Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 92 из 117

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

Kolegium kapłańskie, jedenastu służebników Zird Zekruna, wysokich, kościstych starców o twarzach wykrzywionych potępieniem, stało przed stołem ofiarnym, w miejscu najświętszym, naznaczonym niegdyś przez samego boga i przesyconym jego obecnością. W wewnętrznej świątyni panował półmrok, pokrywając głębokim cieniem ich brunatne suknie. Ponieważ przybytek wykuto w litej skale, głęboko pod powierzchnią ziemi, z dala od słońca i korzeni drzew, moc pana Pomortu była tutaj potężniejsza niż gdziekolwiek.

Bose stopy Zarzyczki spoczywały na lodowatej kamie

Kapłani recytowali inwokację. Natrętny rytm słów stopniowo łamał milczenie księżniczki.

Kiedy Wężymord oznajmił, że musi oczyścić się w najbliższej świątyni, z początku nie pojęła powodów – zanadto pochłonęły ją rozmyślania o A

Wyszłam żywo z miejsc, w których kapłani marli jak osy okadzone dymem, pomyślała. Zakon Zird Zekruna nie wybaczy mi ani własnej bezradności, ani niewiedzy.

– Czy jest prawdą, że spotkałaś w Spichrzy bezimie

Pytanie zdumiało ją – w obliczu wszystkich i

– Czy spotkałaś bezimie

Mogli sprawić, by upadła na kamie

Ból niemal ją oślepiał, lecz uniosła z wysiłkiem powieki i odszukała krzesło Wężymorda ustawione nieco w głębi, na prawo od kolegium kapłańskiego. Odkąd wyjechali z Doliny, widywała go jedynie z daleka. Nie żałowała – słowa wiedźmy zmieniły bardzo wiele. Nie rozumiała jednak, dlaczego pozwolił, aby przyodziano ją w pokutne szaty i powleczono do wewnętrznego przybytku w pierwszej świątyni Zird Zekruna. Kapłani spieszyli się tak bardzo, że nie próbowano nawet sprowadzać biskupa czy opata z pobliskiego klasztoru. To było jedynie kolegium prowincjonalnego przybytku: w zwyczajnych czasach nikt tutaj nie oglądałby żalnickiej księżniczki, wszystko jedno, jakie grzechy popełniła.

Tyle że czasy nastały niezwyczajne.

Bali się jej, widziała to wyraźnie. Brunatne znamiona skalnych robaków nabrzmiewały coraz bardziej – jawny znak obecności bóstwa w ciałach swych służebników. Lecz kiedy wcześniej prowadzono ją krużgankami, dostrzegła jeszcze i

Lecz poza wszystkim była to pospolita wiejska świątynia. Ornaty na ołtarzu przyszarzały i postrzępiły się od starości, kapłańskie kapice zrudziały na słońcu. Kiedy rankiem wjechali na dziedziniec, u studni dwie niewiasty w podkasanych chłopskich sukniach poiły bydło, zaś gromadka dzieci w brudnych koszulinach ganiała wieprzka – nic podobnego nie powi

Zastanawiała się, jak wiele podobnych przybytków niepostrzeżenie wrosło w krajobraz Żalników. Tak, pomyślała, jest w tym kraju coś, co sprawia, że nawet zakon Zird Zekruna zmienia się i łagodnieje. Nie tylko on. Poprzedniej nocy zatrzymali się na krótki popas w gospodzie w jednej ze świąty

Ci, którzy byli ludźmi Pomortu, stali się ludźmi Żalników, pomyślała wtedy.

Jednak kapłani z orszaku Wężymorda nie kryli odrazy do panującego w świątyni rozprzężenia. Tym gorzej dla mnie, pomyślała Zarzyczka, gdyż starcy z kolegium kapłańskiego nie zaniedbają niczego, co mogłoby udobruchać zwierzchników. Obojętne, jak dalece przyjęli miejscowy obyczaj, piętna skalnych robaków pozostały nienaruszone i stanowią o najgłębszej istocie ich więzi z Zird Zekrunem. Kiedy dokończą inwokację i trzeci raz wypowiedzą pytanie, moc boga zmusi mnie, bym powiedziała, co zechcą.

A jeśli przyznam, że rozmawiałam z Koźlarzem, z bluźniercą, po trzykroć przeklętym przez samego Zird Zekruna i wypędzonym z Żalników, nie będą potrzebowali przyzwolenia Wężymorda, by spalić mnie na stosie.

