Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 31 из 37

Mokra, jakby nawilżona mikroskopijnymi, unoszącymi się w powietrzu kropelkami wody szarość powoli ustępowała miejsca coraz ciemniejszym odcieniom zapadającego zmroku. Światła nielicznych jeszcze neonów odbijały się w pozostałych po niedawnym deszczu drobinach wody na szybach. Stojący za barem wysoki Murzyn zapalił światło we wnętrzu pubu. Wytarł już ostatnią szklankę i apatycznie przyglądał się nielicznym gościom przy stolikach. Widząc ruch ręki mężczyzny w galowym mundurze, który siedział w najciemniejszym kącie, niechętnie otworzył przejście w kontuarze i wolnym, stara

– Jeszcze raz whisky – powiedział Fargo.

Miał nadzieję, że ciało marynarza, które „wypożyczył”, bez szwanku zniesie dodatkową porcję trunku. Na początku wypił sporo, żeby uspokoić nerwy. Popełnił błąd. Może i słusznie uznał, że na takie spotkanie lepiej udać się jako kto i

Podniósł do ust przyniesioną przez barmana szklaneczkę i upił mały łyk. Potem spojrzał na ogromną tarczę wiszącego na ścianie zegara. Wielogodzi

Drgnął, słysząc odgłos otwieranych drzwi, i po raz pierwszy w tym dniu poczuł ulgę. Od razu rozpoznał tego człowieka. Wysoka prosta postać, siwe włosy okalające twarz naznaczoną jakby stygmatem zmęczenia czy zniechęcenia, długi, nie pasujący do wieku krok… Paul Keldysh nie zmienił się zbytnio. Przynajmniej z wyglądu, bo w przeciwieństwie do zapamiętanego obrazu brakowało kilku cech. Gdzieś znikła promieniująca na wszystkich pewność i determinacja. Wielka kultura, jeśli można użyć tego określenia, nie zgasła co prawda, ale z trudem przebijała spod nowego, nie wiadomo przez kogo narzuconego pancerza.

Keldysh powoli podszedł do baru i ze swobodą bywalca zajął jedno z wysokich krzeseł.

– Proszę ale – stara

Pił powoli, w skupieniu, jakby roztrząsając coś przy tym w myślach. Emanował z niego smutek. Idealnie czysty, odprasowany garnitur nosił ślady długiego używania. Sweter, który miał pod spodem, i krawat również nie były nowe. Fargo zdał sobie nagle sprawę, że żal mu tego człowieka. Żal mu kogoś, przez kogo nie był teraz statecznym obywatelem. Uważnie rozejrzał się po sali. Odczekał chwilę i kiedy tylko pochwycił wzrok stojącego za barem Murzyna, „wstrzelił się” w niego. Tak przykra na początku nagła ciemność i uczucie pędu nie robiły już na nim wrażenia. Spoza szerokiej lady baru spojrzał z niepokojem na siedzącego w kącie marynarza. Bał się, żeby jego reakcja nie zwróciła uwagi Keldysha. Tamten, jak wszystkie ofiary psychicznych manipulacji, najpierw uporczywie potrząsał głową, a potem w szoku rozglądał się wokół. „Cholera, żeby tylko nie zaczął krzyczeć” – pomyślał Fargo. Wzrok marynarza padł na stojącą przed nim szklaneczkę z whisky. Na ustach pojawił się nagle cień uśmiechu, wzruszył ramionami i wychylił ją jednym haustem, po czym trochę chwiejnym krokiem ruszył do wyjścia.

Fargo odruchowo się uśmiechnął. Napełnił z beczki wysoką szklankę i podszedł do Keldysha.

– Jeszcze jedno?

Siwe brwi uniosły się w zdziwieniu.

– Nie. Dziękuję.

– Na koszt firmy. Proszę.

Postawił przed nim oszronione szkło. Stalowe oczy utkwił na wysokości jego twarzy.

– Myślę, że pod nieobecność gospodarza możemy trochę narozrabiać.

– Nieobecność gospodarza? – Keldysh opuścił głowę, dotykając obrzeża jednej ze swych pustych szklanek. – O czym ty mówisz?

Fargo wykrzywił swą czarną twarz.

– Ja, Murzyn Bob mówić, że już nie chcieć być dalej Murzyn. – Zmienił nagle ton. – Przecież pan doskonale wie, z kim pan rozmawia.

Keldysh ciągle tkwił w tej samej pozycji. Nie drgnął ani jeden jego mięsień.

– Czego jeszcze ode mnie chcecie? – spytał. – Wszystko ucichło i nadszedł już czas, żeby wykonać wyrok?

Fargo zrozumiał nagle, na co dawny szef wywiadu czeka.

– Nie, proszę pana. Nie widzieliśmy się tyle lat, więc wpadłem, żeby pogadać.

– Kim jesteś?

– Ly

Żadnej reakcji. Nagle pytanie:

– Jak się nazywał łącznik, z którym rozmawiałeś ostatniej nocy przed wyjazdem z Londynu?

