Страница 14 из 98
Nie było sensu, żeby się rujnowała na detektywów -sam podałem jej adres. Prosiłem o noc, i przyjechała nocą. Czekałem pod werandą. Zaparkowała kilkanaście metrów dalej, żwir chrzęścił pod oponami wolno toczącego się luuca, głośniejsze były świerszcze. Ona wysiadła – i to już było za blisko. Och, wcale nie jest taki przystojny, jak sobie wyobrażałam. No, co za ponura mina, twarz jak zamrożona. A uśmiechnij się. Eee. No, dziewczyno, wciągnij brzuch, pierś do przodu. Nie ruszy się? Nawet nie mrugnął. Róbmy dobrą minę, róbmy dobrą minę. – Nie musisz się tak wysilać – rzekłem jej. – O co ci chodzi? – zmarszczyła brwi, zatrzymując się krok ode mnie. Jej myśli zalewały mnie wodospadem brudu. Strach: a jak rzeczywiście telepata, a jak czyta, jak widzi, jak czuje…? I: co ja tu robię, przecież ja go nie znam. I: nie myśleć o tamtym, tylko o tamtym nie myśleć. Tamto: jej seksualne fantazje, gdy tutaj jechała. Mój abstrakt z twarzami jej kochanków, rytuały upokorzenia, reminiscencja z dzieciństwa, spokój w ramionach ojca. – Nie jestem twoim ojcem – powiedziałem. Zachłysnęła się. Strach, strach, strach. Mimowolnie – krok w tył. Czerń bucha mroczną fonta
Potem zadzwoniła tylko raz, mniej więcej po tygodniu.
– Teraz wiem, czym miłość nie jest -powiedziała.
Odezwał się sygnał w jej kolczyku i doktor Vassone odłożyła ledpad. Ścisnęła pierścionek.
– Przekazałem pani propozycję. Nie odmówił z góry. Jest potwierdzenie przelewu honorarium. Dziękuję.
– To ja dziękuję.
Prawie natychmiast kolczyk odezwał się ponownie.
– Mamo?
– To ty, Jas?
– Miałaś się odezwać.
– O, przepraszani, znowu zapomniałam, co?
– Z tobą już wszystko dobrze? Przeszło ci? Powiedz prawdę.
– Przeszło, przeszło. Nie przejmuj się, to nic takiego.
– Nie przejmuj się! – wybuchnął Jas. – Czy ty widziałaś swoją twarz? Powiedzieli, że sama sobie to zrobiłaś! W co ty się wdałaś? Może ty się czymś zaraziłaś od tych swoich świrów, co?
– Rewolucjonizujesz psychiatrę, Jas. Jak wyglądają owe zarazki chorób psychicznych?
– Taak. Przepraszam, że zadzwoniłem. Cześć.
– Jas! Cholera, nie gniewaj się. Słuchaj, było mi bardzo miło, że siedziałeś tam wtedy przy mnie, naprawdę, W ogóle… szkoda, że się częściej nie spotykamy.
– Tu masz rację. Telefon wymusza nieszczerość. No ale czyja to wina? Wróciłaś do Bostonu i nawet nie dałaś znaku. Gdyby nie ten wypadek, pewnie w ogóle byśmy się nie spotkali. A jeśli już, to o czym rozmawiamy? O pieniądzach. O moich stopniach. O twoich tajemnicach.
– A o czym chciałbyś porozmawiać?
– O czym? No…
– Widzisz.
– Mój Boże, my już nawet nie jesteśmy przyjaciółmi.
– Jesteś moim synem, moim jedynym dzieckiem.
– Mam jakiś znak na czole? Zadzwoń, jak znowu ci odbije. – I rozłączył się.
Na czym to polega, że psychoterapeuci, psychologowie, psychiatrzy – im najtrudniej dogadać się z ludźmi, wytrwać w jakichś stałych związkach, ułożyć sobie życie…?
Przeszła z balkonu do wnętrza apartamentu, skręciła do barku. Zastanawiające, myślała, dla Numeru 5 i pozostałych zbliżenie do drugiego człowieka oznacza zagrożenie dla ich osobowości – a czy stopniowo sami nie upodabniamy się do nich? Nalała sobie rumu, pociągnęła łyk.
Czy zostało jeszcze cokolwiek do „uzdatnienia"? Czy następny krok to właśnie wszczepki? Całe społeczności złożone z osobników zaimplantowanych, przeżywających swe życie poza światem realnym, w symulowanych przestrzeniach OVR? Wszczepki montowane już w fazie prenatalnej, dzieci rodzące się ze zmysłami otwartymi na rzeczywistość wirtualną, a zaczopowanymi dla rzeczywistości pozakomputerowej – więc już oczy niepotrzebne, uszy niepotrzebne, żaden organ zmysłu niekonieczny, niekonieczny cały ten biologiczny interfejs mózgu zwany ciałem. Rozwijasz się od zygoty w inkubie i w nim już pozostaniesz, nie będzie momentu narodzin, inkub wszak zapewni twemu organizmowi wszystko, co jest wymagane dla długiej, bezpiecznej egzystencji. Czy to jest prawidłowa ekstrapolacja – ziszczenie owych klaustrofobicznych wizji rodem z przeterminowanej SF?
Co, u licha? co ja piję? rum? Przecież ja nigdy nie lubiłam rumu…!
Mm… nawet smakuje.