Страница 20 из 50
Szklany Dołek
Działo się to w czasach, kiedy całej bajeczności alternatywnego świata nic nie zagrażało ze strony światopoglądu laickiego. Zanim jeszcze materializm nie przetrzebił tysięcznych rzesz krasnali, nie zatruł leśnych źródeł, z których tak lubiły korzystać najady i driady. Zanim tablice „Zakaz kąpieli" nie pozbawiły środków do życia rozlicznych topielic i centaurów, a jednorożców, gryfów i harpii nie wyłapano do ogrodów zoologicznych.
Czyż ktoś potrafiłby oddać cały urok ówczesnej Amirandy, owych zamków, piękniejszych niż fantasmagorie Ludwika Bawarskiego, zamieszkiwanych przez duchy i wampiry; kopalnianych sztolni, zaludnianych przez gnomy i olbrzymy; rozstajów przycmentarnych, gdzie umarli zwykli schodzić się na plotki z żywymi; jaskiń, przed którymi wygrzewały się leniwie ostatnie dobroduszne jaszczury, nieświadome, że ich jurność skończyła się wraz z jurą.
Panowanie Remigiusza można by nazwać szczęśliwym. Jego doradca Leonard podsuwał mu w każdej sytuacji dowcipne rozwiązania, które pozwalały robić ludziom wodę z mózgu, a w przypadku kłopotów – zwalać winę na kogoś i
W jednej sprawie jednak tandem rządzący był absolutnie bezradny: królewna! Jedynaczka!
Remigiusz nie potrafił zliczyć nocy przesiedzianych bezse
Rosa
Problem polegał na czymś zgoła i
Rosa
Zaczęło się niewi
W najgorszym wypadku, kiedy wzmocniono straże do granic obłędu, wykorzystywała dziurę po sęku czy otwór w odszpuntowanej beczce, w której się zamknęła. Poza tym, jako osoba wesoła i hojna w rozkoszach, miała niezliczoną liczbę wdzięcznych przyjaciół, zawsze gotowych do udzielania pierwszej pomocy.
Jeden tylko zausznik regencki Leonard pozostawał nieczuły na jej wdzięki, ale sama natura skierowała jego zainteresowania w zupełnie i
W wieku szesnastu lat Rosa
Dwór Rurytański zbył emisariusza wykrętem dyplomatycznym, władca Transylwanii na wszelki wypadek wstąpił do klasztoru, a królowa brytyjska miała oświadczyć, że za taką pa
Mimo obniżenia wymagań emisariusze Remigiusza rychło zrezygnowali z mocarstw i poczęli objeżdżać księstwa dzielnicowe, antyszambrować po rozmaitych alternatywnych Lichtensteinach i Monakach, potem penetrować środowiska diuków, markizów, hrabiów, a nawet baronetów. Reflektantów nadal nie uświadczyłbyś… To znaczy, może byliby, ale jaki arystokrata, choćby nawet i miał chrapkę na Amirandę, zgodziłby się ostać pośmiewiskiem świata? A honor w onej epoce stał wyżej niż wszelkie doczesne profity.
– Noblesse oblige! – jak mawiała do swego szpica Noblessa królewna Rosa
Można było tylko współczuć Heroldii Centralnej, która dokonywała karkołomnych interpretacji, dementując opinie na temat księżniczki, na zmianę kokietując bądź poszturchując korespondentów zagranicznych, którzy i tak swe korespondencje z Amirandy rozpoczynali: Jak dowiadujemy się ze źródeł niezależnych… Ten i ów narażał się na chłostę albo karne wywalenie za granicę, ale reputacja Rosa
A że zawsze musi być jakieś wyjście, pewnego dnia na pokojach monarszych zjawił się Leonard w towarzystwie architekta, Włocha o zabójczym wąsie i osobliwie krótkich nogach. Ten co rychlej wyciągnął zwój kalek technicznych i pokrótce scharakteryzował swój plan. Inwestycja miała nosić nazwę „Szklana Góra".
Remigiusz zachwycił się pomysłem, tym bardziej że Leonard sugerował, iż po kilku latach kwaranta
– Akceptuję! – zawołał Regent. Ale kiedy architekt opuścił pokoje, zwrócił się do zausznika: – Czy musimy budować Szklaną Górę licencyjną, wydawać ce
– Jak zwykle ma Najjaśniejszy Pan genialną słuszność!
