Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 21 из 38

"A poza tym" myślałem sobie, "kto wie, czy plany mścicieli spełnią się w całej rozciągłości? Może tylko tutaj udało się tak łatwo? Może rzeczywistość ukształtuje się inaczej, niż życzą sobie owi mroczni manipulatorzy z nieznanej organizacji – a mój udział w odwracaniu zagłady Ziemi okaże się zbędny?"

Przez długi czas bałem się pytać kogokolwiek o Luizę. Jeśli Vaiamis nie wspomniał nikomu, że jest ona jakoś związana z moją osobą – to każda moja wzmianka stałaby się teraz informacją dającą im na nowo narzędzie szantażu wobec mnie. Jeśli zaś wiedzą – to wcześniej czy później i tak skorzystają z tego, usiłując coś na mnie wymusić.

Teraz, po śmierci Vaiamisa, często bywałem w podziemiach, kontaktując się osobiście z Jedynką, któremu bezpośrednio podlegałem. Nie zaproszono mnie jednak, bym zamieszkał w bunkrze, a ilekroć tam wchodziłem, towarzyszył mi zawsze któryś z Jednocyfrowych.

Niepokoje w osiedlu wybuchały od czasu do czasu, podsycane przez moich kolegów z Konwoju. Było ich dwudziestu paru, więc strażnicy nie mogli śledzić dokładnie poczynań każdego z osobna. Niekiedy zmuszony byłem reagować na meldunki straży, zamykając na parę dni tych, którzy zbyt jawnie siali niepokoje wśród ludności. Starałem się, by aresztowanych traktowano przyzwoicie i nie dopuszczałem do aktów przemocy. Mimo to, jakby nie rozumiejąc mojej trudnej sytuacji, koledzy bojkotowali mnie najwyraźniej. Cóż mogłem im powiedzieć, jak wyjaśnić skomplikowany układ, w który zaplątałem się dobrowolnie i poniekąd dla ich własnego dobra?

Straciwszy nadzieję na rychłe zamieszkanie w bunkrze, postanowiłem polepszyć sobie nieco warunki mieszkaniowe. Za zgodą Jedynki rozpocząłem budowę własnego domku na stoku wzgórza, pomiędzy bunkrem a barakami straży. W budowie pomagali mi ludzie z osiedla – nie za darmo, oczywiście. Płaciłem im talonami żywnościowymi, których sporo udało mi się zaoszczędzić z moich cotygodniowych przydziałów. Czerpałem je także z i

Dom wypadł zupełnie nieźle. Zbudowany był z pni drzew, które wycięto w dość odległym lesie. Materiał zwoziłem przy pomocy moich strażników, używając pojazdów wypożyczonych z bunkra. Robiliśmy to nocą, by osadnicy nie mogli widzieć pojazdów, o których istnieniu nie powi

Wkrótce także moi strażnicy zaczęli budować sobie własne domy. Powstała cała dzielnica mniejszych i większych budynków, położonych na stoku, poniżej bunkra, w pewnej odległości od reszty osiedla. Domy w osiedlu także zaczęły wyglądać przyzwoiciej. Ludzie starali się urządzić sobie wygodniejsze i trwalsze siedziby, w nadziei rychłej normalizacji życia rodzi

Wkrótce też, nie mogąc już dalej zwlekać, Jednocyfrowi zarządzili witalizację kobiet. Skutki tego posunięcia były nadspodziewanie pozytywne. Kobiety okazały się czy

– Kiedy każdy będzie miał żonę i dzieci, twoi strażnicy nie będą mieli zbyt wiele do roboty – mawiał Jedynka podczas narad w sprawach porządkowych. – Mogą być mniej lub bardziej zadowoleni z warunków życia, ale powi

– Byłoby im może trochę lżej, gdybyśmy umożliwili skorzystanie z pewnych udogodnień technicznych – zauważyłem pewnego razu. – Moglibyśmy dać im trochę narzędzi, rozwinąć metalurgię… Surowce są na planecie, mamy trochę urządzeń…

– Żadnej techniki! – zaperzył się Jedynka.

– Nie będziemy tu powtarzać tego samego obłędnego cyklu rozwojowego… Człowiekowi naprawdę niewiele potrzeba. Wszystkie potrzeby poza jedzeniem, spaniem, mieszkaniem, rozmnażaniem i rozrywką są wymysłem podsuwanym człowiekowi, by zmusić go do bezsensownej, niewolniczej pracy, która ma służyć celom zbędnym lub nic go nie obchodzącym. Ci wszyscy, którzy tutaj przybyli, należą do licznego grona zwole

Nie polemizowałem z nim, wiedząc, że ten pogląd jest częścią ogólnej doktryny. Poza tym, warunki istniejące obecnie były najlepszą gwarancją panowania nad ludźmi, uzależnienia ich od kierujących tym eksperymentem Jednocyfrowych. Nie próbowałem już nawet przekonywać Jedynki o potrzebie zaopatrzenia osiedla w środki umożliwiające polowania na zwierzynę. Każda wzmianka na temat udostępnienia jakiejkolwiek broni kwitowana była stanowczą odmową wszelkiej dyskusji.

Rozumiałem takie stanowisko Jedynki, Wciąż nie był pewien przychylności ogółu, świadom destruktywnej działalności niektórych agitatorów Sądzę, że najchętniej usunąłby z osiedla wszystkich, dawnych członków załóg Konwoju, lecz nie mógł tego uczynić od razu. Potrzebował pretekstu i dlatego pozwalał im przebywać na wolności.

