Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 3 из 130

Ptak znów krzyknął, nagląco, chrapliwie. Twardokęsek schwycił buty i ściskając w ręku pyszne cholewy ze świńskiej skóry, ruszył pomiędzy uśpionymi kamratami w głąb jaskini, gdzie za stertami pogruchotanych kufrów ukryto niewielką, okutą żelazem skrzynkę ze zbójeckim skarbem. Sporo czasu przeszło, jak ostatni raz powieźli łup do miasteczka, gdzie znajomy lichwiarz skupował od nich co ce

Świt zastał go na ścieżce, dobrze poniżej Przełęczy Zdechłej Krowy. Zdążył rozłupać kuferek i cisnąć szczątki w rozpadlinę, a zawiniątko z klejnotami i złotem mile pobrzękiwało mu na plecach. Maszerował raźno przed siebie, pogwizdując pod nosem skoczną piosenkę. Zamierzał znaleźć jakąś słoneczną, zaciszną kotlinkę na południowym stoku Gór Żmijowych, nieopodal miejsca, gdzie się niespełna cztery tuziny lat wcześniej urodził w wymarłej już kopie

Był pewien, że wszystko ułoży się jak najlepiej.

Ale oczywiście się nie ułożyło.

Wiedział, że jest sławny, lecz po tym, jak w pierwszej karczmie przy trakcie zobaczył swój konterfekt przybity na drzwiach, skóra mu ścierpła na grzbiecie. Nie miał czego szukać w dziedzinie księcia Evorintha, gdzie ładnych parę lat temu wyjęto go spod prawa i gdzie każdy człek mógł go ubić bez najmniejszej kary. Podążył więc na południe, stroniąc od ulubionych zbójnickich ścieżek, był bowiem pewien, że kamraci nie puszczą mu płazem zdrady i rabunku.

Nie spoczął, póki nie dotarł do Zarzynia, ludnego miasta na samym skraju Gór Żmijowych. Najął izbę na tyłach klasztoru Cion Cerena, gdzie starodawnym zwyczajem udzielano schronienia wędrowcom, i chciał trochę przeczekać. Niby odsądził się szmat drogi od Przełęczy Zdechłej Krowy, ale wciąż miał wrażenie, jakby dawni kamraci następowali mu na pięty. I nie zwiodło go przeczucie.

Nim minęło kilka dni, począł się za nim snuć jednooki żebrak, co była rzecz normalna, jako że w miastach roiło się od wszelakiego rodzaju nędzarzy. Jednakże ten jałmużnik nie pchał się przed oczy ani jękliwym zawodzeniem nie dopominał się datku. Przeciwnie, popatrywał z dala na herszta, kryjąc się za węgłami. Nie odchodził go wszelako na krok i Twardokęsek wnet pojął, że pilnuje go tylko w oczekiwaniu na nadejście wspólników. Zwyczajnych miejskich rzezimieszków zbójca się nie lękał, ale podejrzewał, że może to być jeden ze szpiegów Mroczka, których ten miał rozsianych po całych Górach Żmijowych.

Zasadził się na jednookiego dziada po zmroku. Schwycił go za gardło i zadusił jak kokosz, wycisnąwszy z niego wprzódy wyznanie, że istotnie z Przełęczy Zdechłej Krowy poszła w świat wieść o przeniewierstwie herszta i naznaczono na jego głowę nagrodę. Dawni kamraci okazali się hojniejsi nawet niż książę Evorinth, który obiecywał za rabusia trzos szczerego złota. Mroczek z Uchaczem rozesłali wici, że kto by pojmał Twardokęska, zatrzyma cały zrabowany przezeń skarbiec – oczywiście jeśli zdoła go od niego wydobyć.

Twardokęsek nie był głupcem. O zbójeckim szczęściu i bogactwie szajki z Przełęczy chodziły szeroko legendy, szybko więc pojął, że odtąd każdy złodziej i przestępca zacznie dybać na jego życie. Nie ukryje się w Górach Żmijowych. Wykopią go choćby spod ziemi, nie teraz, to za rok, dwa albo pięć, kiedy już prawdziwie posunie się w leciech i osłabię. Wówczas przyjdą po niego nocką, pojmają i będą męczyć tak długo, póki nie wyda miejsca ukrycia skarbu.

Jeszcze tej samej nocy powędrował zatem dalej na południe, ku morzu. Nierad opuszczał znajome strony, ale w pierwszym porcie wlazł na statek płynący na Szczeżupiny, archipelag rozciągnięty wzdłuż wschodniego krańca Gór Żmijowych, i szczęśliwie wylądował na Tragance. Co prawda bogini Szczeżupin, Fea Flisyon od Zarazy, nie cieszyła się najlepszą sławą, jednak Twardokęsek nie był szczególnie pobożny. Każdej wiosny odprawiał świąteczne ceremonie, lecz nie oczekiwał zbyt wiele w zamian. Wiadomo, jak jest z bogami.

