Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 41 из 48

Brzytwa tamtego

O malarzu, który zabił się na wschodnich bagnach, pan J. wspominał jeszcze parę razy przy różnych okazjach, ale Hanema

Pewnego jednak popołudnia, gdy w rozmowie, którą prowadzili przy szklance czerwonego wina, pan J. napomknął o Andrzeju Ch., jednym z uczniów gimnazjum na Topolowej, którego Hanema

Pan J. był tym poruszony do głębi. Sądził, że książka, którą chłopiec znalazł w bibliotece ojca, powi

Pan J. tłumaczył mu, że malarz popełnił błąd, że przeciął sobie żyły, bo uciekał od życia, a życie jest zawsze przeciwko nam, więc to żadna sztuka uciekać; że bał się więzień i obozów, a przecież przez obozy przeszło tylu ludzi i żyją. „Był więc tchórzem?” – zapytał chłopiec z ironią. Pan J. zawahał się. „Nie, nie był tchórzem. Tylko zbyt wiele chciał od życia”. „To od życia trzeba chcieć niewiele? Tak w sam raz?” Pan J. nie potrafił ukryć zniecierpliwienia. „To nie o to chodzi”. „Więc o co?”

„No, przecież – mówił pan J. do Hanema

„Więc co, powinien odłożyć brzytwę? I żyć tak jak my? Tu, w tej Polsce? – wołał chłopiec. – I to by pana zadowoliło?”

Hanema

Naprawdę jednak Hanema

Najbardziej jednak zdumiały pana J. (i ucieszyły) fotografie, które znalazł w jednym z albumów i właśnie te fotografie przyniósł Hanema

W pierwszej chwili Hanema

okrutnego, nie miały właściwie żadnej stałej formy i przez chwilę Hanema

Więc to jest… Ze starej fotografii patrzył na niego okrągły, rumiany gamoń z półotwartą gębą, w czapce ulicznika zsuniętej na tył głowy, lecz na zdjęciu następnym ten sam okrągły gamoń przeobrażał się nagle w arystokratycznego oficera w zapiętym pod szyję mundurze carskiej gwardii! A dalej? Bezbro

Poczuł, że wstrząsa nim śmiech, bo to, co malarz wyprawiał na fotografiach ze swoją twarzą, było naprawdę zabawne.

Ale potem zaczęła nudzić go ta gonitwa min, grymasów, wywróconych oczu… Oglądał fotografie obojętnie, uprzejmie wypytując, co na nich jest. Kobiety? Pan J. zmrużył znacząco oko. „O, gdyby pan wiedział. Cały harem!”. Lecz jeśli nawet pojawiały się kobiety, to i tak z tej brązowoczarnej mgły, która kłębiła się na fotograficznym papierze…

Cóż to pan J. mówił wtedy o Kleiście?

Chłopiec w mundurze pruskiego oficera, o oczach, w których – żarzyło się szaleństwo? Zapewne, ale barwa tego szaleństwa była zupełnie i

Obojętnie przyglądał się twarzy tańcującej na ciemnych fotografiach. Pomyślał, że starość jest straszna i że nic jej nie może zbawić, chociaż mężczyzna, na którego patrzył, wcale nie był taki stary. Ale w jakim momencie się to zaczyna? Pan J. mruczał: „To był świetny facet. Bajecznie uzdolniony, chociaż niektórzy mówili, że coś go wykręca, pcha w dziwactwo. Ale niech każdy z nich zrobi chociaż część z tego, co on…”

Lecz Hanema

„Nie zasypiaj przede mną, nie zostawiaj mnie samego”?

