Страница 37 из 48
Odcień
Patrząc w lustro dotykał policzka. Cieniutka sinawa kreska obok ust. Śmieszne. Ten gwałtowny ruch, szamotanina. Nie mógł ochłonąć. Czego właściwie chciała? Przechylił flakon i watą przetarł zadraśnięcie. Ta gwałtowność, uniesiona ręka, oczy. Ból? Płacz? Patrzył w lustro. Co miał zrobić teraz? Zejść na dół? Po co? Nie rozumiał. Może zranił ją czymś dawniej? I dopiero teraz to wybuchło? Ale czym? Wyglądało przecież wszystko zwyczajnie. Mijali się na schodach. Na ścieżce w ogrodzie. Na ulicy. Mówiła: „Dzień dobry panu”. Czasem: „Dzień dobry, panie Hanema
Ale teraz coś się rozdarło. Jakaś przesłona. Hanema
Było jednak coś jeszcze. Oddech. Zapach. Kwiecisty materiał. Kiedy się szamotali. Ramię, zderzenie, biodro. Pchnęła go, aż się zachwiał. Potem z dołu nadbiegł pan C, odciągnął ją, krzyczała. Lecz dlaczego takie czerwone usta? Tak mocno podkreślone oczy? Tusz rozmazany na powiekach? W uszach kolczyki? Nigdy jej takiej nie widział. Wyczuła coś?
Ale teraz, gdy szła ścieżką do bramy, już nie odchodził od okna. Stał za firanką. Szybkie, mocne kroki. Jasna sukienka. W koszyku zielone liście sałaty, długa bułka, coś zawiniętego w papier. Udaje, że go nie widzi? Stukotanie korkowych obcasów na płytach chodnika. I
Starał się sobie przypomnieć jej twarz, ramiona, włosy. Ale ta twarz pokryta różem i bielidłem, którą zobaczył w drzwiach, przesłoniła wszystko. Nic nie pamiętał. Mijali się. Była. Nic więcej. Urywkowe obrazy. Dłoń. Włosy. Stąpanie po schodach. Wołała z okna do chłopca. Mocny, dźwięczny głos. Kolor skóry? Ciemna opalenizna? Brązowozłoty odcień? Odsłonięte łokcie. Zawinięte rękawy. Usta? Nigdy ich chyba dotąd nie malowała.
Schodząc po schodach na parter, dostrzegł, że na odgłos jego kroków cofnęła się do mieszkania. Wstyd? Za tamto? Przeszedł powoli, czując, że stoi za drzwiami. Zapukać? Ale nie. Wyszedł przed dom. Patrzyła na niego zza zasłonki w oknie kuchni?
Spotkał mnie na ścieżce. „Co słychać, Piotrze?” Ukłoniłem się. „Dzień dobry, panie Hanema
– Lepiej niech się pan nie pokazuje. Ona jest bardzo zła. Ale to jej przejdzie”. „Myślisz?” „Potem będzie jak dawniej. Ona jest mądra”.
Hanema
– ocknęło się z odrętwienia. Nie chciał tego. We snach pojawiały się teraz kobiety, których nigdy nie widział – przechodząc przez pokój gubiły szminkę albo puderniczkę, a potem dotykały mu twarzy wachlarzem i było to tak rzeczywiste, że gdy budził się, szukał na dywanie przedmiotów, które wypadły z białych palców. Purpura? Cały świat kobiecych rzeczy, które – jak mu się zdawało – przestały dla niego istnieć, nagle wypłynął z cienia i nabrał męczącej widzialności. Za oknem Hanka w jasnej bluzce z zawiniętymi rękawami rozpinała na sznurze świeżo upraną bieliznę. Na wietrze kołysały się płócie
Kiedy na chodniku rozlegało się stukotanie korkowych obcasów, postanawiał, że nie podejdzie do okna. Brał książkę, ale gdy zaczynał czytać, między rządkami liter pojawiała się migocząca sukienka z kretonu, w szeleście odwracanej kartki słyszał szelest ciepłego materiału w żółte kwiaty. Starał się śledzić sens fraz i zdań, ale ona, nic sobie z tego nie robiąc, szła ścieżkami szwabachy, roztrącała gotyckie inicjały, przeskakiwała przez kładki akapitów ze strony na stronę i śmiała się głośno. Przymykał oczy, za oknem dogasały szybkie kroki, szła ścieżką między tujami, wołając coś do pani Wierzbołowskiej. Wołała głośniej niż zwykle? Co za głupstwa. Wstawał, zamykał okno. Drażniło go to swobodne brzmienie głosu – nawet cienia wstydu czy niepokoju. Krzywił się: jak można być tak nieczułą, taką – szukał przez chwilę właściwego słowa – taką rośli
Coś dawnego, przed czym się bronił z całych sił, coś bardzo, bardzo bolesnego, powoli wślizgiwało się na powrót do serca. Wspomnienie jakiejś i
Powracały słowa A
A potem budził się z tych zachceń. Przecież wtedy, na schodach, tamto drżenie warg, krzyk, ręce… Gdzież tu mówić o chłodnej sile. Od dawna nosiła w sobie ból, nie chodziło wcale o niego. Niechęć? Serce nagle wykonywało obrót niczym tancerka w piruecie. Odnajdywał w sobie całe pokłady czułości, których istnienia nawet nie podejrzewał. Gotów był zejść na dół, by wszystko wyjaśnić. Widział już jak jej twarz łagodnieje: „Nie, nic się nie stało. To nerwy. Niech pan jeszcze chwilę zostanie”. Ale natychmiast przypominał sobie prośbę
Mamy, by na razie wstrzymać się z odwiedzinami, bo każda rozmowa tylko rozjątrzy rany, więc znów sięgał po książkę, sprawdzał zeszyt Andrzeja, podkreślał czerwonym ołówkiem błędy, chciał zatopić się w tej jałowej robocie… Ale ona znów pojawiała się w jego pokoju, przechodziła przez słoneczną smugę bijącą z okna, w jasnym powietrzu powoli otwierało się ciemne lśnienie zatoki, poprawiając włosy, z błyszczącą torebką, w kwiecistej sukni, szła brzegiem plaży w Glettkau ku przystani, Hanema