Страница 18 из 94
ROZDZIAŁ 5
Kucyk był naprawdę wytrzymały. Szedł, nie czując, zdaje się, w ogóle zmęczenia, mimo wijącej się coraz bardziej górskiej drogi, prowadzącej wśród sosnowych lasów porastających strome zbocza wokół. Miał grzywę splecioną w warkocze, spuszczone po lewej stronie, dokładnie tak jak Achaja. Jego chód przypominał jazdę wozem – był równy, o dokładnie wymierzonej długości kroku, spokojny, ciągle w tym samym tempie. Ci, którzy go tresowali, byli mistrzami w swoim fachu. Dopiero teraz tak naprawdę dowiedziała się, dlaczego dla szeregowców górskiej dywizji wybrano kuce. Owszem, nie miała żadnych szans, żeby dogonić porucznik Zi
– Wiem już – mruknęła, oglądając się na wszystkie strony, czy nie ma w pobliżu oficer.
– Od tej twojej koleżanki? – spytała Shha. – Tej z…
– Cicho, głupia!
– Ta jak coś powie. – Mayfed wzruszyła ramionami. – Dobra, kto przed nami?
– Starzy znajomi. – La
Zarrakh roześmiała się, ale nie był to wesoły śmiech.
– Pewnie, że znajomi. Tyle razy już się biliśmy – powiedziała. – Shha na pewno już przygruchała tam kilku chłopaków.
– No, co ty? Co ty?!
Dziewczyny roześmiały się. Shha była lubiana, zawsze pogodna, wesoła, zaradna, nie stwarzała problemów. Ale inteligencja kwalifikowała ją raczej do kawalerii.
– No, a o co nam tym razem biega? – spytała Chloe.
– O Kupiecki Szlak.
– O, żesz… Kurwa! Bogowie! No, ładnie! – Pozostałe skrzywiły się, klnąc pod nosem wszystkie naraz.
– Co to jest Kupiecki Szlak? – spytała Achaja.
– Taka droga – mruknęła La
– Chyba gówno zrozumiałam.
– Nie przejmuj się, ja też niewiele rozumiem. – Machnęła ręką La
– Nie – mruknęła Chloe. – Słyszałam, że jak padnie handel, to po nas.
– Niby, że co? Nie możemy se sami zjeść własnego zboża?
– Akurat. My zboże wysyłamy… – Zarrakh postukała się ręką w czoło. – Raczej kupujemy.
– Cicho – warknęła milcząca dotąd Mea. – Porucznik nadjeżdża, wkurwiona czymś jak ostatnia zaraza.
Miała rację. Zi
– Plutooooon! – ryknęła, zarywając w miejscu. – Z koniiiii!!!
Wykonały rozkaz jak na ćwiczeniach, zeskakując z siodeł i chwytając w locie plecaki, kusze, kołczany i dziryty.
– Konie… Pęęęętaaaaaaać!!!
– O, kurwa! – wyrwało się którejś. Achaja nie mogła się obejrzeć. Ledwie umiała pętać nogi swojego kuca i przez cały czas miała wrażenie, że zostanie kopnięta dokładnie w sam środek czoła.
– Ładnie. – To była Shha. Tuż obok.
– Co?
– Zwykle co piąta dziewczyna zostaje do pilnowania zwierzaków – szepnęła Shha. – Jak jest bardzo źle, to co dziesiąta. A jak, kurwa, pętać… – splunęła na ziemię, pomagając Achai z powrozem, wyraźnie drżały jej ręce -… znaczy, już tu nie wrócimy.
– Żywe – dodała La
– Stulić pyski! – warknęła Mea.
– Plutooooon! – Zi
Ruszyły biegiem za panią porucznik. Wszystkie trzy drużyny plutonu „C” pierwszej kompanii batalionu Zulu w trzecim pułku pierwszej dywizji górskiej. Trzydzieści kilka dziewczyn w pełnym oporządzeniu. Achaja dopiero teraz doceniła sznurowane buty. W sandałach złamałaby nogę już kilka razy, biegnąc po kamienistym zboczu.
Ale te sznurki trzymały kostki, usztywniając je przy każdym niepewnym stąpnięciu. „Starzy żołnierze” i ona sama dobiegli do linii drzew w jakiej takiej kondycji. „Młodzi”, czyli te, które przyszły jako uzupełnienia z obozu, dyszały tak, jakby odbyły właśnie marsz do Syrinx i z powrotem. A nie był to koniec biegu. Drużyny podzieliły się i ruszyły dalej osobno, utrzymując kontakt wzrokowy. Tu w lesie, na miękkim podłożu, trudno było dotrzymać kroku wierzchowcowi Zi
Tuż obok Achai upadła rekrut Bei. Była tak spocona, że roje komarów dosłownie rzuciły się na nią, tnąc to, co nie było osłonięte mundurem. Owady miały wielkie pole do popisu, poza twarzą mogły wybierać między jej kształtnymi udami, łydkami i dłońmi.