– Czy spotkałaś świętokradcę? – zabrzmiało po raz ostatni.

Bóg w swoim żywiole, kimże jestem, by stawiać mu czoło? pomyślała z rozpaczą.

Zaprzecz, rozkazał w jej myślach głos Wężymorda.

Jego oblicze pozostało obojętne, nieprzeniknione, lecz siła inwokacji osłabła wystarczająco, by mogła oprzeć się i skłamać. Uczyniła to. I dopiero później, gdy zelżał ból, przypomniała sobie o źródłach jego siły.

Jednak pozwoliła, by wyprowadził ją z ciemnej pułapki cierpienia, strachu i bezsilności – jego zamysły były zbyt zawiłe, by próbowała je przeniknąć, ból zaś, który ściągnęli na nią kapłani, w kilka chwil złamał jej wolę.

Potem rozpłakała się ze wstydu i poniżenia.

Nie chciała tego, lecz moc Wężymorda przenikała ją na wskroś, łagodna, kojąca i sprawiała, że łzy płynęły coraz szybciej. Wciągnęła głowę w ramiona. Dlaczego, zastanawiała się, płacząc, dlaczego miałby ukrywać moje kłamstwa? Kto więc wypełnia wolę Zird Zekruna – kapłani, którzy mnie nienawidzą i nie kryją tego, czy też Wężymord, który wiosną ostrzegał mnie, bym była ostrożna? Czy może wszyscy?

Znała jego tajemnicę.

Niektórzy z nich, ci, którzy przychodzą z wody, mogą to robić, powiedziała w Spichrzy jaśminowa wiedźma, wielka magia, uprzedzona z krwi i własnego ciała, by dwoje mogło stać się jednym i przeżyć. Kobieta, która wędrowała przez Krainy Wewnętrznego Morza w obręczy dri deonema, odwróciła twarz i zapłakała. Moja piastunka była z nich, rzekła, przyjęła ludzki kształt z nienawiści do naszego plemienia. Przyjęła znacznie więcej niż kształt, odparła wiedźma, i nawet jeśli była bardzo silna, nie zdołała odrzucić tego bez reszty.

Jak wiele razy, pomyślała Zarzyczka, płynął na Pomort po ową magię i ile jeszcze zostało z człowieka, który kazał obnosić na pice głowę mojego ojca?

Powiadano, że pośród wielu darów, które otrzymał z woli boga, była też nieśmiertelność, jednak naprawdę była to jedynie śmierć wielu, jakże wielu, sorelek, które mieszkają na dnie Wewnętrznego Morza. Przybywają do brzegów Pomortu na wezwanie, wyjaśniła wiedźma, gdyż nawet przedksiężycowe nie potrafią oprzeć się woli boga równie potężnego, jak Zird Zekrun. On zaś wplata je kropla po kropli w ciało Wężymorda, bo człowiek jest zdolny zgodzić się na wiele, bardzo wiele, by zejść ze ścieżki śmiertelników.

Gdy myślała o tym, czuła jedynie dojmujący żal i także dlatego płakała w świątyni Zird Zekruna, okryta szorstką wełną pokutnej szaty.

Wężymord przyglądał się jej obojętnie, lecz nadal osłabiał potęgę inwokacji kapłanów.

– Jeśli więc nie bezimie

Próbowała się opierać, ale była już zmęczona, bardzo zmęczona i nie mogła zaufać Wężymordowi.

– Musisz wybrać, jego słowa brzmiały głucho w myślach Zarzyczki. – Nie zdołam ich powstrzymywać bez końca. W końcu ON sam przybędzie i nie pozostawi żadnego wyboru.

– Kobietę? – nalegał służebnik boga. – Czy spotkałaś kobietę, która nosi dwa miecze i mieni się córką zwajeckiego kniazia?

Wybierz, powtórzył Wężymord.

Nienawidząc samej siebie opowiedziała im o Szarce, a w pamięci wirowały jej słowa rudowłosej: „Kiedyś możesz potrzebować tej wiedzy, aby wytargować swoje życie". Nie było tego wiele i wówczas księżniczka nie uwierzyła w jej opowieść. Lecz teraz nie miało to już znaczenia.

Cóż takiego zdradziła mi Szarka, że zdołałam ocalić życie Koźlarza – i własne?, pomyślała.

Przybyłam tu z jego powodu, powiedziała wtedy rudowłosa, i nie wierzę w przeznaczenie, dlatego popłynę z i