Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 59 из 65

Rozdział 48

Ścigając mustanga mknęli przez miasto, jakby jechali do ognia, ale kiedy chcieli w drodze do hali sportowej przeciąć Chicago State Street, zagrodził im drogę policjant. Główna ulica miasta po obu stronach wypełniona była tłumem. Jak się przebić na drugą stronę do hali sportowej „Colloseum”? Na co ci ludzie czekają? – Pewnie znowu jakaś demonstracja – westchnął Pawlak, stojąc za plecami gapiów – Musi w tym kapitalizmie ciężko żyć, jak ludzie tak co i raz przeciwko władzy występują.

– U nas ciężej, tyle że naród cierpliwszy – stwierdził Kargul, który od czasu kłopotów z Shirley stał się przeciwnikiem amerykańskiego stylu życia. -Jak długo ten socjalizm budujemy, takja żadnego strajku nie widział.

– Ale niedługo już tej cierpliwości! Jak naród dęba stanie, to ta władza zleci nam z garba jak małpa z ogiera! Absolutny słuch Franciszka Przyklęka pierwszy odkrył, że nie jest to żaden strajk ani demonstracja, a raczej jakaś radosna uroczystość. Od strony Wacker Drive niosły się przez State Street dziarskie dźwięki trąb, saksofonów i puzonów. Dudniły wybijając marszowy rytm bębny. Za jedną orkiestrą szła druga, która grała fokstrotta, sama zataczając się po jezdni w jego rytmie. Za drugą orkiestrą szła trzecia, błyszcząc z dala trąbami: Minęła ich krocząca na czele pochodu umundurowana orkiestra Marynarki Woje

– Aj, Bożeńciu, taż gdzie my popadli? – Kaźmierz patrzył na płynący jezdnią potok przebierańców. -Columbus-day – wyjaśnił stroiciel.

– To będzie się ciągnęło kilka godzin. Jak nie przejdziemy zaraz na drugą stronę, to spóźnimy się na roller-skating! Co się Pawlak szykował do startu, -wybuchał radosny jazgot następnej orkiestry, która poprzedzała kolejną kolumnę. Teraz na czele murzyńskiej orkiestry kroczył tanecznym krokiem dyrygent w czaku kirasjera, wysokim jak nocny stolik. Wyrzucał w powietrze swoją buławę i okręciwszy się wokół swej osi; chwytałją zręcznie w powietrzu; zbierając gromkie oklaski tłumów. Ogłuszony miedzianymi trąbami saksofonami i puzonami Kargul zakrył obiema dłońmi uszy. Nie dosłyszał głosu Franciszka Przyklęka, który wypatrzywszy lukę między maszerującymi weteranami ostatniej wojny ajadącymi ko

– Ty bambaryło! Skacz! – dopingował go Pawlak z tamtej strony, starając się przekrzyczeć rwetes i ryk trąb. Ale Kargul zapatrzył się na przejeżdżającą właśnie platformę i poczuł wzruszenie: pod utkanym z kwiatów białym orłem widniała grupa dzieći w polskich strojach ludowych. Otaczały postać Tadeusza Kościuszki, który szablą wskazywał jakiegoś wroga. Ten żywy obraz tak przejął wzruszeniem Kargula, że przegapił lukę między Tadeuszem

Kościuszką a Waszyngtonem, który kolebał się właśnie na następnej platformie, poprawiając sobie perukę… Kaźmierz patrzył na Kargula z rozpaczą: ten murmyło zaparł się jak kaban w chlewiku przed zarżnięciem! – Władek! Wal! -zachęcał go krzykiem i gestami. Stroiciel patrzył niespokojnie na zegarek: lada chwila skończą się zawody w hali! – Teraz! -wrzasnął przez szerokośćjezdni Kaźmierz, widząc lukę między oddalającym się Waszyngtonem a nadchodzącym czołem kolumny Armii Zbawienia, którą poprzedzała kobieta o tak wydatnym biuście, że jego posiadaczka szła cała przegięta do tyłu. Kargul oczekiwał, że ciężar, w który wyposażyła ją natura, rzuci ją zaraz na kolana. Przez to zagapienie wystartował z opóźnieniem i zderzył się z puzonistką orkiestry Armii Zbawienia. Pawlak zamknął powieki, a kiedy je otworzył, ujrzał Kargula na kolanach pośrodku głównej ulicy Chicago, jak w niemym osłupieniu wpatrywał się w wysoko uniesione gołe kolana murzyńskiego college'u…

– Uciekaj, Władek, bo zadepczą! – wrzasnął Pawlak. Kargul posuwał się po jezdni na czworakach, chcąc dosięgnąć kapelusza, po którym teraz w rytm dziarskiego marsza deptały białe, sznurowane trzewiki czarnych ucze