Страница 17 из 94
– Opowiadałaś to już sto razy – mruknęła Mayfed.
– A ta teściowa kiedy służyła? – spytała Chloe.
– Skąd mam wiedzieć? Nie mam pojęcia nawet w jakiej formacji.
– Jak została teściową – włączyła się La
Roześmiały się wszystkie.
– I tak miałam szczęście, że stacjonowaliśmy w pobliżu wioski, gdzie był ślub brata – powiedziała Shha. – Szlag! Wlazłam tam w tym swoim mundurze, pod eskortą, jak więzień.
– Dlaczego pod eskortą? – spytała Achaja.
– Aaaaaa… Oni wiedzą, jak to jest. Zwalniają choćby na dzień do rodziny, a ty masz w oczach te swoje dziesięć lat służby. Dupa ci zmięknie na widok braciszka czy mamusi, pobeczysz się i zaraz dasz drapaka z naszej ukochanej armii. Już oni w dowództwie wiedzą. Dobrze, że mnie chociaż nie związali.
– Nie pierdziel! I tak miałaś szczęście – warknęła Zarrakh. – Mnie to nie chcieli zwolnić nawet na pogrzeb taty.
– Bo miałaś dziesięć dni drogi do domu w jedną stronę. A spierniczyłabyś w pierwszym mieście.
– Ja? Ja???
– A co? – zaperzyła się Shha. – Znam ja was, dziewczyny z miast. Wam tylko targ zobaczyć, karczmę, normalne domy i śliczne kiecki z koronkami. I już chodu z armii, becząc, że same też chciałybyście mieć taką kieckę. Zanim za stare będziecie, żeby nosić takie piękne, kolorowe spódnice z rozcięciem na boku.
– Przestańcie – przerwała im La
Sprawnie napełniła kubki. Znowu musiały zamknąć oczy.
– Słuchaj – spytała Achaja – skoro nie lubisz mieć wrogów za plecami… to czemu tak tresujesz te cztery? – Wskazała dziewczyny z gołymi tyłkami, ciągle wyprężone pod ścianą na baczność.
La
– Byłaś w wojsku. Sama wiesz, że rekrut to jeszcze nie żołnierz. Nawet po obozie. Cha, cha…
– Wiem, ale… one teraz nie pałają do nas zbytnią miłością.
– Przecież zginą w pierwszej bitwie – szepnęła La
Achaja przymknęła oczy, mimo że wcale nie podniosła kubka.
– Myślisz, że ja pierwszy raz? – szeptała La
– Wtedy też byłaś tak dobra w biciu? – dodała pytająco Shha. – Nie? Dopiero jak życie ci dokopało, co? W pewnej chwili zrozumiałaś, że jeszcze moment, jeszcze chwila i albo ty pójdziesz na żer wilkom, albo będziesz gorsza niż wilk. I wybrałaś! Jesteś wilkiem, koleżanko, i teraz już możesz tylko myśleć jak wilk, działać jak wilk, szarpać jak wilk. Cha, cha, cha… Nie przekonasz nas, że jesteś owcą, kochanie.
– Ja nie o tym – mruknęła Achaja. – Wiem, że już po nich, skoro idziemy w to miejsce, które znacie. Ale na jaki kij mają jeszcze być poniżane?
– Żeby nie myślały za dużo. Teraz czują tylko wściekłość i nienawiść do nas. Jakby leżały do góry brzuchami, to jutro byłoby jeszcze gorzej. Może nawet przez nie zginąłby ktoś, komu to jeszcze nie naznaczone.
– Pomyśl se, Achaja, co byś zrobiła, gdyby cię wzięli na bitwę prosto z domu – wtrąciła Mayfed. – Poszłabyś? Wytrzymałabyś w linii, jakbyś zobaczyła, że na ciebie idą? Dałabyś chodu z płaczem i przez ciebie by mogli koledzy poginąć. A tak? Bałaś się dowódców bardziej niż wroga. Oni cię sprzedali, a ty dalej wykonywałaś rozkazy, co? Kazali rzucić miecz? Rzuciłaś. Kazali się oddać w ręce oprawców? Oddałaś się bez słowa. Dalej wykonywałaś rozkazy. Kochanie, byłaś świetnie wyszkolonym żołnierzem. Tylko co z tego? Jak cię od razu w duży bój puścili. Doświadczenia nie miałaś i… nie miałaś szczęścia. A właściwie miałaś, skoro do dziś żyjesz. Za kilka dni, jak dojdziemy tam, gdzie mamy dojść, ty będziesz miała swoją szansę. Tylko szansę, nic więcej. Ale to i tak dużo, bo one – wskazała na cztery nowe tkwiące pod ścianą – one nie mają nic.
