Страница 13 из 98
Ale zdawał sobie sprawę, że to tylko poza. Gdyby naprawdę miał wybór, niczego by nie zmienił. W jakimś sensie wciąż pozostawał arystokratą: system go zadowalał.
Vassone siedziała na balkonie swego hotelowego apartamentu i czytała pamiętnik Czarnego.
Nie pamiętam dokładnie pierwszych stów. Zadzwoniła przez pomyłkę. Tak właśnie zaczęła się tłumaczyć: prz-praszam, pomyłka. Byłem akurat przy teleskopie, jej głos szemrał mi w rytmie rozbłysków pulsara. – Nic nie szkodzi – powiedziałem do pierścienia – ale jakim cudem udało się pani pomylić? – Bo ja dzwonię ze starego, tarczowego aparatu mojej babci, nie bardzo umiem się nim posługiwać, musiałam źle wykręcić. – Wtedy ja pytam o babcię, a ona opowiada zabawną historię o wieloletniej walce staruszki z wrednym sąsiadem, który trzyma psa, co bardzo głnśo szczeka i nie daje babci spać. Słychać w głosie dziewczyny jakieś roztargnienie, smutek przepędzany słowami – zapewne paplałaby tak, do kogokolwiek by się dodzwoniła. – Co się stało? – pytam. – Ach, widzi pan, ona umiera. – Bardzo mi przykro – mamroczę. – Umiera, umiera i umiera – wybucha dziewczyna – tkwię tu przy niej już trzeci tydzień, to nie do wytrzymania! – Aha, i postanowiła się pani zabawić w teleconfession? -A cóż to takiego? – Nie słyszała pani? Następny krok w ewolucji party-phones: jeśli chcesz z kimś anonimowo porozmawiać, o nie stać cię na analityka, dzwonisz pod numer firmy, która losowo wybiera ci rozmówcę. Ty nie znasz jego numeru, on twojego; na żądanie firma łączyć was będzie ponownie. Możecie być wobec siebie całkowicie szczerzy, nigdy się nie spotkacie, nigdy nie poznacie, bo, i tu leży rewolucyjność przedsięwzięcia, turingówka firmy monitoruje wasze rozmowy i uprzedzi wszelkie próby przekazania informacji identyfikujących. Czyż bowiem w istocie nie chodzi jedynie o to: o pretekst do artykulacji swych myśli! One nie są skonkretyzowane, póki nie zostaną wypowiedziane, i dopiero gdy usłyszysz ze swych ust słowa opisujące twe uczucia, dopiero wtedy je naprawdę poznajesz Trzeba pretekstu do monologu. Teleconfessions go zapewniają. Mówisz w powietrze, powietrze odpowiada. Nie ma się czego bać, pustce możesz zaufać. Naprawdę nie słyszała pani? – Nie. Ale właśnie coś takiego by mi się przy dało – Cóż, proszą zatem mówić, mam czas. – Kazałem kompo wi wycelować teleskop w tarczę Księżyca. W uchu szemrał mi jej oddech. Nie pamiętam dokładnie tych wszystkich słów, jej i moich, to zapewne nie tak było, pamięć musiał mi w międzyczasie sporo zafałszować – ale ogólne wraże nie pozostało chyba (chyba!) prawdziwe. – Właściwie nie wiem, co mówić – szepnęła. – Przeraża panią śmierć?-Przeraża? Czyja śmierć, jej? – Nie, śmierć w ogóle. -To znaczy: moja? – Nie. Śmierć jako zjawisko. Że coś takiego w ogóle jest możliwe. Duch wychodzi z ciała, sen bez dru giego końca, utrata przytomności ze świadomością nie możności powrotu. Jedno krótkie spojrzenie na pożegnanie się z całym światem. A potem już tylko mięso i koci i krew, i nie ma to już imienia, nie jest niczyim ojcem, ni czyim bratem. Mózg – kupa neuronów. Ciemność, cisza brak jakichkolwiek doznań, jeszcze tylko parę zagubio nych ech bólu, spięcia poboczne – i koniec, entropia. – Mówi pan, Jakby sam już kiedyś umarł. – Ach, bo tak jest, tak jest. – Żartuje pan. – Skądże. Wie pani, co to znaczy odbierać cudze myśli? To nie znaczy: słyszeć mamrotane sobie w ich głowach słowa. Nie znaczy: oglądać ich wspomnienia jak na ekranie. To znaczy: być nimi. Być. Jeśli pani czuje zimno – to w jakimś sensie jest pani tym zamarzającym w śnieżnej zaspie pijakiem. Co i
Jakoś uszło mej uwagi, że to nie było prawdziwe teleconfession. Ona musiała pamiętać ten numer, pod który chciała się była dodzwonić. Dwie noce później znalazła mnie, pracowicie sprawdzając wszystkie możliwe kombinacje. Tak to się zaczęło. Chciała rozmawiać. Więc rozmawialiśmy. Pierwsze pytanie było o to, czy ją też „czuję", Wyrzuciłbym telefon, gdyby tak było. Więc nie lubię tego? Nie,, nie lubię. Dlaczego? I jęła drążyć temat. Przecież to fascynujące: znać myśli, uczucia, ciała i
W tamtym okresie stanowiłem dla niej raczej swego rodzaju interesujący okaz zoologiczny, osobliwość do podziwiania w niemym zachwycie i przerażeniu. A byla w tych swoich dociekaniach tak nieskrępowana, bo w gruncie rzeczy nie wierzyła mi, nie byla w stanie uwierzyć. W końcu przerodziło się to w prawdziwą więź teleconfession: dzwoniła niemal co noc, porozmawiać o minionym dniu, zwierzyć się, wyspowiadać. Potem babcia wreszcie umarła. Ona jednak nie przestała dzwonić. Wróciła do siebie, zabrała się do przerwanej pracy nad jakimś zamówionym przez Brukselę programem analizy demograficznej. Zaczęła mnie nazywać swoim przyjacielem. Opowiadała mi o sobie rzeczy, o które w ogóle nie pytałem, potrafiła mówić bez przerwy przez całą godzinę, skacząc z tematu na temat, dokonując natychmiastowych introspekcji i tłumacząc się z własnych reakcji. Nie musiałem odzywać się m słowem. W gruncie rzeczy potrzebna jej była jedynie świadomość, że ktoś słucha. Miała jakiegoś stałego kochanka, choć bez spisanej umowy. Nie powiedziała mu o mnie, Lecz mnie o nim opowiadała do świtu. Ach, żadnych zahamowań, gdy rozmówca obcy na wieki! Cóż za wspaniały wynalazek, te teleconfessions. Jesteś moim aniołem stróżem, jesteś moim nocnym powiernikiem, Czarny. Potem kochanek ją porzucił. Jesteś moim jedynym przyjacielem, Czarny. Co dziś oznacza słowo „przyjaciel"? Cichy oddech na drugim końcu linii? Czy prawdziwa bliskość jest możliwa jedynie w absolutnym oddaleniu? Znajomość w nieznajomości? Miłość w obojętności? Depresyjne to były noce. Nie zaakceptowali jej programu. Właściciel podniósł czynsz. Kaukaska pszczoła, jeden z tych mutantów popro-mie