Pan J., śmiejąc się, opowiadał o swojej wizycie w mieszkaniu na Brackiej, ale Hanema

Hanema

Po rym jak znaleziono ją pod wielkim drzewem, leżała nieprzytomna parę dni. Z całej wsi zbiegli się ludzie. Krzyki, nawoływania, kroki. „Pan, Poliak, smiert sobie zrobił”. Byli dobrzy, przynosili jajka i ser, ktoś dał jej nawet małą poduszkę wyszywaną w zielone listki. Była młodsza od niego o siedemnaście lat. Mówili szeptem: „Dziwny ojciec, co córkę chciał zabić”. Gdy wróciła do miasta, zajęli się nią znajomi malarza, pisała na maszynie, porządkowała papiery. Potem, po powstaniu, trafiła do obozu w głębi Niemiec. Tam znalazła ją siostra. Kiedy weszła do baraku, zobaczyła ją na pryczy. Siedziała na pryczy próbując kawałkiem szkła przeciąć sobie żyły. Gdy wyrwała jej szkło z ręki, broniła się krzycząc: Jak mógł wtedy tak ją zostawić! Przecież znał się na truciznach! Przecież to nie był wcale przypadek, że ocalała! To on, to była jego wina, kochał ją, więc dał tylko tyle, by zasnęła, by mógł ze sobą spokojnie skończyć, by mu nie przeszkadzała. Zostawił ją samą. Nie mogła mu tego darować. Przeklinała. Musiały ją związać, żeby nic sobie nie zrobiła. Leżała na pryczy z zamkniętymi oczami. Nie płakała. Tylko zaciśnięte usta.

Przeżyła obóz, nie miała jednak dokąd wracać. W mieście spaliło się wszystko. Tułała się po cudzych mieszkaniach. Pojechała do małego miasta w górach, gdzie było jeszcze trochę ludzi, którzy go pamiętali. Była wciąż jeszcze młoda, ale nie mogła patrzeć na mężczyzn. Potem zaczęły się bóle. Odklejenie siatkówki. Głowa. Pracowała w sanatorium, milcząca, obca, z nikim bliżej. Nikt nie wiedział, że to właśnie ona jest dziewczyną tamtego. Czasami tylko mówiła, że czeka, „aż się wypełni”. Godzinami, do utraty sił, błądziła po górskich drogach. „Nie żyję” – szeptała do siebie. Kiedyś ktoś o niej powiedział: „Szuka śmierci, nie mogąc znaleźć życia”. Nie znosiła ludzi. Nie mogła znieść ich widoku. Wybuchała gniewem z byle powodu, drażnił ją najmniejszy powiew wiatru. Jak otwarta rana, a powietrze – jak sól. I cały czas uważała się za jego żonę. Przecież wtedy, tam, pod tamtym drzewem, dali sobie ślub, księża takie rzeczy uznają. Swoje małe mieszkanie nazywała „grobowcem”. Nawet gdy chorowała, nie kładła się do łóżka w dzień, tylko okryta kożuchem czuwała w fotelu. Bała się zasnąć, czuła się wtedy tak, jakby była w trumnie. Nie mogła sobie wybaczyć, że zgodziła się na tamto. Że nie potrafiła go powstrzymać. Ciągle myślała o tamtej chwili, kiedy obudziła się i upadła na niego, martwego, we krwi. Swoje listy podpisywała jego nazwiskiem. Dużymi literami. I jeszcze podkreślała. Drwiono z niej, ale chciała, żeby wszyscy wiedzieli, kim jest. Wszędzie przedstawiała się jako jego żona, choć przecież wiedziała, że jego prawdziwa żona wciąż jeszcze żyje. Pracowała w biurze, ale zaczęła się ubierać tak jak kobiety, którymi się otaczał. Dziwne powłóczyste suknie, naszyjniki, na głowie duży czarny beret, taki sam jak jego, na rękach bardzo szerokie srebrne bransolety. Śmiano się po cichu: „mankiety”. Mówiono, że zakrywa nimi numery wytatuowane w obozie i blizny po brzytwie… Kiedy z kimś rozmawiała, zawsze mówiła „my”. Znaczyło to: ja i on, ten, który zginął na bagnach…