Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 48 из 58

– W krajach muzułmańskich za kradzież amputuje się łapska, to jedyny skuteczny sposób – rzucił Bochenek. – Szkoda, że u nas się tego nie robi.

– U nas nie można, bo posłowie nic mieliby czym wciskać guzików do głosowania na sali sejmowej, kutasami przecież nie sięgną – parsknął Serenicki.

Porwała ich wspólna głośna wesołość, i Mariusz się zrewanżował:

– Wy też robicie morowe rzeczy. „Carat” Kucharzewskiego szedł tu jak świeże pieczywo, zresztą każda wasza edycja to bestseller i wśród emigracji, i w Polsce. Fajnie, że chcecie stworzyć tam sieć własnych księgarń.

– Księgarenek – uściślił Serenicki. – To są trudne problemy, kwestie prawne, lokalowe, marketingowe, dopiero się uczę tego.

– Wszyscy się uczymy tych rynkowych chwytów! – przytaknął Bochenek. – Kiedy zaczynałem wydawać „Gza”, byłem zielony, zupełnie zielony. Teraz jestem dla nowicjuszy w branży profesorem.

– To samo ze mną i z Klarą, gdy chodzi o problemy redakcyjne, bo problemy rynkowe to i

– W Polsce bywali wielbiciele „Pana Tadeusza” , którzy…

– Tak, bywają maniacy – zgodził się Jan. – Ale to poezja, zresztą dziewięćdziesiąt dziewięć procent uczących się jej na pamięć wkuwa tylko fragmenty poematu. Ja również cytuję z pamięci kilkanaście drobnych fragmentów dzieł Szekspira, te kawałki, które mi bardzo przypadły do gustu.

– Słyszałem, że jest pan szekspirologiem, i że chętnie przeniósłby się pan w czasy twórcy „Hamleta”- mruknął „Zecer”.

– Bzdura! – zaprzeczył Serenicki.

– Nie jest pan szekspiroznawcą?

– Jestem, hołduję Billa ze Stratfordu jako superartystę i supermędrca, ale nie chciałbym przenosić się w czasy, kiedy nie było mydła i pasty do zębów. Już prędzej w erę Romantyzmu, do Oksfordu, żeby zostać uczestnikiem debaty o przewadze oksfordczyka Shelleya nad cambridżystą Byronem lub vice versa. Rok 1829. Publiczność oksfordzka, przez grzeczność wobec szanownych gości z Cambridge, uznała wyższość Byrona.

– Tak jak dzisiaj w kraju przez grzeczność wypada chwalić kapitalizm, lecz mnóstwo ludzi go wyklina, bo Balcerowiczowi zawdzięczają, że utracili robotę, albo że stopa życiowa obniżyła im się do kolan lub do samych stóp. Gorzki smak zdobytej wolności…

– Prędzej czy później musi przyjść pewna poprawa – rzekł Janek. – Gdy już wszyscy ważniacy ukradną „pierwszy milion” , kapnie coś i dla frajerów, i dla plebsu, dla każdego. Historiografia przyszłych generacji będzie się dużo bardziej interesowała dzisiejszą rewolucją obyczajową niż polityczną czy gospodarczą. Że to jest główny przewrót, a nie „Solidarność”, Mur Berliński i upadek Rosji Sowieckiej – zrozumiałem redagując nową edycję „Od białego caratu do czerwonego” . Kucharzewski wspomina tam kilkakrotnie rosyjskiego filozofa, Władimira Sołowjowa, który przed końcem XIX wieku wydał kilka prac teozoficznych. Pożyczyłem je i studiowałem. U nas pierwsza została chyba wydana „Krótka powieść o Antychryście” , w 1924 roku. Sołowjow, notabene polonofil, prorokował makabryczny XX wiek i to, że kiedy ze schyłkiem XX wieku świat ogarnie kulturowo-obyczajowy nihilizm – rządzić będzie ludzkością „Uśmiechnięty Szatan” , „Dobrotliwy Truciciel” , „Serdeczny Antychryst” , ideał kusicielskiego przewodnika: pacyfista, humanista, filantrop, ekolog, wegetarianin, miłośnik natury i dialogu, przyjaciel ludzi i zwierząt, ascetyczny uczony i bezinteresowny dobroczyńca, „Mesjasz Tolerancji” , krzewiący wyrozumiałość totalną, dla wszystkich, dla prawych i dla nieprawych, lansujący moralność uniwersalną, ponadreligijną, koniecznie oczyszczoną z metafizyki i teologii katolicyzmu, ba, nawet dostrzegający Jezusa Chrystusa, lecz krytykujący Go jako biblista i mentor za zbyt restrykcyjny Dekalog, który tworzy podziały miast jednać ludzi, jednać braterskim uściskiem, niewykluczającym nikogo prócz wrogów wszechtolerancji i wszechhumanitaryzmu. Antchryst Mediator, nowy, modernistyczny Zbawiciel nowego, wszechwyzwolonego świata… Pomyśleć, że Sołowjow widział go już sto lat temu jako siłę nam współczesną!