Zapytałem go kiedyś o los jedenastu moich kolegów, których gdzieś odkomenderowano jeszcze przed rozpoczęciem witalizacji osadników.

– Skoro już poruszyłeś ten temat – odpowiedział po namyśle – to porozmawiajmy o tym…

Siedzieliśmy wtedy w jego apartamencie w podziemiach. Oprócz nas, obecny był jeszcze jeden członek Komitetu Tymczasowego, nazwiskiem Nolan. Posiadał on piąty numer i po śmierci Valamisa dołączył do ścisłego grona kierownictwa Jednocyfrowych, choć Jedynka nie traktował go zbyt poważnie. Piąty był raczej figurantem, znaczącym chyba nawet mniej niż ja. Jeśli chodzi o Morlena, rozpił się ostatnio i Jedynka rzadko zapraszał go na robocze posiedzenia.

– Tych jedenastu… a właściwie dziewięciu, bo admirał i jeszcze jeden zmarli niedawno – powiedział Jedynka – jest tutaj, w podziemiach. Po wykończeniu pomieszczeń nie mamy właściwie dla nich żadnej roboty. Chciałbym, żebyś wymyślił jakieś rozwiązanie. Nie mogę ich teraz puścić między ludzi, bo narobią nam kłopotów, a nie chciałbym trzymać ich tutaj dłużej i żywić za darmo.

– Więc… oni są uwięzieni? – spytałem zaskoczony.

– No, powiedzmy… ograniczeni w swobodzie poruszania się…

Byłem wstrząśnięty. Ja, szef bezpieczeństwa, nic nie wiem o istnieniu więzienia we wnętrzu bunkra. 'To oczywiście robota Valamisa, on ich tam umieścił – byłem o tym przekonany. Dlaczego jednak dopiero teraz, w kilka tygodni po formalnym objęciu stanowiska po Valamisie, dowiaduję się o tym?

Wiedziałem, że nie mogę sobie pozwolić na wyrażenie swego niezadowolenia… Jeśli mam w jakikolwiek sposób pomóc moim towarzyszom.

Musiałem szybko coś wymyślić – nie dając równocześnie poznać po sobie, że los ich leży mi na sercu.

– Masz rację… – powiedziałem. – Nie można pozwolić na to, by teraz kontaktowali się z osadnikami i opowiadali, że zostali bezprawnie uwięzieni i wykorzystani do przymusowej pracy. Być może ludzie i tak by im nie uwierzyli, ale nie wolno nam ryzykować teraz, gdy wśród nich panuje dość dobra atmosfera i przycichły próby wrogich nam wystąpień. Cóż jednak można by z nimi zrobić? Najprościej byłoby… pozbyć się ich w sposób radykalny… albo wpakować na powrót do pojemników biostatycznych…

– Pierwsze byłoby… niezbyt przyjemne, a drugie, zdaje się, niewykonalne – wtrącił Nolan.

– Nie będziemy sobie brudzić rąk jakąś paskudną sprawą, moi drodzy – uciął Jedynka. – Gdyby można ich było oskarżyć i skazać, to co i

– Fakt! – powiedziałem. – Moi ludzie donoszą…

– Właśnie.' A zatem, ten sposób nie wchodzi w rachubę. To by nam niepotrzebnie przysporzyło wrogów.

Odetchnąłem z ulgą. Tę właśnie wypowiedź chciałem sprowokować moją sugestią. Teraz już wiedziałem jakie jest stanowisko Jedynki i mogłem próbować zrobić coś dla uwięzionych, nie narażając się na podejrzenia, że po cichu trzymam ich stronę.

– Mam pewien pomysł – oznajmiłem po chwili- – Dlaczego nie mielibyśmy… wysłać ich., gdzieś daleko stąd? Planeta jest rozległa, znajdzie się na niej wiele miejsc nadających się na… takie specjalne osiedle. Jeśli będzie to miejsce dostatecznie odległe, to nawet pilnowanie będzie zbędne…

Ostatecznie Jedynka przyjął moją propozycję i wkrótce otrzymałem polecenie wyszukania odpowiedniego, miejsca. Pozwolono mi wyprowadzić nocą helikopter z hangaru znajdującego się w podziemiach wzgórza. Wrota prowadzące do hangaru, gdzie ukryto ciężki sprzęt, znajdowały się na przeciwległym stoku, w pobliżu miejsca, gdzie stały pojemniki z hibernowanymi osadnikami. Towarzyszył mi Nolan.

Wybraliśmy zupełnie sympatyczny kawałek terenu, wśród gęstych, trudnych do przebycia lasów i puszcz, nad dużą rzeką pełną wodnej zwierzyny, położony w odległości paruset kilometrów na zachód od naszego osiedla.

To było wszystko, co mogłem zrobić dla moich przyjaciół, by wydobyć ich z podziemi bunkra, gdzie marnieli z niedożywienia. Udało mi się przekonać Jedynkę o konieczności wyposażenia ich w parę podstawowych narzędzi, niewielki zapas żywności i dwa pistolety porażające ze sporym zapasem ładunków. Sprawa broni wzbudziła najwięcej oporów, lecz w rezultacie moich perswazji Jedynka został przekonany, że broń ta nie może nikomu zagrozić, a jest niezbędna dla obrony przed dzikimi zwierzętami oraz do polowań. Pozostawienie zesłańców bez broni – tłumaczyłem – byłoby równoznaczne z ich zamordowaniem, a takie rozwiązanie odrzuciliśmy jako niepożądane ze względów politycznych.