Страница 25 из 56
Rozdział 14
Kiedy jest suknia ślubna, znajdzie się i pa
– Ty koniosraju jeden – zadudnił basem, unosząc widły i bodąc nimi powietrze przed twarzą chłopca.
– Jak ty jeszcze raz spojrzysz na moją córkę, to ja ciebie tak na widłach do góry podrzucę, że zdechniesz z głodu w powietrzu! Trzasnęło okno od pokoju Jadźki. Umilkł patefon. Zapadła cisza, w której jak głos trąb, oznajmujących Sąd Ostateczny, rozległ się bas Kargula.
– Jak kto od Pawlaków na mój grunt przejdzie, tak on może sobie grób kopać!
– A cóż jego ukąsiło? – dziwił się Pawlak, słysząc te zapowiedzi. Do domu wpadł zdyszany Witia.
– Może ty tam nogę u nich postawił? Patrzył czujnie na syna, ale ten wzruszył tylko ramionami: a cóż on by miał do roboty po stronie tych Judaszy?
– A skąd on taki mokry? – Pawlak przyglądał się podejrzliwie włosom i koszuli syna.
– Bom kobyłę naszą poił i prychnęła na mnie.
– Ot, ciekawość, odkąd to kobyła makaronem karmiona – dziwił się szczerze Pawlak, zgarniając z włosów syna resztki makaronu. W tej samej chwili, po drugiej stronie płotu, karcił Kargul Jadźkę na oczach całej rodziny.
– Ot, wyczupirzyła sia, w cudactwa przebrawszy, jakieś durackie tańce przy niemieckiej muzyce wyczynia. A może ty chcesz tego chabazia, Witię, na pokuszenie wodzić? Ty sobie raz na zawsze zakonotuj, że ani my nigdy na ich stronę płota nie przejdziemy, ani ich noga tu postać nie ma prawa! Kazał Jadźce suknię zdjąć i już zamierzał ją porwać na strzępy, kiedy Aniela wyrwała mu ją w ostatniej chwili z rąk.
– Władyś, taż przecie przyjdzie kiedyś czas, żeb' zamiast pogrzebów wesele urządzać.
– Dla mnie,stypa u Pawlaków by starczyła za największe wesele.