W zapadłej ciszy wypiły następną kolejkę. Achaja dopiero teraz zrozumiała, że wódka i bliskość tych dziewczyn mogą być jakimś lekarstwem. Jakimś…
– Ty… – szepnęła Chloe. W zapadającym mroku ciągle widać było wyraźnie jej rude jak u wiewiórki włosy. Uniosła się na łokciu, warkoczyki z lewej strony jej głowy opadły na koc. – Powiedz… – nie mogła znaleźć odpowiednich słów -… ty naprawdę zdradziłaś?
Achaja poczuła coś gorącego, co rozlewało się gdzieś wewnątrz niej.
– Tak – powiedziała szczerze. – No, dobra. – Skuliła się w sobie. – Powiedzcie, że jestem śmieciem i każcie mi stanąć pod ścianą z własną spódniczką na głowie. Nie będę się z wami bić.
W kompletnej ciszy, już prawie po ciemku, czyjaś dłoń dotknęła jej szyi. To… La
– Bardzo bolało?
– Co? – spytała zaskoczona.
– No, jak ci to robili… to, co ci robił mistrz umierania.
– Bardzo… Tak bardzo, że do dziś czasem zleję się w nocy, jak mi się przyśni. – Czuła, jak pali ją twarz. Bogowie! Naprawdę mówiła takie rzeczy komuś i
– Bo my… – Shha również nie potrafiła dobrać słów. – Następnej nocy, po tej durnej kocówie na początku, postanowiłyśmy cię pobić jeszcze raz. I tym razem fest! No i… podeszłyśmy do ciebie jak spałaś, żeby związać i chyba… zabić. Bo wkurwione byłyśmy. I… I ty… tak strasznie płakałaś przez sen. I… i mówiłaś, żeby mistrz ci już tego nie robił więcej, że… zdradzisz, że powiesz, co ci każe, tylko… żeby ci tego więcej nie robił. Że już nie możesz i czy on nie widzi, że ty już zupełnie nie możesz wytrzymać. I… – Shha pociągnęła nosem. – Jakoś głupio było cię lać jak beczysz… No, tośmy poszły.
Achaja poczuła nagły ból w gardle, coś gorącego zbierało jej się pod powiekami.
– I… wiesz… następnej nocy też się rzucałaś. Wiesz… Sen masz jak królik, wystarczy cicho pociągnąć nosem w namiocie i już, choćby w środku nocy, widać te twoje ogromne oczy, szeroko otwarte. Ale… Kiedy cię najdzie, to… można topór ostrzyć nad twoim uchem, a ty nic… tylko beczysz i się rzucasz. I śpisz, ale to nie jest dobry sen, co?
– Zamknij się, głupia – wtrąciła La
– Wbijał takie małe igiełki z trucizną, która się powoli rozpuszczała.
– Gdzie?
– W takie miejsca, że… Powiem ci inaczej. Wyobraź sobie te fragmenty ciała, gdzie za skarby nie chciałabyś, żeby ci cokolwiek wbito. Nawet bez trucizny.
– O, żesz ty… Nie! Szlag! Tam też?
– Wszędzie. W piersi. W tyłek. Bynajmniej nie mam na myśli pośladków, ale zrobił to gnój z tyłu i z przodu. Chciał, żebym krzyczała. Było właśnie w Luan poselstwo z Troy, a cesarscy stracili właśnie jakiś port. Chciał, żebym pod oknami własnego poselstwa krzyczała, żeby go oddali. I krzyczałam. Jak mogłam najgłośniej.
– A to chuje! Zaraz… Ale niby po co im to? Że niby wasi się przejmą losem jakiejś tam żołnierz? Trochę naiwne.
– Tam był mój ojciec. Archentar, Wielki Książę Królestwa Troy.
– O, żesz… szlag! Co za skurwysyny!
– No – dodała Shha. – Widziałyście Luańczyków? Powiedzieć, że psy, to obraza dla psa.
– Zamknij się, głupia – mruknęła La
– Byłam. Zanim zdradziłam swój kraj.
– Śpij. – La
– No. – Shha również się przytuliła, mocno, całym ciałem. – Śpij, a jakbyś miała złe sny, to cię obudzimy i już ci się nie będzie źle śnić.
Mayfed machnęła ręką.
– Kurde, ta to jak coś powie… Aż zęby bolą. Lepiej dajcie jej wódki.
– Dzięki, Shha – mruknęła Achaja. – Jak z wami jest ciepło.
Wszystkie rozumiały, że nie chodzi o… brak chłodnego powietrza. Czuła, że łzy ciekną jej po policzkach. Na szczęście było już ciemno. Nie dla wszystkich jednak. La