Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 40 из 57

W południe zatrzymali się na zachodnich obrzeżach brzozowego lasku. Ledwo Smith zdążył usiąść w cieniu i łyknąć chłodnej wody, przybiegł Wyszedł I

– Kamera! – warknął Wyszedł I

Smith uniósł brwi.

–  Dzieje się coś?

–  Nie gadaj, tylko rób, co ci mówię.

Ian wyjął i założył kołpak. Morze Wydało Zmarłych został przy plecaku Amerykanina, spał.

Poszli.

Była tam polana, słońce oświetlało ją swymi ciepłymi promieniami; a na polanie – brudna łysina wywróconej ziemi; a w niej – dół; a w dole – ciała. Smith natychmiast włączył nagrywanie. Pły

–  Wyłącz.

Smith wyłączył. Ruszył ku Wyżrynowi, obchodząc dół dookoła – i naraz dostał się w nurt powietrza pchanego leniwym wiatrem znad powierzchni grobu. Smród był niewyobrażalny. Napłynęła mu do ust ślina, język pokrył słodki nalot. Nie mógł oddychać. Rzucił się w tył. Nie zdążył, zaczął wymiotować. Jakoś zdołał zdjąć kołpak. Trzęsły się pod Ianem nogi. Jasnowłosy młodzian ze snajperskim karabinem na plecach wyprowadził go ze strefy smrodu i poczęstował papierosem. Smith zaciągnął się dymem i natychmiast zaczął kaszleć.

–  Palenie szkodzi – zagadnął go Xavras, podszedłszy; sam również kopcił.

–  Kto to jest? – chrypnął Smith.

–  Połowa komanda Brońskiego.

Ian zaciągnął się po raz drugi, przymknął oczy, pogrzebał w pamięci. Były jakieś dziwne plotki wczesną zimą, potem o Brońskim nastała cisza. Broński, ten najmłodszy z pułkowników AWP, był pomysłodawcą i wykonawcą kilku głośnych rajdów w głąb Rosji, w ostatnim nieomal udało mu się opanować elektrownię atomową.

– Co się stało?

Wyżryn wzruszył ramionami.

–  Zastosowali jego taktykę: nagły wypad. Dostali go, jak wracał na zimowisko w Strefie.

– Nie żyje?

–  Bronek? Nie, on przeżył, jego nie było w tej grupie, Prowadził trochę cięższego sprzętu na styczniowy suk starnbulski i szedł okrężną drogą. Pozwól no.

Kilkanaście metrów między drzewami – i wyszli na drugą polanę z drugim dołem, mniejszym, lecz odkrytym całkowicie. Na pierwszy rzut oka wrzuceni doń mężczyźni niczym się nie różnili od tych z większego.

–  To jest ta grupa od ciężkiego sprzętu? – spytał Ian.

–  Ach, prawda. Widzisz, krasnoarmiejcy na rajdach w Strefie nie noszą mundurów.

–  Mhm?

–  To są właśnie te Ruskie. Bronek dorwał ich, jak zakopywali mu ludzi. – Xavras machnął ręką za siebie, w stronę pierwszej polany.

–  I tak samo powystrzelał – mruknął Smith, nagle, nie wiedzieć czemu, wściekły na Wyżryna.

–  Tylko że ich, oczywiście, filmować nie będziesz.

–  Dlaczego?

–  Głupie pytanie. Chodź. Zawrócili.

–  Zabronisz mi powiadomić o tym sieć? – dopytywał się Smith.

–  A powiadamiaj kogo chcesz, proszę bardzo. Ale zobaczyć mogą tylko jeden grób.

–  Manipulujesz mną.

–  No pewnie. Bierz kołpak i kręć – Xavras wskazał dół wypełniony ludźmi Brońskiego.

Zatrzymał się przy Wyszedł I

Smith w milczeniu podniósł i założył kołpak. Odrzucił peta. Czuł jakąś dziwną lekkość, jakby był na małym haju, choć wypalił wszak tytoń, a nie haszysz. Rozciągnął się w czasie i przestrzeni, myśli od czynu dzieliły teraz kilometry. Zmysły wyskoczyły mu w przód na długich-cienkich smyczach, dotyk najdalej; ciało odłaziło odeń, jak mięso zanurzone we wrzątku odchodzi od kości. Włączył nagrywanie. Na nogach ugiętych bardziej niż trzeba, podążył prosto nad dół. Teraz wychwytywał szczegóły, drobne detale: łapał je na krótkie ujęcia, bez planu, skacząc spojrzeniem od zwłok do zwłok w swoistym teście skojarzeniowym. Trupy były bardzo brzydkie. Chciał to pokazać. Śmierć jest brzydka. Nie ma piękna w entropii.

