Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 43 из 65

Rozdział 33

Kaźmierz Pawlak w czarnym ubraniu stał na podjeździe domu ' pogrzebowego, a lekki wietrzyk rozwiewał mu resztę siwych włosów. Stał na tle rozpiętego na szybie białego orła ze złotą koroną i wypatrując czerwonego mustanga Septembra-Juniora wcale nie zwracał uwagi na zajeżdżające limuzyny. Wielkie jak wozy cyrkowe samochody, zgrzytając oponami po wyżwirowanym podjeździe, zatrzymywały się przed wejściem do Funeral Home. Trzaskały drzwi, a pasażerowie wysiadali, pozdrawiając się radosnymi okrzykami i machaniem ręki, jakby wszyscy wybrali się na „ piknik, a nie na pogrzeb. Nikt nie zwracał uwagi na Pawlaka, nikt go bowiem tu nie znał, a on patrzył na wyszczerzone w uśmiechu zęby, słuchał krzyżujących się rutynowych pytań – „Haw are you? – z równie rutynowymi odpowiedziami – „Okey, fine!” Sam biały budynek Funeral Home braci Malec starał sięjak najdalej odsunąć skojarzenia z odejściem na wieczny spoczynek: podpierające okap nad wejściem kolumny miały sprawiać wrażenie, że przybyło się do letniej rezydencji, w której można mile spędzić czas; wymalowany na szybie orzeł miał skrzydła, których kształt każdemu, kto znał historię Polski, musiał się kojarzyć z husarią; przed domem pogrzebowymwyłożony był zielony chodnik udający trawę, by od pierwszej chwili uczestnictwo w pogrzebie kojarzyło się wszystkim z wycieczką na łono natury lub polem golfowym. Więc przybywający na pogrzeb goście zachowywali się tak, jakby klient domu pogrzebowego braci Malec zaprosił ich na party, którego atrakcją ma być pieczenie barana na rożnie. Witając się radośnie ze sobą sprawiali wrażenie osób, które przybyły złożyć nieboszczykowi życzenia urodzinowe długich lat szczęśliwego życia. Trzymali się zasady, że umierać trzeba tak, jak trzeba tu żyć: robiąc wrażenie człowieka zadowolonego z siebie, kogoś, kto osiągnął wszystko, co mógł osiągnąć. Jeśli obcowanie z kimś takim za jego życia było przyjemnością, napawało optymizmem, dlaczego miałoby być inaczej po jego śmierci; wszak tu do końca obowiązuje zasada keep smiling z której nawet nieboszczyk nie jest zwolniony. Funeral Home „White Eagle” braci Malców zapewniał same wygody: tabliczka na szybie zapewniała, że Tu mówi się po polsku zaś duża tablica, zwrócona ku highwayowi, gwarantowała klientom wykwintne pogrzeby oraz Cmentarz z pięknym widokiem. Nad głową Pawlaka wiatr poruszał niczym skrzydłami wiatraka wielką białą gwiazdą, na której bracia Malec wypisali zachętę dla wszystkich przejeżdżających highwayem: Wstąp, a nie pożałujesz! I o wiarygodność tej zachęty zabiegał cały czas właściciel Funeral Home. Witał gości uśmiechem, który miał zapewnić wszystkich przekraczających próg jego firmy o tym, że czekają ich tu wspólnie spędzone przyjemne chwile. To – ich przekona, że w razie przejściowych kłopotów z istnieniem warto swoją przyszłość złożyć w jego ręce… Pan Robert Malec, zwany Malec One, był jednym z dwóch Malców, którzy prowadzili Funeral Home „Biały Orzeł”. Bracia podzielili się zadaniami: Malec One chudy, z głową kondora, z zawodowo ponurym – lecz zarazem zachęcającym uśmiechem na twarzy, był przeznaczony do kontaktów z klientami polskimi. Grubszy – Malec Two – który w tej chwili zajęty był w podziemiu prowadzeniem baru dla przybyłych gości, nauczył się hiszpańskiego, by obsłużyć prężną mniejszość etniczną, jaka powoli wypierała z tych przedmieść ludzi z polskim rodowodem. Dla obu braci Malców najważniejszą osobą dzisiejszej uroczystości był nie nieboszczyk, John Pawlak, nie jego brat ani przybyła z kraju rodzina, lecz Teddy September. To on zatwierdzał kosztorys całej ceremonii, on podpisywał czek za trumnę pierwszej kategorii, pogrzeb pierwszej klasy, za księdza i przygotowaną w restauracji Teresy Gardnerowej stypę. Dlatego też Gardnerowa, stojąc teraz w przedsionku Funeral Home braci Malec, czujnym wzrokiem przeliczała zjeżdżających się uczestników tego żałobnego party: przyjęcie opłacone z góry, im mniej gości, tym większy zysk… Tego wszystkiego Kaźmierz Pawlak wcale nie był świadom. W głębi domu pogrzebowego, przypominającego swym zapachem drogerię, leżał jego zmarły brat, a Kaźmierz wciąż czekał na kogoś żywego, bez kogo rozpoczęcie ceremonii uważał za zdradę wobec Jaśka. Wspinał się na palce, by nad bukszpanowym żywopłotem dojrzeć wreszcie czerwony samochód „Mustang” z Septembrem-Juniorem i siedzącą obok córką Johna. W nim cała nadzieja. Wszak obiecał Ani odnaleźć pa

