Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 39 из 117

ROZDZIAŁ SIÓDMY

W przeciwieństwie do wielobarwnej zgrai kłębiącej się w książęcych ogrodach, Suchywilk nie zamyślał się przebierać ani też kryć po chaszczach przed zbuntowanym chamstwem. Jak na Zwajcę przystało, trwał pośrodku karnawału w solidnym bechterze, z wilczą skórą przerzuconą przez ramię i wielkim toporzyskiem. Był zły.

Wieść o upadku wieży rozeszła się szeroko wśród biesiadników, wzbudzając raczej niedowierzanie niż przestrach. Pewien rozochocony jegomość podjął nawet mężną, acz nieudolną próbę wspinaczki po zewnętrznym murze cytadeli, by z należytej wysokości pogłoskę ową sprawdzić. Jednakowoż dotarł zaledwie do szczytu przypory, potem zaś noga omskła mu się na gładko ciosanych kamieniach i skręcił kark. Więcej śmiałków nie było. Kilku co młodszych i zręczniejszych dworzan wdrapywało się na drzewa, jednak księżna Egre

Pozostawieni własnym domysłom i strachom goście książęcy kręcili się bezradnie. Suchywilk podejrzewał, że wielu pachołkowie wywlekali z komnat już na wpół pijanych, bowiem w istocie biesiada trwała od wczesnego ranka. Że zaś i teraz wino lało się hojnie z dachowych rzygaczy i fonta

Et, inszy tutaj naród, pomyślał Suchywilk, miękki i pieszczony, ni do uciechy, ni do wojaczki niezdatny. Niechby naszych kto tak spróbował do jednego kojca spędzić i zaryglować, jako książę ze swoimi gośćmi uczynił. Nie zdążyłby się obejrzeć, a wywalaliby taranami dźwierza. Nie tkwiłyby chłopy bzdurnie we chachmęci, tylko strażników w try miga porąbali. Bo gorzałka jest dobra rzecz, a osobliwiej spichrzańska siwucha, ale wszystko wedle porządku kłaść należy. Z namysłem. Pierwej bitkę dokończyć, potem ją trunkiem święcić. A tutaj wszystko przemieszane jako w świńskim korycie karma: picie, modły i złorzeczenia. Nawet po babach trudno rozpoznać, czy pani, czy gamratka. Choć prawdę powiedziawszy, mało która gamratka przywdziałaby coś podobnego, pomyślał, przypatrując się niewieście o włosach splecionych w bardzo wytworne, drobniutkie warkoczyki. Na szyi miała bogatą, wysadzaną czerwonymi kamykami bramkę i podobny pasek podtrzymujący kilka strzępów przezroczystej materii. I nic ponadto. Rzuciła Suchywilkowi powłóczyste spojrzenie, nie zważając bynajmniej na obejmującego ją człeka w masce świątecznego diaska.

Trza się zbierać, pomyślał Suchywilk, trza się zbierać z tego przeklętego miasta co prędzej. Odkąd ściągnęliśmy, nic tylko zamęt, mordy i pożoga. Dziwny naród. Ledwo dzionek minął, jak im popod bokiem szczuracy dwa miasteczka wybili, a ci zamiast na odsiecz iść, korowody i pijaństwa gotują. Radzą. Za łby się biorą. Żeby jeszcze co uradzili, ale na razie tyle pożytku, że spite tałatajstwo morduje po placach mieszczki. A książę pan w cytadeli siedzi. Zwleka. Z nikim gadać nie chce. Gdzie by u nas się mogło zdarzyć, żeby włodarz tak swoje władztwo samopas ostawił, pokręcił głową Suchywilk. Wnet by go właśni przyboczni jako odyńca zakłuli. I racja. Bo po co komu włodarz, jeśli ze szczętem bezużyteczny?

No, ale czego można oczekiwać po ludku, który na boga obrał sobie uwięzione w zwierciadłach truchło, co go jako żywo nikt nigdy na oczy nie oglądał? Ot, Morski Koń to był bóg co się zowie! Potężny, woje

Tymczasem jego córka… Suchywilk potrząsnął bezradnie głową. Jego córka wynurzyła się z gruzów niczym sorelka z fali. Oj, będzie z dziewką kłopot, pomyślał z rezygnacją, będzie niezawodnie. Wbrew rozsądkowi Suchywilk oczekiwał, że ich spotkanie okaże się całkiem odmie

Nie jesteś moim ojcem, tak mu powiedziała.

Pozostawała jeszcze obręcz dri deonema i jadziołek, który krążył nad nią niczym sęp. Suchywilk zacisnął zęby. Bywał na Tragance, bywał nie jeden raz i wiedział, co się o tamtejszej bogini gadało. Zresztą i napatrzył się należycie, by własne zdanie sobie wyrobić, a jakże. Rozumiał, że chętni do obręczy nie bez powodu narażali się na żywot krótki a niebezpieczny. Słowem, że u wrót pałacu dri deonema stawały same najgorsze szumowiny, co dały się doskonale poznać w Krainach Wewnętrznego Morza i nie miały gdzie dalej uciekać. Ani zgadywał, co mogło przygnać tam jego córkę. I wcale nie był pewien, czy chce wiedzieć. Szczególnie… szczególnie, że tajemnice alkowy bogini Traganki nie były bynajmniej tajemnicami w Krainach Wewnętrznego Morza.