Chciał to pokazać i wiedział, że mu się nie uda, Xavras znowu będzie górą, ludzie zobaczą w telewizji zwłoki i zaklną w intencji Wyżryna, to wampir, on jest wampirem żyjącym na ich hollywoodzkich wyobrażeniach wojny, walki, śmierci, ogniskuje ich sny, wysysa wiarę w rzeczywistość, kradnie marzenia.

Smith wiedział to wszystko i filmował dalej. Nie mógł inaczej; to nie kołpak był dla niego, lecz on dla kołpaka. Racją jego istnienia była funkcja, jaką pełnił; Xavras Wyżryn natomiast – Xavras Wyżryn – co usprawiedliwiało jego istnienie, co dawało mu tę moc? Komu był potrzebny?

Filmował z przekleństwem przysiadłym mokro na wargach, bo jakoś podświadomie, unoszony ciepłymi falami owego niezrozumiałego odurzenia, poznał prawidłową odpowiedź na swe pytanie: to mnie, to także mnie potrzeba Wyżryna. Te dziesiątki godzin wielokrotnie przeglądanych nagrań, wszystkie te filmy – czyż nie przebiegał po mnie dreszcz? Czyż tym samym nie przyznawałem racji jego krwawemu istnieniu?

Filmował pomordowanych pobratymców Xavrasa, boleśnie świadomy, iż oni nawet teraz, martwi, mimowolnie służą Nieuchwytnemu; iż nawet tym suchym przekazem faktów on sam, Ian Smith, wspomaga Wyżryna w jego dziele roznoszenia zarazy śmierci. Są w ciele Zwierzęcia pasożyty, które rosną na cudzym cierpieniu i nieszczęściu, i to jest normalne, i temu nikt się nie dziwi, tak zawsze było i będzie; ale wzrost Xavrasa nie jest dla Zwierzęcia przykry, tu nie ma mowy o wyzysku, Xavras żyje ze Zwierzęciem w symbiozie. Złączyli swoje krwiobiegi.

Smith filmował. Czynił swą powi

Filmował otwarte usta, w których kłębiły się błyszczące w jasnym słońcu muchy, bezmięsne wargi, dziurawe policzki, palce czarno-białe, gnijące płaty mięśni na schnących szkieletach – i jeszcze go skóra swędziała od niedawnej bliskości Xavrasa Wyżryna. W małych rzeczach objawiają się rzeczy wielkie, prawda przegląda się w szczegółach – i Smith przed chwilą właśnie dojrzał tę prawdę, prześwitywała ona spomiędzy krótkich zdań wypowiadanych przez Wyżryna, przezierała z jego pospolitej twarzy, nieefektownego ubioru, rozpaczliwie szamotała się pod gęstą siecią jego szarych gestów, małych słów, przywar i słabości nieoryginalnych i zwyczajnych, póz świadomie przesadzonych i banałów ośmieszających wygłaszającego je, wszystkich tych zachowań mających na celu tylko i wyłącznie pomniejszenie pułkownika w cudzych oczach. Prawda była nazbyt przerażająca, by Amerykanin zdołał ją wyartykułować będąc całkowicie trzeźwym, przeczyła powszechnie uznanym dogmatom, przekreślała oczywistości, negowała najgłębsze jego przekonania.

Prawda wyglądała bowiem w ten sposób, że w rzeczywistości – w rzeczywistości Xavras Wyżryn był dokładnie taki, jakim malowała go telewizja.

Wieczorem ogniska. Mogli sobie pozwolić, bo to był teren gęsto zamieszkany; zatrzymali się na przełęczy między trzema wioskami i miasteczkiem, przez które biegła linia kolejowa, oczywiście od wielu już lat nie wykorzystywana: nie było w ESW choć jednego odcinka torów, po którym mógłby się bezpiecznie poruszać pociąg. W miasteczku biły dzwony, chyba na wieczorną mszę: widzieli z przełęczy w świetle zachodzącego słońca biały budynek świeżo wzniesionego kościoła. Smith stał i filmował, na gwałt potrzebował jakiejś psychicznej odtrutki, a scena urzekła go swym pięknem, rozciągająca się przed nim i pod nim panorama niziny z malowniczo położonym nad rzeką miasteczkiem, jak przejrzewającym owocem ziemi, przywiodła mu na myśl obrazy wczesnych impresjonistów, wszystko tu było miękkie, jakby zatrzymane w fali gorącego powietrza wraz z pochwyconym obrazem miejsca wstępującego gdzieś wzwyż, ku niebu, na którym zasypiały młode chmury; światło i cień snuły się po powierzchni gruntu całymi stadami nici babiego lata, włókna pastelowych kolorów biegły kilometrami przez pola, łąki, rzekę, las, następne pola, a słońce wciąż zachodziło i zachodziło i cały ten ciepły kilim tonął powoli w sączącej się już z głębin cieni nocy. Dzwony biły. Stał i patrzył, a ponieważ na głowie miał kołpak, jego spojrzenie posiadało moc spojrzenia demiurga.