Ten bulwersujący przypadek celnego chronologicznie profetyzmu, plus problem współczesnego rozprzężenia obyczajów, nie zainteresowały wszakże „playboya” Bochenka. Zmienił szybko temat na subkulturową grypserę, reklamując wydawcy więzie

Pierwszą po wyjeździe z ojczyzny wizytę w tejże Jola Nowerska złożyła latem roku 1996. Brat Joli, Zygmunt Kabłoń, któremu regularnie wysyłała z Londynu funty, uwiadomił ją telefonem o śmierci tatusia, Euzebiusza Kabłonia („króla jabola” ), żądając, by opłaciła i zaszczyciła ceremonie funeralne. Wzięła ze sobą dwóch mężczyzn jako bagażowych: swego małżonka, Witolda Nowerskiego, i swego kochasia, Denisa Duta. „Gulden” Wendrychowski również chciał jechać, ale wykluczyły go ze składu kontuzja nogi i męki rehabilitacyjne.

Uczestników pogrzebu była garstka, kilkanaście osób, więc stypa nie była tłoczna, za to miała nostalgiczną atmosferę. Rzewnie bowiem wspominano nieboszczyka, mniej wszelako degustatora tanich win, tylko nieboszczyka systemowo-ustrojowego, który zmarł siedem lat wcześniej, a nosił imię PRL-u. Co prawda towarzystwo nie należało do wielomilionowej rzeszy „przegranych” (czyli tych obywateli III RP, którym tzw. „transformacja ustrojowa” zrobiła przysłowiowe „kuku” ), lecz nostalgiczną tęsknotę biesiadujących wzbudzały kwestie, które można określić mianem prestiżu, lub, bardziej swojsko, „szpanu”. Wszystko zaczęło się od samochwalby Bronka Kohuta, eksdzielnicowego MO, który robił teraz w firmie ochroniarskiej i na brak „kasy” nie mógł narzekać. Przytaknął mu Longin Głowiński, dawny mistrz kradzieży metali kolorowych noszących fałszywą etykietkę „złomu” , a teraz właściciel warzywniaka targowiskowego. Kilku i

– Wie pan, panie szanowny… Nie, żebym narzekał, ale dziś pieniądz nie daje tyle satysfakcji, ile dawał za komuny, chociaż, prawda, gorzej się wtedy żyło. Ale z jakim fasonem, kiedy człowiek zafarcił!

– Nie rozumiem… – powiedział Dut.

– A co szanowny pan jara? – spytał Kohut.

– Camele.

– No i pięknie. Ja to palę Stuyvesanty. Mogę je dzisiaj kupić na każdym rogu, grosze kosztują. Wtedy kupowało się je w Peweksach, albo też na czarnym rynku. Smakowały dużo lepiej, tysiąc razy lepiej, a wie pan szanowny dlaczego? Bo niewielu było stać. Wszyscy dookoła palili różne śmierdziuchy, Sporty i Ekstra-mocne, ci elegantsi Carmeny i Piasty, też gówno do kwadratu. Jak człowiek zdobył Camela, to był panisko, hrabia, baron. Fajnie się tak czuć.

Dut zrozumiał. I przypomniał sobie, że za młodu był tak właśnie uprzywilejowany na okrągło, bo jako syn wysokiego aparatczyka PZPR-u miał wszystko czego dusza zapragnie. Ale przy tym stole, przy tym żałobnym posiłku, nie ujawnił, że do czasu ukończenia studiów praktykował i obserwował peerelowski rytuał szpanowania na elitę konsumpcyjną, gdyż ta tematyka dialogu dużo bardziej go rajcowała niż wcześniejsze ględy o pogodzie i o mrożeniu wódki. Zgrywał więc „pierwszego naiwnego”:

– To ciekawe, proszę panów. Chyba nie tylko zachodnia nikotyna dawała tę satysfakcję ludziom posiadającym waluty, ale też…

– Wtedy się mówiło: „dewizy” - uświadomił go Zygmunt Kabłoń, lejąc wysokoprocentowy alkohol do kieliszków z kryształu czeskiego rżniętego.

– Sranie w banię! – zaprotestował Klemens Piekarz, ajent stacji benzynowej. – Mówiło się też: „waluty” , mój kumpel Rycho był nie tylko „cinkciarzem” , ale i „waluciarzem” , obsługiwał hotelowe cipy dla cudzoziemców.

– Pewnie, przecież mówiło się i tak, i tak – rozsądził Głowiński. – A szlugi, kurdele bele, to nie był jedyny szpan, bo dobra wędlina, i odżywka czy zabawka dla dziecka z Peweksu, i każdy zachodni ciuch dla baby, szmata z komisu czy z Różyca albo i