Страница 41 из 57
Ktoś musiał doń podejść od tyłu, bo wtem posłyszał cudzy oddech, niesynchroniczny z własnym.
– Wołają mnie.
– Kto?
– One.
– Dzwony?
– Dzwony. Tak. Widzi pan to? Widzi pan? W takich chwilach…
– Tak.
Dopiero po kilku minutach wyłączył kołpak i obejrzał się, i wtedy się okazało, że to ów przygarbiony chudzielec, którego spostrzegł był w dniu masakry w dolinie, tylko że teraz nie ma na sobie stuły, co i
– Muszę się przyzwyczaić. – Zakaszlał. – Pan jest księdzem?
– Aha. Ian Smith, jeśli się nie mylę?
– Alias Jachim Weltzma
– Gienek Śmiga.
Ksiądz uścisnął dłoń Smitha, nie odwracając się doń, patrząc przed siebie, na nizinę zanurzoną w słońcu i cieniu.
Ian zdjął kołpak, wsunął go sobie pod pachę. – To wciąż jest Strefa – rzekł, wskazując ręką z papierosem miasteczko i kościół.
– Strefa, Strefa. A czy pan wie, że ja nigdy w życiu, ani razu nie odprawiłem zwykłej mszy w zwykłym kościele? Czasami wręcz cieszę się z tej wojny. Straszne, prawda?
– Należy ksiądz do oddziału Wyżryna? Ten karabin… Śmiga posłał Smithowi złe spojrzenie.
– Ja widziałem, co wy tam puszczacie w tej waszej telewizji – warknął. Strzepnął z peta popiół, lewą dłoń wsunął do kieszeni. – Czy imam w Armii Proroka, czy ksiądz w AWP, jednakie potwory, fanatyzm buchający czarnym płomieniem z nawiedzonych oczu. Co to ma być, do cholery? Chcecie z nas zrobić jakichś Murzynów skaczących w rytm bębna dookoła ogniska?
– Ksiądz, jak widzę, jest z tych, którzy terroryzm i islam mają za synonimy.
Śmiga zmarszczył brwi; Smith zrozumiał, że znowu źle obliczył pole rażenia swych słów.
– Chciałem powiedzieć – poprawił się – że dla patrzących z zewnątrz nie ma większej różnicy, w imię czego te stosy trupów. Koran czy Biblia, co za różnica, zło to samo.
Śmiga milczał przez chwilę.
– Tylko to widzicie, co? – mruknął wreszcie, rozbawiony, choć zarazem posępny. – No tak. Filmuj pan, filmuj, dobrej zabawy.
Chciał odejść, ale Smith złapał go za ramię.
– Niech mi ksiądz powie.
– Co?
– Cokolwiek. Niech mi ksiądz opowie o sobie. Proszę. Śmiga zerknął na kołpak.
– Wyłączony, mam nadzieję.
– Oczywiście.
Słońce zaszło. Ksiądz odrzucił peta, usiadł. Smith obok, kołpak położył na trawie.
– Znalazł mnie przez szajkę kieszonkowców. Pięć lat później. To była rocznica śmierci mojego ojca, zwinęli go podczas mszy, ktoś wsypał. Miałem dwadzieścia dwa lata. Powiedział, że już czas na niego, już go namierzają, lecieli podług listy starych kawalerów; zaczął mnie uczyć łaciny. Nie było decyzji, wszystko poszło gładkimi półwyborami: to stanowiło formę oporu, podobnie jak wypisywanie antyrosyjskich haseł na murach i wykrzykiwanie w ciemności kina polskich przekleństw. Pan tego na pewno nie zrozumie, ale to jest naprawdę wielka rzecz, takie poczucie misji; potrafi doszczętnie zeżreć człowieka. Wyobraża pan sobie, jak ja się wtedy czułem? Wyświęcił mnie sam Niewidzialny Kardynał. Wstąpiłem do tajnego bractwa, przynależność do którego równała się wyrokowi śmierci. Na ulicy, w biurze, w autobusie – oni wszyscy widzieli kogoś i
– Każdy ma prawo. To nie jest dobry człowiek.
– Ach, pan już go poznał na wylot. Smith zignorował ironię.
– To jest potwór.
– A cóż w nim takiego potwornego?
Smith ze złością wyrwał źdźbło trawy, splótł między palcami i rozerwał.