Stolica Fei Flisyon spodobała mu się od pierwszego wejrzenia. Podczas przeprawy nieomal wyrzygał wnętrzności, ale teraz szerokie morze odgradzało go od Mroczka, Uchacza i księcia Evorintha, a także wszystkich i

Miasto okazało się prawdziwie wielkie, światowe. Do portu przybijały statki ze wszystkich stron i języki Krain Wewnętrznego Morza mieszały się na nabrzeżu z narzeczami południowych równin i chrapliwą mową Pomortu. Przez portową bramę wychodziło się na trakt wiodący przez kupieckie dzielnice aż do głównej świątyni bogini i dalej, do jej siedziby na Białogórze. Po jego obu stronach wymurowano wieżyce z jasnego kamienia. Z ich szczytów sinoborscy najemnicy z łukami w ręku nieusta

– Nasza bogini nie jest woje

Stanowiło to wszelako jedynie część prawdy. Istotnie Fea Flisyon obojętnie znosiła wrzaski przekupniów, obelgi pijanych marynarzy, odór gnijących ryb i sztormy zsyłane na jej brzeg przez szaloną morską boginkę, Sandalyę. Ale też nikt bez potrzeby nie narażał się bogini, zwanej przez pospólstwo Zaraźnicą lub Morową Pa

Z początku Twardokęsek czuł się trochę nieswojo na myśl, że oto tkwi tuż pod bokiem Zaraźnicy, kapryśnej i okrutnej jak wszyscy bogowie Krain Wewnętrznego Morza. W jego rodzi

Jednak ladacznica, przed którą po pijanemu wydał się nieopatrznie z lękiem, wykpiła go okrutnie.

– Nie masz lepszej pani nad Zaraźnicę – rzekła pobłażliwie, kiedy już leżał strudzony, z głową opartą o jej podołek. – Nie miesza się w zatargi bogów ani w walki śmiertelników. W mieście raczej nie bywa, tyle że raz czy drugi przejdzie się nocą po ogrodach. Nie będzie bardziej szukać spotkania z tobą niż ty z nią. Zresztą najgorsze plagi spuszcza na cudzoziemców, nas od zarazy chroniąc. Prędzej już kapłanów trzeba się wystrzegać. Ci jednak są zwykli ludzie i jak wszyscy swego zysku patrzą.

Zbójca uznał słuszność jej słów i postanowił trzymać się portowych dzielnic, póki nie rozglądnie się trochę i nie nasiąknie miejscowym obyczajem. Przeczuwał, że wszystko jest tutaj dziwne i nowe, odmie

W dziedzinie księcia Evorintha krążyły najdziwniejsze pogłoski o dostatku Wysp Szczeżupińskich i osobliwej chciwości miejscowego kapłaństwa, nade wszystko zaś o dziwacznym prawie, wedle którego władcą Traganki i oblubieńcem bogini zostaje za każdym razem najtęższy z wyrzutków i morderców, którzy zechcą się ubiegać o jej przychylność. Oczywiście zbójca znał dobrze opowieść o niesławnych początkach tego zwyczaju. Podobno niegdyś, gdy Szczeżupiny były młode i dzikie, Kretko z Traganki ubił pierwszego kochanka Zaraźnicy zwanego Dri Deonemem. Na wieść o śmierci kochanka bogini podniosła wielki lament. Pół miasta przetrzebiła pomorkiem, potem jednak nieco się opamiętała, po części zapewne dlatego, że jej poddani gwałtem pakowali dobytek na łodzie i straszyli emigracją. Zwołała wiec w miejscu, gdzie potem pobudowano pałac, i ku powszechnemu zdumieniu ogłosiła, że nowym wcieleniem jej zmarłego kochanka jest tenże Kretko, co go zaszlachtował. Na znak swej woli włożyła mu na głowę obręcz, która stanowiła jej pierwszy podarunek dla ukochanego, a w której, jak gadano, zaklęto część boskiej mocy. Następnie zaś oddaliła się na Białogórę, przestrzegając wszelako przed odejściem kapłanów, aby szanowali Kretka i nie nastawali na jego życie, jeśli chcą zachować jej łaskę.

Co rozumniejsi z tragańskich mieszczan pukali się w czoło na taki obrót spraw, lecz nikt nie zamierzał się sprzeciwiać bogini, zwłaszcza że Kretko, roztropny sinoborski skrytobójca, nie mieszał się ani do handlu, ani do teologii. Czas jakiś na Tragance panował spokój. Kretko budował pałac, z pomocnikami murarskimi grywał w kości, nocami zaś pił po gospodach. Niekiedy szedł na górę do Zaraźnicy; co tam czynili, nie chciał gadać, ale wielce sobie chwalił służbę u nieśmiertelnej pani – póki Krzywoszyj, rzeźnicki pomocnik, który wedle bramy konie rzezał, nie ugodził go zdradziecko nożem podczas kłótni o wdzięki kaprawej pomywaczki w gospodzie Pod Rozbrykanym Kucem.