Że chłop, sarknął w myślach Suchywilk, że się chłop jaki durny na Zaraźnicę połaszczy, to jeszcze zrozumiem. Ale jakże tak? Żeby niewiasta z niewiastą? Przecie to sromota i obraza boska! A niesława jaka! A jaki śmiech po wszystkich Wyspach Zwajeckich pójdzie, jak się wieść rozniesie! Toż spluwać na nią będą jak na ostatnią, z dworców psami pędzić. Muszą się dziady w mogiłach ze wstydu przewracać, bo tego jako żywo nigdy w kniaziowskim rodzie nie bywało. I bywać nie będzie, dodał z mocą. Jak przyjdzie mus, to w powrozach do dom powiozę. Trudno. Ale nie dozwolę, żeby mi się w tej zgniliźnie dziewka marnowała. Trudno. Trzeba będzie w ciemnicy zawrzeć, to zawrę, choćby i na rok. Póki do rozumu nie wróci. Trudno.

Tylko włosy ma takie same, jak matka, pomyślał z nagłym smutkiem. Tylko tyle.

I te ślepia zielone, co nimi jak żbik łyska. Gniewliwie. Jak Sella.

Starczyło, że o niej pomyślał i znów stanęła mu przed oczami. Płynęli od Hackich Wysp. Dwie łodzie, obie pełne dobra, z wikingu. Z daleka rozpoznał jej znak, znak jasnej Selli. No, pomyślał wtedy, trzeba ci, dziewczyno, kądziel prząść, nie na wiking chadzać. Kazał chłopom wiosła przycisnąć. I poszły obie łodzie równo, równiutko, między płyciznami. Sella stała na dziobie, w jasnej sukni, z włosami targanymi wichrem. Pomachał, kiedy u wejścia do portu mijali jej łódź. Prześmiewcze. A ta pokazała mu ręką taki znak, że podobnego nigdy od niewiasty nie oglądał. Cała Sella.

A potem, kiedy wyskakiwała na nabrzeże, spojrzała na niego jeden raz. Łysnęła zielonymi ślepiami. Ze złością. Raz jeden. A on stał jak młodzik. Z nogi na nogę przestępował. Jak głupi. Jak kołowaty.

Tyle że w Selli kipiała jakaś niepohamowana radość. Jak wiose

Coś zapiekło go pod powiekami. Próbował. Nikt nie mógł powiedzieć, że nie próbował. Mimo całego wstrętu, mimo strachu przed Zird Zekrunem bywał na targowiskach pod Hałuńską Górą. Rozpytywał po klasztorach Rożenicy – Wieszczycy, gdzie mniszki czasem skupowały od frejbiterów dziecięcy drobiazg. Po placach pirackiej Skwarny o wieści błagał, posyłał nawet do Sinoborza. I nigdy, przenigdy nie natrafił na najdrobniejszy ślad. Jakby się dziewuszka pod ziemię zapadła. Jakby jej wcale nie było.

Powoli szedł przez rozświetlony latarniami ogród. Ktoś śmiał się pijacko. Ktoś i

Nic to, myślał sobie Suchywilk, nic to. Przyjdzie czas, że siądziemy pospołu, jak ojciec z córką i pogwarzymy. Jednak pierwej trzeba nam iść precz z tego plugawego miasta. Na północ, do swoich. Nic tu po nas. Z pierwszymi kurami trza się w drogę zbierać, co prędzej. A jak się z żalnickim wygnańcem w tumulcie nie znajdziem, to trudno. Będą jeszcze insze noce i spotkania insze. Teraz najważniejsza rzecz, żeby głowy stąd unieść. Do domu.

Ledwo powziął owo postanowienie, między karłowatymi wierzbami dostrzegł wysoką postać w pstrokatym płaszczu. Ano, pomyślał niechętnie, jak człek nie chce diaska wywołać, tedy ani myśleć o nim nie powinien.

– Spóźniliście się – powiedział, powściągając rozdrażnienie.

– Wyście też długo nie czekali – oschle odparł Koźlarz. – Ze dwie ulice za furtką byliśmy, jak dzwony bić kończyły.

– Córka mi się gdzieś zapodziała – rzekł łagodniej Suchywilk, który był człowiekiem sprawiedliwym i rozumiał doskonale, iż bynajmniej nie z winy księcia obrzydło mu nagle spiskowanie. – A że po mieście chanaja się sroży, jakby szalejem opita, tedym się martwił, by się coś dziewczynie nie przytrafiło. W karnawał o nieszczęście biało – głowie nietrudno.