i niechętny podziw dla Krupy, bo w Krainach Wewnętrznego Morza mało kto ważył się wspominać przeklęte imię A
– Podarowano jej skrzydła jasnopióre, by ją po niebie niosły, a także – na własną i i
Zbójca Twardokęsek przymknął oczy, owładnięty tą dziwną, bluźnierczą gawędą. W Górach Żmijowych też znano imię A
Tak właśnie witano wiosnę w Górach Żmijowych. Nie sądził jednakowoż, aby ktokolwiek, nawet Krupa, słyszał o tym zwyczaju, w którym więcej było prześmiewczej radości niż trwogi przed bogami. Zbójca zdążył już spostrzec, że ludzie na Tragance poważniej niż w Górach Żmijowych i z większym respektem traktowali sprawy bogów.
– Wtenczas bogowie spuścili z nieba deszcz ognia i siarki. Dzieci Gniewu rozbiegły się struchlałe, szukając schronienia w podziemnych grotach. Lecz szaleństwo i pycha A
Strach wielki tedy padł na Stworzycieli, gdyż wiedzieli, że w owym ostrzu drzemie ich zagłada.
– A bodajby suka sczezła! – mruknął ktoś twardo i nader bogobojnie.
– Szaleństwo A
Dlatego zatem, pomyślał nerwowo Twardokęsek, kapłani kazali oćwiczyć Krupę i wygnali go precz ze świątyni. Zaiste, zbezczelniał ponad miarę, skoro jawnie spotwarza bogów Krain Wewnętrznego Morza i oskarża ich, że stanęli po stronie A
Nic, trzeba się zbierać, pomyślał, wysupłując z sakiewki półgroszówkę. Kapłani nie puszczą podobnych bluźnierstw płazem, a licho nie śpi. Wiatr dziś od Pomortu wieje i nie wiedzieć, co on nam przynieść może. Kto teraz dojdzie, jak ze Stworzycielami było? Za to dobrze wiadomo, że ani z kapłanami zadzierać nie warto, ani z bogów sobie nieprzyjaciół czynić. Nie ma co, czas sobie i
Długo jeszcze miał potem wspominać, jakie sobie plany roztropne obmyślił. Tyle że nazbyt późno, bo najwyraźniej strażnicy świąty
I tak się zaczęły kłopoty Twardokęska.