Добавить в цитаты Настройки чтения

Страница 36 из 48

Niedoczekanie!

A jednak Hanka została z nami. Po tym, jak „pożegnała się” z Hanema

Spała całe przedpołudnie, całą noc i jeszcze całe rano. Mama zachodziła do niej parę razy, by sprawdzić, czy nic się nie stało, bo Hanka z głową wtuloną w poduszkę, zaczerwieniona, z opuchłymi ustami, oddychała tak, jakby z trudem przebijała się przez duszące warstwy snu. Włosy zlepione, poduszka poplamiona szminką, purpurowe plamki rozmazane na policzku, jak ślady zadrapań cierniem. Obudzona prosiła o coś do picia, więc Mama dawała jej herbaty z kwiatu lipowego sądząc, że to gorączka, chciała nawet, by Ojciec sprowadził doktora Badowskiego, ale Hanka – jak później powiedziała – tak właśnie pozbywała się Złego. Wszystko wychodziło z niej przez skórę. Musiała dwa razy zmieniać nocną koszulę, ciemną od potu.

Kiedy jednak wstała koło południa, od razu spojrzała w lustro. „Boże, jak ja wyglądam”. Zaczęła przygładzać włosy, ale wszystko na nic, wilgotne kosmyki wymykały się spod palców. Mama napełniła wa

Ile razy myślę o domu na Grottgera 17, tyle razy słyszę tamto piękne, mocne słowo, które po długiej ciszy dobiegło zza białych drzwi jej pokoju. Byliśmy już w otchłani, w ciemnym dole życia (byliśmy – ja i Hanka), patrząc na jej płacz, gdy Ojciec sprowadzał ją z góry, czułem, że wali się wszystko, a teraz – jakby zboże podnosiło się po deszczu. Nie potrafiłem tego pojąć.

Bo już następnego dnia wyszła na ulicę, do sklepu Puskarczyków na rogu Derdowskiego, i to w porze, kiedy było tam pełno ludzi. Kobiety mówiły z nią o rzeczach błahych, domowych, sąsiedzkich, nawet drgnieniem rzęsy nie zdradzając, że wiedzą o wszystkim. Pewnie w domu mówiły co i

A potem nawet Ojciec musiał skosztować trochę drożdżowego ciasta z kruszonką (choć wolał zawijane makowce z lukrem, które Hanka robiła czasem w soboty), my zaś z Mamą zostaliśmy zaproszeni do stołu, na którym żółcił się parujący, świeżo wyjęty z piekarnika placek z jabłkami, chociaż do Bożego Narodzenia było jeszcze daleko, a takie właśnie placki zdobiły stół tylko podczas wigilijnej wieczerzy. I choć wszyscy cieszyliśmy się z tej odmiany, Mama podejrzewała, że za drożdżowo-lukrową radością rąk ubielonych mąką, które rozświetliły kuchnię błyskami blach do pieczenia, kryje się wciąż coś niedobrego, co lada chwila może znów wybuchnąć.

Ale powoli Hanka dochodziła do siebie. W sobotę, gdy Ojciec z Mamą wychodzili do państwa Falkiewiczów na Kwietną, by wrócić dopiero koło północy, odwiedzały ją w kuchni kobiety z sąsiedztwa – pani Bożena i pani Janina z dawnego domu Bierensteinów – i gdy zza drzwi pokoju, w którym zasypiałem, dobiegał ciepły pomruk obgadywania całej ulicy Grottgera – dom po domu! znajomi bliżsi i dalsi! – łowiłem każde słowo, każdy śmiech, tak jakbym w ciemności łapał rzucane mi przez kogoś błyszczące monety. Głos Hanki, wciąż jeszcze trochę przygaszony, chwilami odzyskiwał dawną ostrość, a śmiech drżał prawie tak jak dawniej – czysty, rzeźwy i trochę zaczepny, jak śmiech mądrego dziecka, które ze zdwojoną siłą chce się zanurzyć w pustej radości, bo wciąż w kąciku ust czuje słony smak łez. Z policzkiem przytulonym do poduszki, przymykając oczy, zapadałem się w tę mgłę to cichnących, to mocniejszych kobiecych głosów, które zachła

A jednak od tamtego dnia, gdy pani W. nie wpuściła mnie do mieszkania, karcąco-ponaglającymi gestami odpędzając od drzwi z numerem 17, nie potrafiłem już patrzeć na Hankę tak jak kiedyś. I jeśli nawet swoim dawnym ruchem, który tak lubiłem, tarmosiła mi czasem włosy, zawsze mi serce zamierało, gdy unosiła rękę ku mojej czuprynie. Coś zmieniło się w niej czy we mnie? Oczy, wbrew sercu – bo jakże mocno chciałem, by wszystko było tak jak dawniej – same wypatrywały ledwie uchwytnych zmian w potrząsaniu głową, w sposobie poruszania dłońmi przy rozmowie? Cień na dnie źrenic? Matowiejący blask? Napięcie ust? Mimowolne dotykanie skroni? Czy po tym wszystkim ona miała jeszcze śmiejące się ciało? Po tym wszystkim?

A Hanema

A wieczorami? Wieczorami, gdy w domu nie było rodziców, Hanka dyrygowała czasem w kuchni panią Bożeną i panią Janka, i wszystkie trzy razem, niczym triumfalny chór, wystukiwały swoimi ładnymi głosami najpierw prawie szeptem: „Ha! Ne! Ma