Страница 5 из 61
Królowa Maria A
Tak oto Wielki Post jednym przynosi sny, a i
Mężczyzna, który, sądząc po zadziornej minie, potrząsaniu szablą i nie dopasowanym do wzrostu ubraniu, mimo iż bosy, wygląda na żołnierza, to Baltazar Mateusz, zwany Siedem Słońc. Został zwolniony z wojska, gdyż na nic się tam już nie mógł przydać po odjęciu lewej ręki, w samym przegubie, została ona bowiem strzaskana przez kulę pod Jerez de los Caballeros podczas wielkiego natarcia naszej jedenastotysięcznej armii, zakończonego śmiercią dwustu żołnierzy i rejteradą ocalałych, ściganych przez hiszpańską kawalerię wysłaną z Badajoz. Schronili się w Olivenca z jakim takim łupem zdobytym w Barcarrota, ale nikogo on nie cieszył, gdyż nie był wart dziesięciu przemaszerowanych mil, które później trzeba było przebiec z powrotem zostawiając na placu boju tylu zabitych i połowę dłoni Baltazara Siedem Słońc. Szczęśliwy los czy też szczególna łaska szkaplerza, który żołnierz nosi na piersi, sprawiły, że w ranę nie wdała się gangrena ani że nie popękały mu żyły od silnie zaciśniętej opaski hamującej krwawienie, a w dodatku chirurg bardzo umiejętnie rozdzielił ścięgna i nawet nie trzeba było piłować kości. Obłożono mu kikut gojącymi ziołami, a że Siedem Słońc miał silny organizm, po dwóch miesiącach był zdrów.
Z żołdu nie mógł wiele zaoszczędzić, musiał więc żebrać w Evorze, by uciułać grosiwo potrzebne na zapłatę kowalowi i rymarzowi, chciał bowiem mieć hak, który by mu zastąpił dłoń. W ten sposób przeżył zimę, odkładając połowę tego, co zebrał, zostawiając na drogę połowę drugiej połowy, a resztę wydając na wino i strawę. Dopiero na wiosnę spłacił ostatnią ratę rymarzowi i otrzymał hak oraz szpikulec, który też sobie zamówił, przyszedł mu bowiem taki kaprys, żeby mieć dwie różne lewe ręce. Części skórzane były stara
Siedem Słońc opuścił Evorę, minął Mentemor, nie ma do towarzystwa czy pomocy ani mnicha, ani diablika, a jeśli idzie o dziurawą rękę, to wystarcza mu własna.
Idzie wolnym krokiem. Nikt go nie oczekuje ani w Lizbonie, ani w Mafrze, którą opuścił przed laty jako szeregowiec królewskiej piechoty, o ile matka i ojciec jeszcze go pamiętają, pewnie myślą, że żyje, bo nie doszły ich wieści o jego śmierci, albo może myślą, że umarł, bo nie daje znaku życia. Ale wszystko się wyjaśni we właściwym czasie. Teraz świeci słońce, w nocy nie padało, pola są pełne kwiatów, ptaki śpiewają, Baltazar Siedem Słońc schował do sakwy swoje żelastwa, gdyż są takie chwile, a nawet całe godziny, kiedy czuje lewą dłoń, jakby ciągle ją miał, nie chce więc pozbawiać się szczęśliwego złudzenia, że jest zdrów i cały, tak jak zdrowi i cali zasiądą na swoich tronach Karol i Filip, bo w końcu dla obydwu coś się znajdzie, gdy skończy się wojna. Jeśli idzie zaś o Baltazara, to wystarcza mu do szczęścia, pod warunkiem, że nie patrzy na nieszczęsną rękę, swędzenie, które czuje na czubku wskazującego palca, i złudne uczucie, że pociera kciukiem świerzbiące miejsce. A gdy tej nocy ujrzy się we śnie, stwierdzi, że niczego mu nie brak i że może oprzeć zmęczoną głowę na obydwu dłoniach.
Ale Baltazar ma jeszcze i
Za Pegões, tam gdzie zaczynają się wielkie sosnowe lasy porastające piaszczyste gleby, Baltazar pomagając sobie zębami przywiązuje do kikuta szpikulec, który w nagłej potrzebie może zastąpić sztylet, podówczas zakazany jako broń łatwo powodująca śmierć. Ale Siedem Słońc dysponuje w tym przypadku czymś, co można by nazwać specjalnymi uprawnieniami, a więc podwójnie uzbrojony, w szpikulec i szpadę, rusza w dalszą drogę pośród gęstych drzew. Niebawem zabije jednego z dwu ludzi, którzy na niego napadną, mimo iż będzie krzyczał, że nie ma żadnych pieniędzy, ale nie jest to przecież przypadek godny szczególnej uwagi, tym bardziej że wracamy z wojny, gdzie widzieliśmy tylu zabitych, może tylko warto dodać, że potem Siedem Słońc zastąpił szpikulec hakiem, żeby ułatwić sobie ściągnięcie trupa z drogi, i w ten sposób wypróbował przydatność obydwu narzędzi. Napastnik, który uszedł z życiem, jeszcze przez jakąś milę szedł za nim wśród sosen, lecz wreszcie zrezygnował i tylko z oddali obrzucił go obelgami i przekleństwami, ale jakoś bez przekonania, jakby nie wierzył w ich skuteczność.
Gdy Siedem Słońc dotarł do Aldegalega, zapadł już zmierzch. Zjadł parę pieczonych sardynek, popił czarką wina, a że miał już zbyt mało pieniędzy, by opłacić nocleg, mogło ich starczyć w najlepszym przypadku na skromne jedzenie następnego dnia, wśliznął się więc pod wiatę, gdzie stały wozy, owinął się opończą i zasnął z lewą ręką uzbrojoną w szpikulec i wystawioną spod wozu. Noc przeszła spokojnie. Śniła mu się potyczka pod Jerez de los Caballeros, którą Portugalczycy mieli tym razem wygrać, gdyż na czele oddziałów szedł Baltazar Siedem Słońc, trzymając w prawej ręce uciętą lewą dłoń, a przed takim cudem Hiszpanów nie mogła osłonić żadna tarcza ani żadne zaklęcie. Gdy się obudził, niebo na wschodzie jeszcze nie pojaśniało, czuł silny ból w lewej ręce, czemu trudno się dziwić, skoro żelazny szpikulec wbijał mu się w ciało. Rozwiązał rzemienie i dzięki sile wyobraźni oraz nieprzeniknionym ciemnościom, wśród których nie mógł dojrzeć własnych rąk, doznał wrażenia, że ma obydwie dłonie. Obydwie. Objął lewym ramieniem sakwę, otulił się opończą i powtórnie zasnął. Przynajmniej uwolnił się od wojny. Stracił kawałek ciała, ale zachował życie.