– Nie pamiętam. Wiem tylko, że miał na imię… – stary lis już zaczynał się uśmiechać drwiąco – Elaine.

– Chryste! – Keldysh podniósł głowę tak szybko, że można było się obawiać o kości dźwigające czaszkę. – Ly

Zapadła długa cisza.

Keldysh zdołał się opanować dopiero po kilkudziesięciu sekundach.

– Myślałem, że nie żyjesz – powiedział tak spokojnym głosem, jakby prosił o następne piwo.

– Niewiele brakowało.

– Co robiłeś przez tyle lat?

– To naprawdę długa opowieść.

Keldysh dyskretnie rozejrzał się po sali.

– Słuchaj, Fargo. Fakt, że istniejesz, to dla nas niezwykła, jedyna i niepowtarzalna szansa. Nie możemy jej zmarnować za żadne skarby – w jego głosie nareszcie odezwała się nuta, której brakowało u odnalezionych po latach znajomych. – Chcę, żebyś to dobrze zrozumiał. Chcę też wiedzieć, czym dysponujesz.

– Odnalazłem jednego z ludzi przydzielonych mi do ochrony.

– Którego?

– Kena Sienę.

Keldysh wyraźnie odetchnął.

– Ale on jest jakiś dziwny – kontynuował Fargo. – Do jasnej cholery, czy pan wie, jak on wygląda?

– Wiem. On ci pomoże, Ly

– Ale… nie wiem, czy można mu ufać…

– Można. Bardziej niż sobie samemu – odwrócił głowę i nagle zmienił temat. – Bob rzadko rozmawia z klientami – szepnął. – Bądź wyraźnie znudzony.

Fargo zabrał opróżnioną szklankę, przyjął stara

Keldysh wyszedł na chwilę do toalety, a gdy wrócił, zajął swoje stałe miejsce przy kontuarze baru.

– Wracając do Sieny. – Naczynie z piwem osłaniało usta mówiącego. – On zrobi wszystko, co mu każesz.

– Myśli pan, że ja się nadaję na faceta, który sypie wyrokami śmierci jak z rękawa?

– Nie o to chodzi. Sam zrozumiesz.

Jeden z gości podniósł rękę na znak, że chce płacić. Keldysh rzucił okiem na stojące na jego stoliku naczynia.

– Funt dwadzieścia – szepnął. – Nie pomyl się.

Nim Fargo po minucie wrócił na miejsce, siwy mężczyzna na wysokim stołku miał już poukładane w głowie wszystko, co chciał powiedzieć.

– Patrz w i

– Gdzie?

– Nie mam pojęcia. Pewne poszlaki wskazują na południe Anglii… Ten człowiek dysponuje dużymi możliwościami, nie takimi jak niegdyś Fulbright, ale jest dostatecznie zabezpieczony, by zapobiec próbie „wstrzelenia się” do jego ciała kogoś i

Fargo otarł twarz. Wzdrygnął się, zanim przypomniał sobie, dlaczego ręka jest czarna.

– Teraz niech mnie pan posłucha – powiedział cicho, ledwie otwierając usta – Jestem śmiertelnie chory i…

– Ty, chory? Nie żartuj, chłopcze.

– Do jasnej cholery, przecież nie mogę „wstrzelić się” w czyjeś ciało na całe życie. Początkowo stłumiona tamta świadomość pomiesza się z moją i… – Odruchowo machnął ręką. – Tak napisano w tym pańskim podręczniku.

– Zastanów się nad… – Twarz Keldysha przeszył nagły skurcz. – Zaraz, skąd wiedziałeś, że mnie tu znajdziesz?

– Od Clancy’ego.

– On pracuje dla nich.

– Wiem. Powiedział mi to pod lufą rewolweru.

Uspokojony Keldysh skinął głową.

– Skoro tak… Dobrze, że ten drań nie żyje.

Fargo przełknął ślinę.

– Obawiam się, że jeszcze żyje…

– Co?!

– On…

– Chryste… Jeśli on żyje, to cały ten burdel jest obstawiony. – Po raz pierwszy na jego dystyngowanej i zwykle opanowanej twarzy zagościło zdenerwowanie, z trudem walczył, by nie podnosić głosu. – Clancy był monitorowany telepatycznie. Musisz uciekać…

– Ale…

– Zjeżdżaj stąd. Natychmiast. – Keldysh rozumiał doskonale, że nie wolno krzyczeć na kogoś, kto jest amatorem w swoim fachu, żeby nie odebrać mu resztek pewności siebie. – Słuchaj, Ly

Widząc wahanie na czarnej twarzy, prawie krzyknął:

– Ratuj się wreszcie! Zjeżdżaj!

Fargo „wstrzelił się” w przechodzącego za oknem człowieka w momencie, gdy poczuł pierwsze znajome oznaki mrowienia za uszami. Zaraz potem przeniósł się do kogoś i