– Ja tego nie potrafię wyrazić. To nie jest żadne słowo, to nie jest żaden obraz. Ja to po prostu czuję.
– Znam to. Nie pan pierwszy. Pospolita choroba. Recepta jest taka: zażywaj Xavrasa w małych i bardzo powoli rosnących dawkach.
– Co ksiądz, do diabła, plecie?
– Hę, hę, hę. Moralista Freudowski. Powi
– Nie, ja rozumiem, musicie mieć swoje symbole, swoje sztandary.
Ksiądz ponownie zwrócił wzrok na Smitha i Ian odczytał na dnie ciemnych oczu Śmigi zwykłą, brudną pogardę. – Taak. Filmuj pan, filmuj.
•
Odkurzył stare zabawki; miał takiego drewnianego pajacyka o imieniu Relatywizm Kulturowy, podrygiwał on uciesznie na przegniłych sznurkach, główka chybotała mu się na boki niczym pijakowi, na twarzy miał wyrzezany szeroki uśmiech wyższości. Murzyni skaczący w rytm bębna dookoła ogniska; tak, tak, to było bardzo malownicze, kołpak lubi takie rzeczy.
Bo cóż i
Bladym świtem, gdy z przełęczy schodziła zimna mgła, powlókł się przez obóz w poszukiwaniu księdza Śmigi; ktoś wskazał mu drogę. Teraz już Smith bez przerwy chodził w kołpaku, takie były zasady tej gry: nie znasz dnia ani godziny, każda chwila może okazać się tą jedyną. Utracił twarz, ludzie Wyżryna rozpoznawali go po elektronicznej masce, zlał się w ich pamięci z wszystkimi wcześniejszymi wysła
Okazało się, że to niedziela, Śmiga odprawiał mszę. Ian dotarł na sam jej koniec; wiernych było czternastu, za ołtarz robił nie okorowany pień drzewa. Łacina Śmigi płynęła wartkim strumieniem, Smith nie widział jego twarzy, lecz z szybkich, oszczędnych ruchów rąk księdza i twardo wyprostowanych pleców z łatwością odczytywał kolor jego myśli. Skończywszy, ksiądz pozbierał swoje rzeczy i schował je do chlebaka; wierni rozeszli się bez słowa. Smith podszedł do Śmigi.
– Czego? – warknął nań tamten.
– Może byłby ksiądz tak dobry i z łaski swojej…
– Filmował pan? Co? Filmował pan? – Postukał palcem w kołpak; Ian uchylił się, odstąpił krok.
– Nie. Co się ksiądz tak wścieka?
Śmiga wzruszył ramionami.
– Nie mam teraz czasu, idę do Wyżryna.
– No to ja z księdzem.
Śmiga posłał mu dziwne spojrzenie, po chwili jednak powtórnie wzruszył ramionami i pomaszerował między drzewa.
Wyżryn wraz z ponurym grubasem i jeszcze trzema mężczyznami siedział nad rozłożonymi na żółtej, plastikowej płachcie mapami, liczył coś na kalkulatorze. Opodal Wyszedł I
– Co jest? – mruknął obliźniony starzec w brązowym płaszczu, spoglądając na intruzów spode łba.
– Wyłącz! – warknął Wyżryn na Smitha, podnosząc się z ziemi i wskazując kalkulatorem w stronę głowy Iana.
W efekcie wszyscy skupili spojrzenia na kołpaku Amerykanina i płonącym na nim czerwono napisie: ON.
A wtedy Śmiga sięgnął do wnętrza chlebaka, wyrwał zeń pistolet i wymierzył w Xavrasa.
Smith odwrócił się i zrobił krok w bok, by w pełni uchwycić obraz śmierci pułkownika. Tym samym jednak mimowolnie wszedł na ułamek sekundy na linię strzału Śmigi.
Rozległ się wrzask i huk. Księdza z rozerwaną na strzępy klatką piersiową rzuciło na krzywy pień sosny.
Wyszedł I
– Wyłącz – powtórzył Wyżryn. Smith wyłączył.
Tamci tymczasem poderwali się na nogi i podeszli do zwłok Śmigi; ksiądz wciąż zaciskał dłoń na rękojeści czarnego pistoletu. Kulawy rudzielec w czarnych okularach trącił trupa czubkiem ciężkiego buta. Ponury grubas zaś podrapał się w głowę i obejrzał na Xavrasa.
– To nie jest dobra reklama – rzekł.