Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 31 из 50

Zadanie Ponad Siły

Czas kanikuły wymiótł doszczętnie ulice Regentowa, dwór udał się na wieś. Za nim umknęła pokaźna fala arystokracji. Koła finansjery i kupiectwa, zwolniwszy ruch w interesach, przeniosły się również do wód lub ku górskim uzdrowiskom. Na pograniczach trwał spokój, a ciągnący się siedem miesięcy strajk kopaczy srebra – samoistnie wygasł.

– Nudy, nudy, nudy – powtarzał oparty mocno o stolik poeta Arystyd Te

Ale muzę też wywiało z secesyjnego wnętrza; kabaret „Niebieski smok" zamknął swoje podwoje do jesieni. A jesienią? Jesienią niektórzy spodziewali się wojny. W świecie alternatywnym do Alternatywnego trwała bowiem zawierucha zapoczątkowana strzałami w Sarajewie. Wieści skąpe, ale jednak przenikały i niektórzy prorokowali, że i tu starcie koalicji Etańskiej z Rurytańską jest niechybne, mimo że konflikty międzynarodowe i sprzeczności klasowe nie dojrzały jeszcze do wojny. Ale czego się nie robi dla mody… Arystyd uniósł szklaneczkę.

– Twoje zdrowie, Piotrze! Kropelkę czystej sztuki i pamiętać o nas będą późne wnuki.

Partner Te

Jeszcze do wczoraj Piotr łudził się, że miłość przetrzyma próbę, że Ketty, nawet po oficjalnej odmowie ojca, przyjdzie i wyjadą razem, choćby do Nordlandii.

Niestety, śliczna blondyneczka rozczarowała go. Całkiem szczerze wytłumaczyła, że z luksusu rezygnować nie zamierza, a poza tym związek z młodym dzie

Piotr nie popełnił samobójstwa co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze, nazbyt kochał życie, a nadto zdążył przywyknąć do przegranych, rozstań i koszy. Nie miał szczęścia, i już.

Z wnętrza caffeterii niezbyt dokładnie widać ulicę, ludzie przesuwający się po trotuarach Placu Ratuszowego jawią się jako cienie z i

– Co ty wyprawiasz, a rachunek?! – krzyknął za nim Arystyd Te

Reprezentacyjny plac stolicy świecił pustkami. Jakiś staruszek karmił pawiki (wielobarwne gołębie amirandzkie), trzy przekupki kłóciły się zajadle koło katedry. Ani śladu nieznajomej. Piotr ocenił odległości od czterech najbliższych ulic. Jeśli piękna nie skręciła w żadną z bram, pozostawała jedynie Solna, stara, krzywa ulica opadająca stromo ku Srebrnej Bramie. Skoczył tedy ku Solnej i ledwo wypadł zza węgła, dojrzał w perspektywie znikającą sukienkę koloru amirandzkiego nieba. Pomknął chyżo jak myśliwski ogar. Na placu Przywala zwykle stały dorożki. Tym razem czekała tylko jedna i w nią wsiadła piękna nieznajoma. Fiakier szarpnął lejcami i dwa gniadosze puściły się przez bramę ku świeżo wytyczonej promenadzie im. XXII Dynastii. Dzie

– Czy mogę panu w czymś pomóc, młody człowieku? – zapytał, uprzejmie skłaniając głowę.

– Chciałbym… znaczy – przemógł normalną nieśmiałość Piotr – prędko za tym powozem.

– Z prawdziwą przyjemnością.

Ruszyli z kopyta.

– Piękna kobieta – zauważył Rurytańczyk – znają pan dobrze?

– W ogóle – wyznał otwarcie Piotr. – Ale chciałbym poznać.

– To zrozumiałe, też byłem młody, szalony…

Przelecieli Aleję, wokół której wznoszono coraz nowe wille przemysłowców, minęli pętlę ko

– Nie widzę powozu! – gorączkował się młodzieniec.

– Nie szkodzi, ja go widzę doskonale, skręcił za karczmą, w Lasek Zbójecki.

– To i my skręcajmy.

Prawdę powiedziawszy, dzie

Pierwszy raz zdarzyło się w operze. Grano Luizję, pierwszą z trzech kompozycji Trylogii limeriańskiej Arnolda Titteza, zwanego niekiedy przez krytykę amirandzkim Wagnerem. Piotr był z Ketty i jej kuzynką, śledził solową arię Wielkiej Alicetty, kiedy usłyszał obok głos narzeczonej.

