Страница 56 из 56
Rozdział 34
Jeśli nieszczęśliwym jest ten, kto nigdy nie zaznał nieszczęścia, to nie będzie szczęśliwym ten, kto się potrafi cieszyć tylko cudzym nieszczęściem. Do otwartej walizy wrzuca Jaśko przywiezione prezenty. Z tym wróci, z czym przyjechał. Nic tu nie zostawi! A od Kaźmierza, tego Judasza, chce tylko tej ziemi, co ją ich matka z rodzi
– I tak nas więcej od Karguli, boś ty Pawlaczka! Tak, Pawlaczka… – to odkrycie jakby jednoczy go z niemowlęciem. Znów robi kilka tanecznych kroków, huśtając małą w powietrzu. Dziewczynka zanosi się śmiechem, szczerzy swoje bezzębne usta. Śmieje się Jaśko. Kiedy jednak słyszy kroki Kaźmierza na ganku, siada na krześle z taką miną, jakby miał właśnie pozować do paszportowej fotografi. W drzwiach staje Kaźmierz. Patrzy niepewnie na brata. Podsuwa przed jego oczy przyniesiony worek.
– Jaśku, zobacz, co tu jest.
– Ziemia? – John Pawlak udaje zdziwienie. Wkłada dłoń do środka i przesiewa tę ziemię przez palce.
– Chciał ty ziemię, żeb' ty mógł nią swój grób w Chicago posypać. – Chciałem.
– To i masz ziemię – Kaźmierz wciska mu worek.
– Dobra? Jaśko podnosi oczy. Patrzą na siebie z bliska.
– Dobra, Kaźmierz – mówi uroczyście John i podnosi się z krzesła.
– Lepszej nie trzeba. A wtedy Kaźmierz rozkłada szeroko ramiona i nie zważając na poduszkę z Anią, obejmuje brata, krzycząc na całe gardło, jakby chciał całemu światu obwieścić niebywałą nowinę:
– Jaśku! Bój się Boga, nareszcie jesteś. No to my już wszyscy sami swoi!