– Zaczekajmy jeszcze czut-czut – popatrzył błagalnie na ponuro-pogodną twarz chudego Malca, który idealnie umiał połączyć zasadę keep smiling z głębokim przejęciem, jakim winien się cechować. ten, kto bierze pieniądze za pośrednictwo z wiecznością. Malec One kiwnął z powagą swoją ptasią głową, i pobiegł z ponurym uśmiechem: powitać wysiadającą z kolejnego samochodu parę: w masywnym grubasie Pawlak rozpoznał prezydenta Stowarzyszenia Rzeźników Polskich. Pan Szafranek był w towarzystwie małżonki, której piętrowy, przystrojony sztucznymi owocami kapelusz, przypominał warszawski Pałac Kultury i Nauki przyozdobiony na dzień obchodów Pierwszego Maja w portrety przywódców narodu, flagi i balony. Szafranek uściskał dłoń Kaźmierza i wylewnie zaprosił go wraz z rodziną na bankiet, jaki Stowarzyszenie Rzeźników wespół z Towarzystwem Synów Piasta wydaje z okazji 25 rocznicy instalacji proboszcza parafi. Czy Pawlak zapamięta, że to pojutrze w kafeterii Wyższej Szkoły św. Trójcy na Division street? Wystarczy wpłacić na ręce jego małżonki 15 dolarów za osobę, by czuć się zaproszonym. Pawlak obojętnie wzruszył ramionamii, za to Malec One wyraził zachwyt dla tej propozycji, bo zależało mu na dobrych stosunkach z rzeźnikami, którzy byli mile widziani w przyszłości jako klienci jego firmy. Z Funeral Home dobiegał gwar ożywionych rozmów. Malec One życzliwym gestem zapraszał Pawlaka do wnętrza, ale Kaźmierz wciąż tkwił na swym posterunku na zewnątrz: jak ma spojrzeć Jaśkowi w oczy, jeśli nie spełni jego ostatniej prośby? W basemencie Funeral Home braci Malec życie towarzyskie kwitło jak na przyjęciu urodzinowym. Zebrani tam rodacy klepali się z rozmachem po plecach, wymieniali uwagi na temat polityki Cartera, odwiedzin papieża w Chicago i kłopotów podatkowych. Syczał ekspres do kawy, grzechotały kostki lodu w wysokich szklankach z whisky, które Malec Two skwapliwie napełniał, krążąc z butelką wśród gości. Dla dzieci miał pod ręką coca-colę, bo o dzieciach bracia Malec nie zapominali, pragnąc od małego oswoić ich z tym miejscem, w którym kiedyś mogą znaleźć spokojną przystań. Podziemny salonik był urządzony na wpółjak bar, na wpółjak pokój dzieci

– Czytałam, że koło dwustu – odparła Ania.

– To znaczy, że sto! – zawyrokował bez wahania Rotmistrz.

– Dlaczego akurat sto? – zdziwił się Kargul, a wówczas napotkał zaskoczone jego naiwnością spojrzenie Rotmistrza.

– Bo wiadomo, że komuna zawyża statystykę o 50 procent! Na miejsce Rotmistrza wcisnął się prezydent Towarzystwa Synów Piasta, domagając się wiarygodnej odpowiedzi na pytanie: ile jest u nich kanałów na ti-vi? -Telewizja jedna, za to kanałów dużo! – wyjaśnił Kargul, czując się coraz bardziej ważny w tym gronie.

– Mnie to nie eksajtuje! – skrzywił się lekceważąco Steve Fay. Gdy tylko się pojawił w towarzystwie katastrofistki, traktował Anię i Kargula jak swoich starych znajomych. Joa

– Proszę wpaść do nas do klubu Wiernych Polek na zabawę stoliczkową! – zapraszała Anię prezeska Wiernych Polek, falując obfitym biustem.

– John Pawlak nas odwiedzał! Poproszę tylko przynieść swoje fanty! – No, no, no – zaprotestował żywiołowo Steve Fay, ciągnąc Kargula za łokieć ku sobie.