– A to kto? Cóż za zły gust.

Odwrócił głowę – pa

– To loża barona Hochfeldssona – mruczała na wpół do siebie, na wpół do swej kuzynki Ketty – ale przecież Hochfeldssonowie od miesiąca są za granicą, czyżby lożę wynajęto pod ich nieobecność?

– W każdym razie, to nie jest nikt z towarzystwa, moja droga – odezwała się kuzynka.

– Jeśli was aż tak interesuje ta kobieta, mogę się dowiedzieć, kto zacz – zaofiarował się Piotr.

Jakoż otworzyły się drzwi na przerwę. Dzie

– Szuka pan kogoś? – zainteresował się bileter; znał dobrze Piotra i był mu życzliwy.

– Chciałbym zamienić parę słów z tą panią.

– Jaką panią? – Bileter nastroszył siwe wąsy.

– Z loży numer trzy.

– Loża jest zamknięta, państwo baronostwo wyjechali…

– To wiem, ale przed chwilą widziałem tam młodą kobietę.

– Wykluczone – tym razem głos biletera zabrzmiał nieprzyjemnie. – Loża jest zamknięta, a klucz mam ja. Ale skoro pan tak nalega… – Otworzył drzwi i podniósł purpurową zasłonę. Wewnątrz nie było nikogo. – No i proszę.

Piotr rozglądał się, szukał śladu, zapachu, nie znalazł niczego.

– Ot co. Musiały się panu pomylić loże.

Dzie

– Kurz! – zawołał triumfalnie. – Tu nie ma kurzu, jeśli więc loża jest zamknięta od miesiąca…

– Odkurzamy codzie

– Musiała wyjść – rzekł Piotr wróciwszy do Ketty – a ty się czegoś dowiedziałaś?

– Nic. Nikt nie zwrócił na nią uwagi.

Dzie

– Patrzcie, bogini – zwrócił na nią uwagę pointylista Rubetti. – Prawdziwa Diana.

– Typ kaukaski! – dorzucił fachowo mistrz kolorytu Santos.

Piotr nie powiedział nic. Pożyczył sobie rower Rubettiego i płosząc wróble i bony z dziećmi przejechał cały park, aby na przystani czekać przybicia parostatku. Ale nieznajomej na nim nie było. Powtórzyła się sytuacja z opery. Nikt nie zwrócił uwagi na piękną kobietę. Pokład rufowy był tego dnia zamknięty dla pasażerów.

– A może szanowny pan widział ducha? – zarechotał wilk rzeczny.

Piotr nie wierzył w duchy. Zwłaszcza gdy tydzień potem ujrzał obraz Rubettiego. Kolorowe punkciki układały się na nim w krajobraz nadrzeczny, parostatek i skrawek błękitu na rufie. Piotr chciał mieć ten obraz na własność, ale Rubetti zasłaniał się brakiem zgody marchanda. ten zaś proponował dużą cenę. Dzie

– Mieliśmy dziś w nocy włamanie, obraz został skradziony. To dziwna kradzież, nie zginęło nic poza Damą z pokładu.

Powóz zatrzymał się, alejka kończyła się ślepo w środku Lasku. Piotr spojrzał na Rurytańczyka, ten uśmiechał się.

– Pan mnie oszukał! – krzyknął dzie

– Spoko… spokojnie – powiedział cudzoziemiec, a potem z siłą o jaką trudno było go posądzić, wyciągnął młodzieńca z powozu i cisnął na trawę. – Gadaj, co wiesz? – warknął.

Nie przypominał teraz dżentelmena.

– Ależ, proszę pana, ja nie wiedziałem, że jest pan tak zaangażowany…

Cios w żołądek zmusił go do zamilknięcia. Potem Piotr został potrząśnięty jak worek.

– Odpowiadaj na pytania! Jak długo ją śledzisz? Ile ci płacą? – W dłoni Rurytańczyka zakwitła klinga sprężynowego noża.

– To pomyłka. Ja jej nie śledzę, nazywam się Piotr Erdon, jestem

dzie

Oczy napastnika jakby złagodniały.

– Masz jakąś broń?

– Ja, broń?… Żadnej!

Rurytańczyk zrewidował go pospiesznie, potem schował nóż.