Budowa miała mieć cztery fazy:
1) umieszczenie królewny w epicentrum odosobnienia,
2) konstrukcja obiektu,
3) rekonesans władcy,
4) oficjalne otwarcie.
Inwestycję umieszczono w rejonie dzikim i niedostępnym. Już sama natura miała odstraszać śmiałków. Tylko najwytrwalszym dane było zmierzyć się ze szklarskim arcydziełem.
Na rekonesans Remigiusz i Leonard obrali widną noc czerwcową. Według odręcznej mapki, sporządzonej w jednym egzemplarzu, ruszyli samowtór na teren zakończonej inwestycji. W tyle pozostawili gwardzistów, a nawet ochronę osobistą. Szli przez gęste oczerety, ostrokrzewy i gaje kaktusowe, aż wreszcie dotarli w pobliże. Tu zausznik wykazywać zaczął pewien niczym nie uzasadniony niepokój.
– Nigdzie nie widzę góry, cholera, nigdzie nie widzę… Może zrobili
ją niższą niż w planach.
– Głupiś, po prostu doskonale ją zamaskowali – roześmiał się Regent.
– Ja tylko tak… – zaczął Leonard, ale urwał i zastrzygł uchem. Gdzieś bowiem wśród zarośli, parowów i głazów zabrzmiał śpiew:
…Gdzie ci mężczyźni…?
– Córuś moja, córuś! – Ucieszył się monarcha, postąpił w przód, a potem krzyknął.
Nogi jego bowiem straciły oparcie, ręce próżno usiłowały schwycić się kolczastej opuncji. Doradca pragnął pospieszyć mu z pomocą, ale ledwie zrobił krok, sam wpadł w poślizg. Krzywizna, zrazu nieznaczna, szybko nabierała spadku niczym olbrzymi tor bobslejowy, przechodząc wkrótce w olbrzymi, powlekany szkłem lej. Tocząc się, aż szły iskry od brylantowych guzów monarszego przyodziewku, osuwali się w głąb.
– Co to jest, co się dzieje? – skamlał Regent.
– Zdaje się, że ci kretyni odczytali plan do góry nogami i zamiast szklanej góry wykonali szklany dołek.
– O, skurczygnaty – jęknął rozdzierająco Remigiusz.
Nie dotarł do samego dna. Monarsze serce nie wytrzymało własnego upadku. Leonard miał mniej szczęścia. Przez następny tydzień stał się igraszką w bezlitosnych rękach królewny.
A potem umarł z miłości, jak:
– Ekipa wykończeniowa.
– Inżynier glazurnik.
– Pasterz, który zaplątał się w pobliże.
– Pustelnik.
– Trójka koniokradów z czwórką koni.
– Poszukiwana banda przemytników piwa z kaktusów.
– Ekipa poszukiwaczy z Regentsburga.
– Ekipa poszukiwaczy ekipy.
– Wycieczka szkolna z Gimnazjum Męskiego nr 5 im. Św. Limeryka.
– Oddział armii zaprzyjaźnionej wracający z gości
Zresztą wyliczenie wszystkich, którzy w ciągu tysiąclecia wpadli w dołek kobiety-modliszki, przekraczałoby rozmiar książki telefonicznej miasta Chicago.
Nie wrócili również ci, których kolejne administracje wytypowały do zlikwidowania Rosa
Najlepsi agenci w diamentowych rakach opuszczali się na dno leja. I nigdy nie wracali.
Wreszcie w czasach nowożytnych zasieki z drutu kolczastego przekroczył agent 1911 „Wunderwaffe”, komórki do spraw likwidacji zagrożenia seksualnego. Sportowa sylwetka, płowa czupryna, niebieskie, zimne oczy zawodowca.
– Ten to się uwinie… – cieszono się w kołach zbliżonych.
O losie poprzedników krążyły najróżniejsze wieści, niektórzy przebąkiwali o kanibalizmie, i
1911-tka zabrał się do rzeczy metodycznie. Opasany liną i dobrze uzbrojony opuścił się w paszczę Krateru Nienasycenia. Nie było go dzień, dwa. Aż dyżurujący przy kołowrocie uczuli trzy charakterystyczne szarpnięcia. Ruszyła z gwizdem machina parowa napędzająca wyciąg. Po godzinie agent wraz z Rosa