– Ty – szepnęła Achaja – jak masz miecz z przodu, nie padaj na twarz, idiotko! Zranisz se nogę i…
– Nie ucz jej – przerwała wykład La
– Jak mam… – Bei usiłowała coś powiedzieć, ale kapral przerwała jej brutalnie:
– Melduj się, głupia cipo!
– Dupa Bei melduje się na rozkaz!
– Ciszej, kretynko!
Na szczęście nikt nie zwracał na nie uwagi. Zi
– No, baby – Mayfed przysunęła się cicho. – Po łyczku?
Wyjęła z plecaka mały bukłak i przełknęła wielki haust.
– Oż, kurde… dawaj! Dawaj!
Każda ze starych dostała przynajmniej po łyku. Shha miętoliła coś w dłoni, potem założyła sznurek na szyję.
– Ty… Co to jest, do kurwy nędzy?
– Amulet. – Dziewczyna spłoszyła się wyraźnie.
– Ta jak coś powie… – Mayfed wzruszyła ramionami. – Toż amulet tylko przeciw czarom, idiotko!
– Nic się nie bój – mruknęła La
Roześmiały się cicho.
– Choć głupia jak but – dodała Mayfed. – Ale chłopakom to nie przeszkadza.
– A ty co masz?
Chloe otworzyła dłoń, którą dotykała właśnie własnego czoła.
– Kurzą łapkę. Na szczęście.
– O, żesz ty! – Mayfed tylko pokręciła głową. – Przytułek dla głupich dup, a nie armia, normalnie.
– Ty – pociągnęła nosem Zarrakh – możesz mnie też tym dotknąć?
Chloe wyciągnęła rękę.
– I mnie – mruknęła La
– I mnie – szepnęła Achaja, usiłując uniknąć wzroku Mayfed.
Usłyszały tętent pojedynczego konia.
– No dobra, dziewczyny. – La
Zi
– Dobra, żołnierze – powiedziała spokojnie. – Przerwali szlak w kilku miejscach, obok siebie, więc nie taki znowu problem. Tyle że zajęli faktorię przy grobli. I my… – zająknęła się – mamy ją odzyskać. Ale póki co… Służba rozpoznania i zaopatrzenia twierdzi, że wali na nas drugi mieszany gwardyjski korpus cesarskich sił Luan. – Zi
Zi
– Widziałyście, jak pognała? – Uniosła głowę, usiłując dojrzeć coś między drzewami. – Są jakieś sto kroków stąd.
– Kto? – wyrwało się Kaishy.
– Luańczycy – odpowiedziała La
– Kurde, nieźle – mruknęła Shha. – Widziałyście, jak szeroko rozstawili drużyny? Rzucili nas na pożarcie.
– Na opóźnienie. Ma któraś jeszcze wódę?
– O, żesz, szlag! – Mayfed przysunęła się do Chloe. – Masz jeszcze tę kurzą łapkę? Dotknij mnie! No, dotknij mnie szybko!
– Zamknijcie się wreszcie! – warknęła wściekle sierżant Mea. – Kusze ładuj!
Wszystkie wyjęły swoją broń. Achaja oglądała się trwożliwie na cztery nowe dziewczyny, czy przypadkiem nie wsadzą jej od razu strzały w tyłek, ale radziły sobie lepiej od niej. Sama załadowała, napinając sznur ręką, starała się trzymać broń skierowaną do góry, pamiętając przynajmniej to, czego w przeciągu jednego dnia nauczyła ją Zi
– Dupa Kaisha melduje się z zapytaniem – szepnęła jedna z rekrutek.
– Stul pysk. – Mea rozglądała się uważnie. Słychać było jedynie cichy szum wiatru. Jeśli przeciwnik był blisko, krył swoje zamiary. – Dobra, chować się za drzewami. Jak się pokażą, strzelać na trzydzieści kroków, póki możecie, potem dzirytami. Jasne?
Wszystkie skinęły głowami. Cztery młode nie bardzo wiedziały, o co chodzi.
– I… – Mea potrząsnęła głową – jak mi się która cofnie… W rodzi
Rozeszły się, usiłując wyszukać jakiejś kryjówki w promieniu kilkunastu kroków. Achaja przypadła za rozłożystym drzewem. Oparła się o konar, obserwując pole przed sobą. Wiose