Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 21 из 65

Rozdział 17

Nadszedł moment, który pozwolił Kaźmierzowi dogłębnie zidentyfikować się z pasażerami biblijnej Arki Noego: ze wszystkich stron ogarniała ich woda, a znikąd nie było ratunku. Fale, wielkie jak dziesięciopiętrowe kamienice, uderzały o burty statku; białe grzebienie piany szczerzyły się jak zęby potwora; wiatr nie pozwalał wyjrzeć na pokład; szare cielsko oceanu falowało, a statek bujał się jak na huśtawce; sztućce na pięknie nakrytych stołach przesuwały się z brzękiem; przewracały się kieliszki i szklanki; orkiestra, przytrzymując kolanami pulpity do nut, niezbyt składnie grała wesołe melodie, by zagłuszyć huk morza; stoły, przy których stali gotowi do usług kelnerzy, daremnie czekały na biesiadników; do posiłków zasiadał jedynie pasażer o nazwisku „327” oraz Murzyn. Kaźmierz, kiedy ujrzał go w pustej jadalni, jak z apetytem jadł gęś w maladze, uznał to za jeszcze jeden dowód niższości czarnej rasy: widać, że ma żołądek jak jakiś struś, co i kamień zećpa, a nie taki delikatny jak Kaźmierz, co od tego frykaśnego jedzenia na drugi dzień zgagi dostał i po nocach śnił mu się kapuśniak ze skwarkami i barszcz zabielany. Taki czarny prymityw nawet wtedy od stołu nie odejdzie, gdy okręt dęba staje, tylko żre i żre, aż mu się te czarne uszy trzęsą… Kaźmierz nawet myśleć o jedzeniu nie mógł. Tkwili wszyscy w kajucie jak dobrowolni więźniowie. Ania leżała odwrócona do ściany, na wszelki wypadek trzymając mokry ręcznik przy ustach. Żołądek co chwila podchodził jej do gardła. Każde bujnięcie statku rzucało ją na ścianę… Kargul wbił spojrzenie w bulaj;jakby bał się, że zielona kipiel oceanu lada chwila wedrze się do środka kajuty. Trzymał się kurczowo brzegów koi, jak rozbitek trzyma się tratwy… Kaźmierz wlepił oczy w lustro, jakby chciał się przekonać, czy jeszcze żyje. Całą noc, kiedy przechyły statku rzucały nim po koi, widział we śnie ojca: Kacper stał w siermiężnym, lnianym odzieniu, powtarzając słowa przysięgi, jaką owego czasu kazał złożyć Jaśkowi w noc jego odejścia z domu: „A przysięgam ja na wszystkie świętości, że drogi do domu nie zapomnę i wrócę na swoją ziemię, żeby kości nasze nie szukały się po świecie”… Kaźmierz nie wiedział, czy tato żal miał do niego, że jego kości zostawił w Krużewnikach, a sam osiadł na cudzej ziemi? Ale wszak to Stalin, Churchill i Roosvelt podjęli za Kaźmierza tę historyczną decyzję! Czy mógł się przeciwstawić takim potęgom? Przeciągając jedną ręką po zielonej i nie ogolonej twarzy, a drugą trzymając się brzegów koi, by nie stracić równowagi, Kaźmierz rozważał i

– Widać człowiek niechcący zgrzeszył myślą czy uczynkiem, że mu taką pokutę wymierzyli! Pawlak z trudem usiłował włożyć ręce w rękawy marynarki.

– Ty gdzie, Kaźmierz? – spytał Kargul, czujnie obserwując sąsiada.

– Poratowania u Pana Boga szukać! To oświadczenie bynajmniej nie uspokoiło Kargula. Uniósł się na łokciu i sięgnął po dyndający na szyi Pawlaka woreczek. – A ty czego?! – Kaźmierz szarpnął się do tyłu, jakby to kostucha, a nie Kargul wyciągnęła po niego rękę. – Taż ty pływać nie umiesz -wyjęczał Kargul, dając do zrozumienia, że w razie katastrofy on daje większą gwarancję ocalenia dolarowego kapitału. Wyciągał drapieżne palce, by zerwać z szyi Pawlaka drogoce

– Kiedy tak układał się z Panem Bogiem, ujrzał w głębi za kotarą postać kapłana w złoconym ornacie. Ta świetlista postać przypomniała mu widzianego we śnie Kacpra w lnianej świtce. Zadał sobie pytanie, co też tato chciał mu przekazać, pojawiając się pierwszy raz od czasu, gdy Kaźmierz golił go przed złożeniem do trumny. Czyżby miał żal do syna, że tak dolary zmarnotrawił? Najlepiej będzie, jak wyspowiadam się księdzu z wszystkich grzechów, a da Bóg pokuta lżejsza będzie jak ta męka, co nam kiszki przez gardło chce wywlec a wątrobę uszami wycisnąć! Przyznam się Kargulowi, żem dolary przetracił! Wsparty na dłoniach i kolanach usłyszał dzwoneczek. Pochylił głowę w pokorze. Ujrzał na dywanie parę eleganckich, plecionych mokasynów. Uniósł głowę i oczy wyszły mu z orbit, jakby ktoś w tym momencie oblał jego plecy wrzątkiem. Postać w ornacie pochylała się nad nim z troską, a oto Kaźmierz, nie wstając z kolan, jął się wycofywać tyłem. Za nim posuwała się postać w jaśniejącym złotym haftem ornacie, z którego wyłaniało się na górze oblicze tego Murzyna, przy którym kiedyś na pokładzie Ania szlifowała język angielski. Kaźmierz wzdrygnął się, jakby ujrzał jaką marę: nad nim pochylał się 'dziki'! Murzyn wyciągnął rękę ku głowie Pawlaka. Ten szarpnął się do tyłu, jakby to diabeł wyciągał dłoń po jego duszę. Ryzykując, że straci równowagę i poleci ze schodów na łeb na szyję, poderwał się do gwałtownej ucieczki. W połowie schodów zderzył się z Kargulem, który trzymając się poręczy, ostrożnie zsuwał się w dół. Zobaczył wybałuszone przerażeniem oczy Pawlaka. – A coż tobie oczy dęba stanęli, a?! Pawlak uczepił się jego rękawa jak dziecko, które boi się zgubić wśród odpustowych tłumów. – Władek – wyszeptał zbielałymi wargami, patrząc mu głęboko w oczy – my chyba w samo piekło trafili! Wskazał ręką w stronę kaplicy z takim wyrazem twarzy, jakby rzeczywiście poczuł w nozdrzach ohydny smród smoły i siarki. Kargul zajrzał do sali. Postać w ornacie, która pochylała się nad mszałem, wydała mu się dziwnie ciemna, jak negatyw fotografii. Może to nikły blask świec kładzie się cieniem na twarzy duchownej osoby? Kargul przyjrzał się uważniej rękom, które obracały karty mszału. Miały kolor czekolady. Teraz zrozumiał stan Kaźmierza. – Czego to w tym imperializmie ludzie z głodu nie wymyślą – pokiwał głową w bezbrzeżnym zdumieniu i zrobił znak krzyża na piersi.