Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 40 из 61

Z głębi doliny, z kościoła św. Andrzeja rozległo się bicie dzwonów na nieszpory. Ponad wyspą Madeirą, na ulicach i placach, w tawernach i barakach mieszkalnych unosi się jakiś nieprzerwany szum, jakby odległe falowanie morza. Czyżby tych dwadzieścia tysięcy ludzi odmawiało popołudniowy pacierz, a może wszyscy naraz opowiadają historie swojego życia, Bóg raczy wiedzieć.

Ziemię, żwir i kamienie ze skał rozsadzanych prochem i rozłupywanych kilofami taczkarze wywożą w dolinę, która stopniowo zapełnia się gruzem pochodzącym z niwelowanego szczytu i z wykopów. Grubszy i cięższy gruz ładuje się na wielkie, obite blachą wozy, ciągnione przez woły, które zatrzymują się jedynie na czas załadunku i wyładunku. Po ułożonych z belek pochylniach robotnicy wnoszą na rusztowania kamienie zawieszone na drągu opartym na ramionach i karku, wieczna chwała temu, kto wynalazł koromysło, na pewno musiał sam dobrze znać ten ból. Prace, o których tu mowa, są łatwe do opisania, gdyż sprowadzają się do wysiłku fizycznego, a poza tym są tak zwyczajne, tak proste i tak monoto

Przez wiele miesięcy Baltazar ciągnął i pchał taczki, aż wreszcie stwierdził, że znudziła mu się rola muła zaprzęganego raz z przodu a raz z tyłu lektyki, wykazał się więc publicznie, w obecności fachowców, odpowiednimi umiejętnościami i zaczął powozić parą wołów. W tym awansie pomógł mu wydatnie Józef Mały, gdyż karbowego bawił jego garb i mawiał nawet, że twarz poganiacza znajduje się na wysokości pysków zwierząt, co niewiele odbiegało od prawdy, jeśli jednak myślał, że go w ten sposób obraża, to się mylił, gdyż właśnie dzięki temu Józef Mały po raz pierwszy uprzytomnił sobie przyjemność płynącą z możności patrzenia prosto w ogromne, łagodne wole oczy, w których widział odbicie swojej głowy, tułowia oraz nóg ginących gdzieś na granicy dolnej powieki, skoro cały człowiek mieści się w wolim oku, to można powiedzieć, że świat jest wcale nieźle urządzony. Józef Mały pomógł mu o tyle, że nalegał na karbowego, aby przeniósł Baltazara do poganiaczy, jeśli bowiem jeden kaleka pogania woły, to i drugi może to robić, będą sobie wzajem dotrzymywać towarzystwa, a gdyby okazało się, że nie radzi sobie z tą pracą, to przecież nie ma tu żadnego ryzyka, po prostu wróci do taczek, jeden dzień wystarczy, by sprawdzić jego przydatność. Baltazar nieźle znał się na wołach i mimo że tyle lat nie miał z nimi do czynienia, wystarczyło obrócić dwa razy, by się przekonać, że hak nie stanowi żadnej przeszkody i że prawa ręka nie zapomniała nic ze sztuki władania batem i ościeniem. Wracając wieczorem do domu czuł się równie zadowolony jak wówczas, gdy jako chłopak znalazł w gnieździe pierwsze jajko, gdy jako mężczyzna był pierwszy raz z kobietą i gdy jako żołnierz usłyszał pierwsze dźwięki trąbki, nad ranem zaś śniły mu się woły i zdrowa lewa ręka, niczego więc mu nie brakowało, tym bardziej że jednego z wołów dosiadała Blimunda, ale co to miało znaczyć, mógłby powiedzieć tylko ktoś, kto się zna na tłumaczeniu snów.

Wkrótce po tym, jak Baltazar rozpoczął nowe życie, rozeszła się wieść, że jakoby mają jechać do Pero Pinheiro po bardzo duży kamień przeznaczony na taras, który ma się znajdować nad kościelnym portykiem, kamień ten jest tak wielki, że do jego transportu trzeba będzie dwieście par wołów oraz wielu ludzi do pomocy. W Pero Pinheiro już został zbudowany specjalny wóz, coś na kształt okrętu z indyjskiej floty, oczywiście na kołach, tak przynajmniej mówią ci, którzy widzieli go na ukończeniu oraz mieli okazję rzucić okiem na rzeczone okręty. Jest w tym pewnie sporo przesady, lepiej więc będzie, jeśli zobaczymy go na własne oczy, wraz z tymi wszystkimi, którzy wstają przed świtem, by wyruszyć do Pero Pinheiro, a razem z nimi czterysta wołów oraz dwadzieścia wozów z ekwipunkiem, potrzebnym do transportu kamienia, takim jak sznury i powrozy, kliny, drągi, koła zapasowe, dodatkowe osie, na wypadek gdyby się jakaś złamała, podpory różnych rozmiarów, młoty, kleszcze, żelazne płyty, kosy do koszenia trawy dla zwierząt, a także prowiant dla ludzi, bo nie wszystko będzie się kupować po drodze, jednym słowem, wozy są tak wyładowane, że nikomu nie uda się jechać, wszyscy muszą iść pieszo, zresztą nie jest to znów tak daleko, zaledwie trzy mile w jedną i trzy mile w drugą stronę, wprawdzie droga nie jest dobra, męcząca przy pokonywaniu wzniesień i niebezpieczna przy zjeździe w dół, lecz ludzkie stopy i zwierzęce kopyta tylekroć ją przemierzały z i

Ledwie wzeszło słońce, dzień stał się upalny, i nie dziwota, przecież to lipiec. Dla takich jak my, Portugalczycy, obieżyświatów trzy mile to nie żadna mordercza podróż, tym bardziej że większość dostosowuje się do kroku wołów, które nie widzą żadnego powodu do pośpiechu. Woły zaś idą tym razem bez żadnego ładunku, dźwigają jedynie jarzma łączące je w pary i ten komfort napełnia je jakąś nieufnością, może już tuczą je przed wysłaniem na ubój, toteż prawie zazdroszczą współbraciom ciągnącym wozy z ekwipunkiem. Tak więc, jako się rzekło, ludzie idą powoli, jedni w milczeniu, i